Jaki będzie koniec świata?

Bez spektakularnej katastrofy, efektownego bum, które wszystko skończy. Będzie ciasno, gorąco i strasznie. Wybuchną wojny o żywność i wodę. Z 10 miliardów mieszkańców Ziemi przeżyje najwyżej miliard – prognozuje James Lovelock, słynny brytyjski przyrodnik i futurolog.


Wszystko zależeć będzie od tego, o ile wzrośnie średnia temperatura ziemskiej atmosfery. Jeśli podniesie się znacznie, koniec będzie bardzo burzliwy. Jeśli mniej, część z nas przetrwa. Jednak świat będzie już zupełnie inny niż dzisiaj – tak w skrócie twierdzi James Lovelock.

Lovelock jest uznawany za twórcę ekologii, choć sam tak nie uważa. I przeciwstawia się wielu tezom głoszonym przez dzisiejszych ekologów oraz prowadzonym przez nich akcjom. Wszyscy mu jednak wierzą, ponieważ jego poglądy i wynalazki już niejednemu człowiekowi uratowały życie.

Zasłynął najpierw jako wynalazca detektorów rozmaitych cząstek, z których wielokrotnie korzystały misje NASA. Bardzo się przydały także do wykrywania śladów niebezpiecznych dla zdrowia pestycydów (na przykład DDT). Dzięki temu dowiedziono, że substancje te mogą się swobodnie przedostawać w najdalsze miejsca na Ziemi. Zastosowane w jednym, po latach zaczną bardzo szkodzić gdzieś indziej.

To także Lovelock jako pierwszy ogłosił, że za ubytek warstwy ozonowej w atmosferze odpowiedzialne są masowo stosowane (głównie w urządzeniach chłodzących) freony. Tym odkryciem uratował nas wszystkich. Freony wkrótce zostały zakazane i dziura ozonowa przestała się powiększać. A obecnie nawet wyraźnie się zmniejsza. Gdyby nie szybka reakcja ludzi, dzisiaj ozonu w górnych warstwach atmosfery byłoby zdecydowanie mniej. Przez to bylibyśmy o wiele bardziej narażeni na działanie szkodliwych zakresów promieniowania UV, a co za tym idzie – na nowotwory skórne.

Ojciec Gai

James Lovelock zasłynął przede wszyskim dzięki pięknej, choć nieco kontrowersyjnej hipotezie Gai. Mówi ona, że Ziemia jest samoregulującym się, holistycznym tworem, superorganizmem, który potrafi się przystosowywać do zmian tak, by przetrwać. Jest więc podobna do organizmów żywych.

reklama


Hipoteza ta, sformułowana w 1979 roku, początkowo była mocno krytykowana, zarówno przez biologów, jak i znawców Ziemi. Dzisiaj jednak jest podstawą niemal wszystkich nauk zajmujących się klimatem. A Lovelock zyskał miano wybitnego i poważnego naukowca, cytowanego w tysiącach publikacji naukowych.

Ten niezwykły człowiek (ma już 95 lat i pracuje samotnie w urządzonym przez siebie laboratorium w Kornwalii) bywa często proszony o rady na temat zmian klimatycznych Ziemi i przyszłości, która nas czeka. Niestety, jego wizja jest dość ponura.

Ponury wieszcz

– Nie sądzę – mówił pięć lat temu w wywiadzie dla czasopisma „New Scientist" – byśmy zdołali przetrwać w obecnym stanie wzrost temperatury o dwa stopnie (obecnie szacuje się go na jeden stopień). Głównie z tej racji, że jest nas na Ziemi zbyt dużo. Jeśli temperatura wzrośnie o około cztery stopnie, do końca wieku pozostanie tylko jedna dziesiąta obecnej populacji. Reszta wymrze z braku pożywienia i wody.

Już dzisiaj pustynnienie stref staje się ogromnym problemem. I to nie tylko w rejonach podzwrotnikowych, ale i w wielu miejscach na Ziemi. Będzie ono postępować. A w związku z tym zmniejszą się zasoby wodne i obszary upraw roślin mogących wyżywić miliardy ludzi. Ocenia się na przykład, że przy obecnych tendencjach w ocieplaniu klimatu, za około 50 lat południe Hiszpanii i Francji zamieni się w coś, co przypomina Saharę. Już dzisiaj są tam problemy z wysychaniem gleby. Tak będzie w wielu miejscach Ziemi.

Ogromne połacie znajdą się pod wodą, a inne staną się zbyt gorące, by można było je zamieszkiwać. To z kolei spowoduje migracje ludności i konflikty lub wojny o dostęp do wody i żywności. Chyba że uda nam się syntetyzować żywność – dodaje Lovelock.

Jego zdaniem zmiany poszły tak daleko, że ludzkość nie jest w stanie żadnymi metodami odwrócić tych tendencji. Ostatni moment, w którym mogliśmy zrobić coś, co miałoby jakieś znaczenie, minął 40 lat temu. Niewiele nam pomoże ani tak zwany zrównoważony rozwój, ani eksploatowanie odnawialnych źródeł energii, ani globalnie stosowany recykling. To wszystko na nic. Najwyżej poprawi nam samopoczucie. To straszna wizja, zwłaszcza że niezbyt odległa. Na razie jakoś się trzymamy. Liczba ludzi na Ziemi rośnie w zastraszającym tempie (obecnie to 7,2 miliarda).

Robimy rozliczne plany dotyczące też naszych dzieci i wnuków. Tymczasem na pewno ci ostatni staną oko w oko przed zagrożeniami, o jakich nie śniliśmy nawet w najczarniejszych snach.

Ilu ludzi na Ziemi?

Szacunki demograficzne przewidują, że około 2040 roku na świecie będzie nas około 9 miliardów. Z tego – zdaniem Lovelocka – około 80 proc. zniknie do 2100 roku. To znaczy po prostu – zginie. Lovelock jednak nie załamuje rąk. Uważa, że 9 miliardów nie jest lepsze od miliarda.

Sama Ziemia, czyli Gaja, przetrwa, ponieważ posiada mechanizmy pozwalające jej skutecznie przystosowywać się do zmian. Także tych, które są dziełem człowieka. Jeśli człowiek wymrze, da miejsce innym organizmom. Jeżeli jakaś część ludzkości przetrwa, też będzie dobrze. – Odkąd ludzie pojawili się na Ziemi – tłumaczy Lovelock w wywiadzie dla „The Guardian" – nastąpiło wiele katastrof podobnych do tej, która wkrótce nas czeka. Jestem przekonany, że te wydarzenia oddzielą ziarno od plew. Na Ziemi pozostaną ludzie, którzy będą ją rozumieć i będą żyć z nią w zgodzie. Jestem optymistą. Będzie tak, jak mówię.

Prognoza to tym bardziej ponura, że jej autorem jest człowiek, który zna się na rzeczy. I dobrze wie, co mówi.

Julia Berg
il. E. Banach-Rudzik
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 8/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020