Singiel, czyli samotny słoik w wielkim mieście

Gdzie spojrzymy, otacza nas armia solistów. Rosną kolejne pokolenia tych, którzy nie chcą lub nie potrafią żyć w związkach, tworzyć rodzin lub podjąć decyzji o dziecku. Co ich pcha w ramiona samotności? Pragnienie wolności, egoizm czy nieszczęsny los ambitnego pracoholika, który zagubił się w życiu, stawiając na karierę?

Kiedyś, kiedy życie bez rodziny uważano za całkowicie, bezpowrotnie stracone, mówiono o nich „stara panna" lub „stary kawaler". Przymiotnik „stary" w mowie potocznej miał zapewne podkreślać karę za życiową opieszałość lub jakieś potężne wady wrodzone (szpetotę, brak majątku, dawniej zwanego spadkiem albo wianem, nieślubną latorośl, obłąkanie itp.).

Kiedyś, kiedy świat był zdecydowanie bardziej uporządkowany, wiadomo było, że rodzinę i dzieci mieć należy i kropka. A dzisiaj ważna jest wolność i swoboda. Ważne, by nie wystartować w rodzinne pielesze za wcześnie. Ważne, by pożyć. I z tej swobody coraz więcej ludzi chce korzystać. Nikt już nie mówi o staropanieństwie. To nie jest trendy i nie jest cool. Dzisiaj mówi się ładnie o byciu singlem. Z drugim człowiekiem jest się na jakże modnej ostatnio "słit foci".

W życiu chce się być wolnym, samodzielnym, niespętanym obowiązkami. Skąd się to wzięło i co tam w tej singielskiej duszy kwili? Nie trzeba być socjologiem, żeby dostrzec różnice między tym singielstwem zachodnioeuropejskim czy amerykańskim a tym naszym, wielkomiejskim made in Poland. Ale i tak różne jest oblicze samotności z wyboru, więc – aby to zrozumieć – poznajmy troje przedstawicieli trzech bardzo typowych grup: Joannę, Karola i Misię.

Bo ja z zawodu jestem menedżerem!

Joanna ma 35 lat i wszystko, co można kupić. Ma pieniądze i to od wielu, wielu lat. Jest bardzo ładna, bardzo zadbana, bardzo dobrze ubrana i bardzo dobrze, zdrowo odżywiona. Zbilansowane posiłki przywozi jej do biura firma cateringowa specjalizująca się w dietach i zestawach ekologicznie czystych. Regularnie ćwiczy na siłowni i pływa. Uwielbia dobre kino i latynoską muzykę. Od lat pracuje w wielkich korporacjach, kieruje dużymi zespołami. Szefowie ją wyróżniają, a współpracownicy cenią. Trzyma dystans do ludzi, bo jej zdaniem praca to nie miejsce na związki międzyludzkie. Raz się sparzyła i nigdy więcej.

reklama


Joanna jest tak zwanym słoikiem, ponieważ przyjechała do Warszawy z małego miasteczka na Lubelszczyźnie. Przez całe studia wracała na weekendy do domu. A potem, w poniedziałki, wypakowywała słoiki z gołąbkami i kompotem na cały tydzień. Od mamy i babci.

Joanna już jako dziecko zapowiadała się doskonale. Mama, nauczycielka z aspiracjami, z miasteczkowej elity, chciała dla jedynaczki jak najlepiej. Powtarzała Joasi: „Pamiętaj, abyś nie ugrzęzła na tej prowincji tak jak ja". Pilnowała lekcji i żeby córka dobrze się prowadziła.

O ojcu mama z babcią (w domu przy rynku mieszkały wszystkie pokolenia rodu Joanny) rozmawiały niechętnie. Mimo że mieszkał razem z nimi i jadał niedzielny rosół przy tym samym stole. Był w PRL-u milicjantem, nawet powiatowym komendantem, potem nie przeszedł lustracji i został jednym z dwóch taksówkarzy w miasteczku. Jego ulubionym sposobem na rodzinny związek jest milczenie.

Joanna chłonęła wiedzę i potem szybko trafiła na właściwą ścieżkę kariery. Koleżanki radziły sobie gorzej, grzęzły w pieluchach – tak sądzi Joanna – znosiły mężów nieudaczników, ich zdrady i finansową nieporadność. A Joanna zamieniła mieszkanie na segment, a segment na dom z ogrodem. Do rodzinnego miasteczka jeździła coraz rzadziej. Ojciec odszedł tak cicho, jak żył, babcia i dziadek jeszcze przed nim. Z kuzynami nie miała już o czym rozmawiać, ciągle ktoś prosił ją, żeby mu załatwiła jakąkolwiek pracę. Mama chorowała, ale jakoś sobie radziła. Joanna woli nie myśleć, co będzie, kiedy przestanie. Mama byłaby wtedy jej jedynym rodzinnym obowiązkiem.

Co do mężczyzn, to przecież Joanna też ma swoje potrzeby. Kilka razy wydawało jej się, że jest na drodze do czegoś poważnego. Raz zakochała się nieszczęśliwie. To był ten jedyny przypadek w pracy. Miała kilkuletni romans z szefem, ale ostatecznie on nie odszedł od żony i okazało się, że nie jest jej, Joanny, wart. Raz zakochała się szczęśliwie, lecz też nie wyszło. Bo Janusz chciał zakładać rodzinę, a ona dopinała ważny projekt z Francuzami.

Teraz Joanna patrzy z przerażeniem na facetów w zasięgu jej wzroku. Czasem marzy jej się brodaty drwal o silnych dłoniach, jednak nie pracuje w branży celulozowej i raczej nigdy nie pokieruje stolarnią. Joanna nie zauważa żonatych. To skutek jej bolesnej przeszłości. A nieżonaci, single – jak ona – są zbyt zadbani jak na jej gust. Mają doskonałe samochody i dochody. Grają w golfa, piją dobre whiskey, lubią siłownię i seks. Ale rano ich już przy niej nie ma. Nie mówią zbędnych słów, nie deklarują niczego.

Przykre, kiedy dowiaduje się po czasie, że kolejny z jej byłych właśnie zrobił dziecko młodziutkiej asystentce i się z nią żeni. A mama coraz częściej ją denerwuje. Wypytuje o plany rodzinne i mówi, że to ostatni dzwonek na dziecko. I po co to mówi?! Po co ją denerwuje? Przecież Joanna też to wie. Koleżanki mają dzieci w podstawówce. Część jest już dawno po rozwodzie. Czy to jej wina, że mężczyźni dookoła są tacy beznadziejni?

Źródło: Wróżka nr 8/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020