Takie oczy jak Joanny

Wawrzyniec zamówił taksówkę. Spieszył się do rodziców, a zwłaszcza do matki, do szpitala. Widział się z nimi przed rokiem.

Wtedy, kiedy im powiedział o swej decyzji. Trzy dni przed wyjazdem z domu. Joasi powiedział to wcześniej. Nie mogła uwierzyć. Byli parą dwa lata. Po maturze razem mieli studiować weterynarię. Zadzwonił, że ma jej do przekazania coś ważnego. Spotkali się jak zwykle na murku przed blokiem Joasi. Stąd zwykle szli do kina albo na spacer.

Choć znali się dwa lata, nigdy ze sobą nie spali. Parę razy usiłowała go sprowokować, ale zawsze mówił, że na seks przyjdzie czas. Tylko całowali się i przytulali. – Jak przed wojną – śmiała się Joasia – jak niedzisiejsi.

Usiedli na murku. I wtedy powiedział, że chce być księdzem. Idzie do seminarium. Zaśmiała się. – Zwariowałeś? A on, że nie był pewny swego powołania. Ale od jakiegoś czasu wie, że to jego droga.

To stało się w Alpach. Pojechał do przyjaciół rodziców w Szwajcarii. Właśnie wstało słońce, a on wyszedł na krótki spacer z ich górskiego domku. Szczyty gór spowijała delikatna mgła. Nagle doznał czegoś niezwykłego. Jakby uniesienie, ekstaza, która rozsadzała mu serce. Zrozumiał, że Bóg wybrał go na swego zaufanego, że musi się Mu poświęcić. Nic, co dotąd przeżył, nie mogło się równać z tą niezwykłą chwilą.

– Nie kochasz mnie? – zapytała smutno. Zaczęła płakać. – Jak możesz mi to robić, liczyłam na ciebie, na wspólne życie. Na trójkę dzieci. Mieliśmy mieć w domu dużo zwierząt. Co cię opętało, Wawrzek?

Powiedział, że przeprasza i że nie wie, co innego mógłby teraz powiedzieć. Podeszła i z całej siły uderzyła go w twarz. – Daję ci miesiąc na opamiętanie. Potem przestaniesz dla mnie istnieć. Choć będzie to dla mnie bardzo trudne.

reklama


Czekała dwa lata. Potem wyjechała z miasta. Kuzyn Wawrzyńca spotkał kiedyś na ulicy jej matkę.
– Co u Joasi, gdzie jest?
– Zostawiła mnie samą. To przez tego głupiego bydlaka! – krzyknęła kobieta i przeszła na drugą stronę ulicy.

Taksówka wolno jechała w korku. Znów przypomniał sobie dzień, w którym rodzice się dowiedzieli. Już od rana mobilizował się, żeby im powiedzieć. Najlepiej przy obiedzie. Nie, raczej wtedy, gdy skończą deser i zaczną pić w dużym pokoju kawę...

– Muszę wyznać, poinformować... – zaczął niepewnie – że postanowiłem pójść do seminarium duchownego.
– Żartujesz? – spytała matka. Jej oczko w głowie, jedynak, nagłe szczęście po dziewięciu latach czekania na dziecko, kiedy już nie było żadnej nadziei na macierzyństwo. I teraz odchodzi? A właściwie dla nich umiera.

Nie mieli dotąd z synem żadnych problemów. Zawsze miły, grzeczny, zawsze świetnie się uczył. Kiedy zapalił się do gry na akordeonie, kupili mu instrument. Nie byle jaki, profesjonalny i zamówili lekcje w ognisku muzycznym. Potem przyszło następne szaleństwo – języki. Ze swych nauczycielskich pensji wydzielali pieniądze na lekcje, na zagraniczne wczasy językowe. „Dla synka wszystko" – powtarzał ojciec. Byli szczęśliwi, gdy przedstawił im Joasię, koleżankę z liceum: oto ich dorosły syn ma dziewczynę. Będą kiedyś niańczyć wnuki. Pełnia szczęścia.

Nie chodzili do kościoła. „Jeśli nawet pan Bóg istnieje – powtarzał ojciec – nie umiemy w niego wierzyć. Nic na to nie poradzimy". Ale nie zabranialiby synowi, gdyby chciał uczestniczyć w obrzędach kościelnych. Wawrzyniec, choć na lekcje religii chodził, jak wszyscy w klasie, był religijnie obojętny. A lekcje traktował jak kolejny przedmiot do zaliczenia.

– Żartujesz? – spytała matka po raz drugi. „Tak jak przedtem Joasia" – pomyślał.
– Nie żartuję. I nie zmienię zdania.
Matka siedziała z otwartymi ustami blada, nagle nieobecna. Ojciec się odwrócił, podszedł do okna i stał bez ruchu.
– Przepraszam. Jutro wyjeżdżam. Jestem umówiony w seminarium. Jeśli chcecie, żebym był szczęśliwy, zaufajcie mi i dajcie swoje błogosławieństwo.

Już w korytarzu słyszał, jak ojciec mówi do matki: „Nie martw się, przejdzie mu ta fanaberia". Od tamtego dnia matka żyła w głębokiej depresji. Jakby straciła syna: nie zadzwoniła, nie napisała. Ojciec także się nie odzywał. Zawsze byli szczęśliwą parą i jedno za drugie oddałoby życie.

Od pierwszego dnia Wawrzyniec czuł, że w seminarium jest jak u siebie. Oto będzie służył Bogu i ludziom, bo został wybrany. Zbliżał się dzień włożenia sutanny. Myślał, że dozna wtedy uczucia pamiętanego z Alp. Rozrywającego obcowania z Bogiem niemal twarzą w twarz, przypominającego wewnętrzny pożar, iluminację, którą z niczym innym porównać nie można.

Źródło: Wróżka nr 12/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020