Kopciuszek i książę medycyny

Nienawidzę chodzić do lekarzy. Zwłaszcza teraz, kiedy na widok mojego PESEL-u podnoszą w górę brwi, rozwiewając złudzenia, że może znajdzie się jakieś lekarstwo na upływ czasu.

– Niech pani dba o siebie, w pani wieku to normalne, że... – mówi taki potwór w białym fartuchu. A mnie skacze ciśnienie i mam ochotę odpowiedzieć, że jeszcze dałabym bez trudu radę udusić kogoś gołymi rękami...

Ale choć jestem osobą niebywale zdrową i swoje kontakty ze służbą medyczną ograniczyłam do niezbędnego minimum, coraz częściej muszę mieć jakiegoś konowała pod ręką. Od kręgosłupa – bo nie wiem, dlaczego jego koniec nie lubi, gdy za długo siedzę. Od nadgarstka, bo któregoś dnia prawie nie mogłam uruchomić komputera. Od oczu, bo przestaję poznawać znajomych, jeśli są dalej niż dziesięć kroków przede mną. I jeszcze paru innych...

Kiedy byłam dzieckiem, mieliśmy na wszystkie choroby całej rodziny jednego doktora. Kazał mi otwierać buzię i mówić: aaaa... Pigułki robiły panie w aptece. I tyle. Teraz istnieje tak wąska specjalizacja, że wkrótce będę potrzebować jednego specjalisty od trawienia ukochanych ciasteczek, drugiego od bigosu. A zwykły lekarz może mi najwyżej dać do tych książąt medycyny skierowania. Pytanie, kiedy dostąpię zaszczytu audiencji...

Na jodze naciągnęłam sobie duży palec u nogi. Niby nic, ale po górach z takim palcem chodzić trudno. Zapisałam się więc do ortopedy, 200 złotych i tydzień czekania. I punktualnie siadam przed gabinetem z wynikami badań, które mi kazano zrobić. Pan doktor sam poprosi.

Mija 10 minut, 15... Nic. Po 20 stukam do drzwi. Odpowiada mi ostre: „Proszę czekać!". Wracam więc grzecznie na swój stołek i za chwilę widzę, jak drzwi się uchylają i wypada z nich nie sterany chorobami pacjent, ale roześmiana pielęgniareczka, która rzuca w moją stronę: „No proszę, może pani już wejść!".

reklama


Wchodzę i siadam. Książę medycyny nie odpowiada na moje „dzień dobry" (w końcu nie zostałam mu przedstawiona). Szuka mojej karty i jednak pyta, co mi dolega. Patrzy w wyniki badań, a wtedy wpada pielęgniareczka i pyta:
– Czy pan doktor miałby ochotę na herbatkę?
– Tylko zaparz, kochana, mocną i przynieś mi jakieś dobre ciasteczko – świergoli do niej książę.
Po czym, przez parę minut trwa wymiana informacji, co doktor lubi, co mu szkodzi, a co nie i co jest w bufecie.

Pielęgniarka znika, doktor wraca do mojej karty i wyników. Każe mi się położyć na leżance, bierze w mocne dłonie moją stopę i... Drzwi otwierają się znowu i nad moją głową pojawia się półmisek z ciasteczkami. „Może być serniczek? A może eklerka? Mają świeżą dostawę. Teraz biorą od jakiegoś nowego cukiernika i ciasta są naprawdę mniam, mniam. Dla pana doktora poprosiłam też o kremówki". Dłonie księcia medycyny porzucają mój palec i wędrują na półmisek, małe pięć minut i decyzja podjęta.

Doktor idzie umyć ręce, zapewne uciapał je cukrem pudrem, a to mu utrudni badanie. Rozluźniam się i biorę dziesięć głębokich oddechów. Zimne dłonie znów obejmują moją stopę i zaczynają ją badać centymetr po centymetrze. Potem bezlitośnie przekręcają paluch wokół osi i już mam wrzasnąć z bólu, gdy... Tak, zgadliście!!! Drzwi się uchylają i wchodzi pielęgniareczka z tacą, na której paruje herbatka, stoją cukiernica i talerzyk z ciastkami. – Czy ja państwu nie przeszkadzam?! – słyszę swój maksymalnie wściekły głos i zaraz myślę, że potrzebuję jeszcze terapeuty od pokonywania nagłych ataków agresji. Albo kardiologa, bo za moment trafi mnie szlag...

Moja ciotka uważa, że by być zdrowym, należy unikać lekarzy, mieć dobry humor i inwestować w żołądek. Wuj – że nalewki pite w rozsądnych ilościach gwarantują długowieczność.

Oboje uwielbiają jednak zjeść śledzia z cebulką w oleju pod kieliszek zimnej wódeczki, ale tu ich organizmy odmawiają współpracy. Od czasu do czasu dzwonią więc na pogotowie, po czym siadają do stołu zastawionego ukochanymi przysmakami. Wszystko od lat działa jak w zegarku: gdy przyjeżdża ekipa, po śledziach nie ma już ani śladu, wątroba i woreczek są spuchnięte prawidłowo i wujostwo mogą jechać do szpitala. Kiedy niepokoimy się, że to się może skończyć tragicznie, mówią: – Nie ma obawy, śledzik jest zawsze doskonale przyrządzony...

Teresa Jaskierny
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 11/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl