Spotkanie z wielką ciszą

Kilkanaście godzin medytacji dziennie w absolutnym milczeniu. Brak kontaktu z ludźmi i ze światem. To Vipassana. Po co się tak katować? Żeby lepiej poznać siebie i zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są.

Biały, parterowy, przeszklony pawilon na trawiastym wzgórzu. Ośrodek Dhamma Dipa (Wyspa Dhamma) w hrabstwie Herefordshire w zachodniej Anglii, to jedno z wielu odosobnionych centrów na świecie, w którym praktykuje się medytację Vipassana. Przyjechałam tu, żeby spojrzeć z dystansem na siebie i swoje życiowe wybory. Na pracę, której poświęcam chyba zbyt dużo czasu, związek z mężczyzną, coraz bardziej oparty na przyzwyczajeniu, a nie uczuciu. Vipassana oznacza „widzieć rzeczy takimi, jakimi są", a ja przecież właśnie tego chcę. Mogłam wybrać warsztaty w Polsce, w Krutyni. Ale uznałam, że w Anglii będę jeszcze bardziej oderwana od swojej codzienności.

Zgodnie z regulaminem nie przywiozłam ze sobą jedzenia, bo obowiązuje miejscowe, wegetariańskie menu. Telefon komórkowy od razu wyłączam, bo kontakt ze światem jest zabroniony. Nie mam dyktafonu, bo nie wolno niczego nagrywać. Ani nawet robić notatek, więc nie mam też notesu ani przyborów do pisania. Odtąd wszystko zależy od mojej pamięci. Żadnych książek, bo mogłyby mnie rozpraszać, żadnych kolorowych ubrań, bo mogłyby rozpraszać innych. Z tego samego powodu nie mam też perfum, tylko bezzapachowy dezodorant. Kosmetyki tylko podstawowe – mydło, pasta do zębów, szampon. Zdobienie ciała też jest zakazane. Mam ze sobą zgrzewkę wody mineralnej; jest dozwolona. Ale nikt nie rewiduje mojej torby. Zakładają, że nie wniosę do ośrodka żadnej kontrabandy.

Dzień pierwszy: zaczyna się milczenie

Sala wypełnia się ponad setką kursantów. Większość z nich to młodzi ludzie, ale jest kilkanaście starszych osób. Mamy się podzielić: po jednej stronie mężczyźni, po drugiej, kobiety. Salę niepostrzeżenie dzieli na dwie części biała rozsuwana ściana. Najbliższe 10 dni spędzę wyłącznie w towarzystwie kobiet.

reklama


Wita nas dziewczyna, która wygląda zwyczajnie, dżinsy, szara koszulka, lenonki. Przypomina zasady – nie można dzielić pokoju z kimś znajomym, kąpać się, spać ani spacerować w czasie przeznaczonym na medytację. No i to najtrudniejsze – odtąd przez 10 dni wszystkich nas będzie obowiązywało całkowite milczenie. I ścisły zakaz jakiejkolwiek komunikacji: gestów, dotykania kogoś – nawet by obudzić śpiocha. Wykluczony jest nawet kontakt wzrokowy. Można się odzywać tylko do osób prowadzących medytację, żeby rozwiać jakieś wątpliwości. W innych sprawach pomoże nam sługa („servant") – czyli dziewczyna, która właśnie przemawia. Wraz z końcem powitania zaczyna się milczenie.

W odprowadzaniu nas do pokojów uczestniczą trzy osoby. Trafiam do dwójki. Trochę mi głupio, że nie mogę przywitać się ze współlokatorką. Obie staramy się na siebie nie patrzeć. Pokój jest niewielki i ascetyczny jak klasztorna cela. Ale ma okno z ładnym widokiem na łąkę. Jedyne meble to dwa proste, sosnowe łóżka, pod którymi zmieści się plecak lub sportowa torba. Jedynym źródłem światła w nocy jest energooszczędny kaseton na suficie.

Zwiedzam wspólną łazienkę, białą i długą, z rzędem umywalek po jednej stronie i kabinami prysznicowymi po drugiej. Wreszcie gong wzywa nas do sali medytacyjnej. Musimy wybrać sobie miejsce na sali, które pozostanie „nasze" do końca kursu. Dla wielu z nas to pierwsze doświadczenie z medytacją. Spotkanie zaczyna się od projekcji filmu S.N. Goenki, Hindusa z Birmy, który od 1969 r. nauczał Vipassany.

Dzień drugi: wczuć się w koniuszek nosa

W ciągu kolejnych dni zobaczę wiele takich filmów, wprowadzających w kolejne etapy praktyki. Czasem „lekcje" mistrza odtwarzane są tylko jako dźwięk, puszczany z głośników. To właśnie Satya Narayan Goenka (1924–2013) jest jedynym guru tej medytacji. Jednej z najstarszych – jak zapewnia z ekranu – indyjskich technik medytacyjnych na świecie. Przejął ją od dwóch starych mistrzów, stosowana zaś była już 2,5 tys. lat temu. Po wiekach zapomnienia sięgnął po nią Budda.

Jednakże Vipassana nie ma nic wspólnego z buddyzmem. Bo Budda nigdy nie uczył żadnej religii. Nauczał tylko Dhammy (drogi do wyzwolenia), która jest uniwersalną metodą pracy nad własnym postrzeganiem siebie oraz rzeczywistości. Mogą więc z niej korzystać zarówno wyznawcy dowolnych religii, jak też niewierzący.

Praktykowanie Vipassany zaczyna się od obserwacji oddechu. Należy zamknąć oczy i skupić się na wrażeniach związanych z miejscem, przez które człowiek wprowadza tlen do swego organizmu. Przez kolejne trzy dni godzinami będę wczuwać się w koniuszek własnego nosa. Zakazane są modlitwy, mantrowanie w myśli, jakiekolwiek przemyślenia. Po prostu skupiam się na wdychaniu i wydychaniu powietrza w niewymuszony, normalny sposób. Ale nos szybko zaczyna mnie swędzieć. Boję się podrapać. Boję się, że umrę z nudów.

Źródło: Wróżka nr 7/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube