Klub prawej ręki, czyli jak kochać się z samym sobą

Jak mawiał Woody Allen: „Masturbacja to seks z kimś, kogo się naprawdę kocha". I zapewniał, że tajemnica jego seksualnych podbojów wynika stąd, że sam dużo ćwiczy.

Przez lata była uznawana za poważne zaburzenie psychiczne. Dziś wiadomo, że to nieprawda. Niektórzy twierdzą, że masturbacja może wydłużać życie. Niezwykłe doświadczenie zwiazane z tym tematem przyniosło mi kiedyś... no właśnie, samo życie.

Dwadzieścia lat temu redagowałyśmy z koleżanką dwutygodnik społeczno-ekonomiczny dla raczkującego wtedy prywatnego biznesu. Tłumaczyłyśmy w nim przepisy nowego prawa gospodarczego, kontaktowałyśmy czytelników z ekspertami, którzy także odpowiadali na listy. W którymś momencie zaczęły przychodzić listy niezwiązane z tematyką pisma, a dotyczące codziennych problemów. Na przykład: jak uprać tenisówki czy jak sobie radzić z hemoroidami. Stworzyłyśmy
więc dwutygodnik, który udzielał wszelakich porad. Na listy czytelników odpowiadali lekarze, pedagodzy, psycholodzy, seksuolodzy.

Po kilku miesiącach okazało się, że największe wzięcie mieli... ci ostatni. Co więcej, czytelnicy zaczęli opisywać swoje przeżycia erotyczne. Były to bardzo piękne listy, które oczywiście publikowałyśmy. Wkrótce nasze pisemko (100 tys. nakładu) stało się jednym wielkim forum (wtedy nie było społecznościowych forów internetowych) wymiany doświadczeń erotycznych. Pisali ludzie w każdym wieku – nastolatki, studenci, ale i starsi, po przejściach. Widać było, że zachłystują się wolnością słowa. Wcześniej żadne z nielicznych wówczas pism na rynku nie poruszało takich tematów i w taki sposób. Coraz częściej pojawiały się też słowa masturbacja czy onanizm.

reklama


Nasi seksuolodzy komentowali, że wszystko jest OK, rozwiewając obawy niektórych osób, że to, co robią, nie jest normalne. I oto pewna młoda kobieta – entuzjastka zaspokajania samej siebie zaproponowała, by powołać przy naszym piśmie Klub Prawej Ręki (KPR). Zaczęły przychodzić listy popierające ten pomysł. I klub powstał. A treści listów jego członków przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Stały się one bogatym źródłem wiedzy o seksualności człowieka. I dla nas, redaktorów i kilku naszych seksuologów.

Ludzie zaczęli wreszcie otwarcie mówić o tym, co do niedawna było grzechem i tabu. Bo też przez setki lat straszono na potęgę osoby uprawiające seks ze sobą. Miały one w krótkim czasie zapadać na najróżniejsze choroby. Najpierw groziły im opadnięcie z sił, ślepota, cierpienia z powodu impotencji, częstych bólów głowy i kłopotów z kręgosłupem. A potem rozwijały się podagra, reumatyzm i wszelkiego rodzaju schorzenia psychiczne. Dokładną listę i szczegółowy opis cierpień przedstawił ponad 250 lat temu szwajcarski lekarz Samuel Auguste Tissot w książce „Onania albo ohydny grzech samozaspokojenia".

To zaraza nad zarazy

Książka przez wiele lat była uznawana za wyrocznię w sprawach seksu. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku lekarze amerykańscy alarmowali, że masturbacja jest gorsza od zarazy i groźniejsza niż największe epidemie dżumy i ospy. By się od niej uwolnić, „zalecali przywiązywanie mężczyzny do łóżka przed zaśnięciem, a u bardziej opornych – wypalenie cewki moczowej. Przestrzegali, że mężczyźni, którzy się onanizują, mogą umrzeć w ciągu kilku miesięcy" – pisze Zbigniew Wojtasiński w książce „101 mitów o seksie".

Tymczasem nic złego się nikomu z tego powodu nie działo. William Gladstone, wieloletni premier Wielkiej Brytanii wyznał, że onanizował się jeszcze w czasach studenckich. Nie przeszkodziło mu to doczekać się ośmiorga dzieci i dożyć 90 lat. Przed tym strasznym procederem ostrzegano też kobiety. Panie, które często sprawiały sobie tę przyjemność, rzekomo były oziębłe w kontaktach z mężczyznami i miały poważne problemy podczas współżycia.

Dopiero Zygmunt Freud, żyjący na przełomie XIX i XX wieku austriacki neurolog i psychiatra, odkrył, że seks kieruje naszym życiem. A brak zaspokojenia wynikających z tego potrzeb może doprowadzić do nerwic czy nawet „niekontrolowanych aktów przemocy lub zachowań agresywnych".

Jak się przed tym bronić?

Jeszcze w latach 70. XX wieku panowało częste przekonanie, że onanizm doprowadza do impotencji, zaniku jąder, niepłodności, owłosienia na dłoniach, a także do słabości i przedwczesnego starzenia się. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz, seksuolog wspomina, że w początkach jego pracy terapeutycznej nie było dnia, by nie przyszedł do niego mężczyzna wystraszony tym, że się masturbuje i nie potrafi się przed tą skłonnością obronić.

Dziś niewiele się zmieniło. Wciąż wiele osób ma poczucie winy i wstydzi się, że uprawia onanizm. Sądzi, że skłonność do samozaspokojenia się świadczy o słabości charakteru i niedojrzałości psychicznej. I należy robić wszystko, by nad sobą panować. Tymczasem seksuolodzy uważają to za błąd.

„Wiele kobiet obawia się, że to przejaw nadmiernego zainteresowania seksualnością, pożądania, rozbudzenia (...). Takie lęki warto pokonywać, ponieważ blokują one naszą erotykę. Kiedy dobrze poznamy własne ciało i jego reakcje, seks z partnerem może być tylko lepszy" – mówi „Wysokim Obcasom" dr Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. I przekonuje, że „masturbacja jest dobra dla wszystkich kobiet zainteresowanych samorozwojem w sferze seksualnej. A dziewczyny, które się onanizowały, statystycznie mają mniej problemów seksualnych.

Seks z samym sobą to jest to!

Amerykańska edukatorka seksualna Betty Dodson, która w tym roku skończy 85 lat, twierdzi, że żyje tak długo i świetnie się ma, bo zawsze kochała seks, także z samą sobą. Jej zdaniem, unikanie masturbacji sprzyja problemom seksualnym. Łatwiej nami wtedy manipulować i w większym stopniu akceptujemy status quo. Szczególnie potrzebna jest kobietom, które sądzą, że są oziębłe. Albo nie są pewne, czy osiągają orgazm.

Źródło: Wróżka nr 8/2014
Tagi:
Komentarzy: 1
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020