Moje życie z pieprzem

Reżyserka, producentka, fotografka, ale przede wszystkim podróżniczka. Elżbieta Dzikowska Reżyserka, producentka, fotografka, ale przede wszystkim podróżniczka. Elżbieta Dzikowska w najdalszych zakątkach świata nawiązywała przyjaźnie z czarownikami. Jak sama twierdzi, to, co najlepsze, jest jeszcze przed nią.

Nie wierzę w przypadek, w ślepy los. Bo przypadki to ja sama zawsze prowokowałam. A jednak, gdyby nie pewien splot zdarzeń, moje życie potoczyłoby się pewnie całkiem inaczej.

Wszystko zaczęło się od Meksyku. Ale wcześniej, w 1974 roku, otrzymałam roczne stypendium od minister kultury Peru. I jednocześnie dostałam zaproszenie do Meksyku na kongres Międzynarodowego Stowarzyszenia Latynoamerykanistów. Aby pogodzić jedno z drugim, postanowiłam jechać do Peru przez Meksyk.

Będąc już w Meksyku, dowiedziałam się, że pani minister została odwołana. I moje stypendium w ten sposób przepadło. Pewnie wróciłabym do Polski, gdyby nie... No właśnie, przypadek. Zaproszono mnie na przyjęcie. I tam zwrócił na mnie uwagę sam prezydent Meksyku. Zainteresował się losem atrakcyjnej blondynki i załatwił wizę do Peru.

Jednak o wiele ważniejsze było dla mnie poznanie Tony'ego Halika. I to już nie był przypadek – po prostu umówiłam się z nim na wywiad. Kiedy został moim mężem, razem docieraliśmy do miejsc, o których zwykły śmiertelnik mógł tylko pomarzyć.

reklama


Ale dzięki naszemu programowi „Pieprz i wanilia" każdy mógł je obejrzeć w telewizji. Zobaczyć, jak wygląda życie tam, gdzie „diabeł mówi dobranoc", poznać tajemnice zaginionych cywilizacji. Byliśmy pierwszymi Polakami, którzy dotarli do ruin zaginionego miasta Vilcabamba, ostatniej stolicy Inków.

Kiedy prowadziliśmy ten program, ludzie często mnie pytali, czy w tym związku to ja jestem wanilią, a Tony pieprzem, od razu sugerując twierdzącą odpowiedź. A to nie tak. Każde z nas było i pieprzem, i wanilią. Oboje byliśmy słodko-pikantni.

Ja bardzo lubię wyraziste smaki. Dosłownie i w przenośni. I pewnie to w moim życiu było więcej pieprzu. Bo przecież, żeby ujarzmić groźnie wyglądającego czarownika, trzeba i pieprzu, i wanilii.

Sama czarownicą nie zostałam, ale niejednokrotnie korzystałam z „terapii" rozmaitych szamanów. Od lat walczyłam z bezsennością, próbowałam wielu sposobów, lecz efekty były mierne. Jeśli więc nadarzała się okazja, prosiłam o radę czarowników. I też nic nie wskórali. Pewnie dlatego w czary nie wierzę. Może po prostu jestem oporna.

Wierzę natomiast w moc kamieni. Jednym z moich ulubionych jest lapis-lazuli, na bezsenność. Wiara w ich magiczną siłę sięga przecież najdawniejszych czasów. W starożytnym Rzymie podczas uczt podawano wino w ametystowych czarach, bo ametyst miał chronić przed fatalnymi skutkami nadużycia alkoholu. Więcej o tym w moim albumie „Biżuteria świata".

Uważam, że warto mieć przy sobie amulet chroniący przed złym losem. Polecam też śmiech, bo to najkrótsza droga do serca. Nieraz znajdowaliśmy się z mężem w opałach, bo trzeba było pozyskać zaufanie szefa plemienia, a nam zabrakło prezentów. I prawie zawsze pomagał uśmiech. Bo jak nie masz czego podarować, to daj drugiemu uśmiech.

Czuję się kobietą szczęśliwą, spełnioną, chociaż i w moim życiu zdarzały się złe chwile. Ale mam taką filozofię, że trzeba doświadczyć i tych złych, żeby docenić te dobre. Najważniejsze to nie poddawać się, nie narzekać, tylko śmiało iść do przodu.

Bożena Stasiak
fot. forum

Źródło: Wróżka nr 7/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020