Niech będzie Letycja

Nie jestem wyrodną matką! – krzyknęła. – Za miesiąc rodzę. Do adopcji?! Ty chyba z byka spadłeś! Powiem w szpitalu, że ojciec przyjdzie po dziecko. Mała będzie miała na imię Letycja.

– O, Boże, dlaczego takie imię, dlaczego nie może być Kasia, Ania, coś normalnego?
Odburknęła, że nie wie dlaczego, ale ma być Letycja i będzie.

Jego matka dała mu na szczęście imię zwyczajne. Remigiusz. I nazwisko, pewnie jej panieńskie. O ojcu niczego nie było wiadomo. Matka po urodzeniu zniknęła ze szpitala i żadna policja nie mogła jej odszukać. Trafił do domu dziecka i został w nim na wiele długich lat.

Co wieczór ciocia mówiła: „Dobranoc, dzieci" i gasiła światło. Oznaczało to, że dzieci mają natychmiast zasnąć. A ciocia mogła pójść do dyżurki, zapalić papierosa i wypić kawę. Remo leżał w łóżku i patrzył w sufit. Ciągle tylko sufit i sufit. Zawsze bał się sufitów, zwłaszcza wysokich.

Do adopcji się nie nadawał. Miał od urodzenia szpotawą stopę i mocno utykał. Ale był miły, grzeczny, z wielkimi ciemnymi oczyma. – Ty chyba po Cyganie jesteś – mówiła ciocia. – Ale nie. Chyba po ojcu inżynierze. Bo inny jesteś od dzieci. Tak, tak, miałeś na pewno takiego ojca.

Ciocia była dobra. Miała wielkie piersi, wylewające się ze stanika. Przytulała do nich Rema, kiedy marudził. Albo wieczorem, gdy wymykał się z sypialni, przychodził do niej i mówił, że boi się sufitu i nie może spać. Potem we własnym mieszkaniu miał dwie wielkie puchate poduszki do spania, koniecznie dwie.

W szkole przezywano go Koniem. Z powodu tej stopy. Koledzy zapomnieli, jak ma na imię, tylko Koń i Koń. Na przerwach stał w kącie korytarza, kurczowo trzymając się poręczy, bo lubili go popychać i podstawiać nogi. Albo szedł na zaplecze sklepiku. Sprzedawczyni, która przychodziła tam na kilka godzin w czasie lekcji, też miała wielkie puchate piersi. Czuł się przy nich bezpiecznie.

Marnie się uczył, jak prawie wszystkie dzieci z domu dziecka. Zwłaszcza że miał taką stopę. Koń nie może się uczyć inaczej. Ale w czwartej klasie pani z biblioteki wypożyczyła mu książkę „Chłopcy z Placu Broni". Jak przeczyta, dostanie tabliczkę czekolady. To była dobra, ludzka pani, choć płaska jak deska.

reklama


Zaczął czytać od niechcenia, ciągle myśląc o smaku czekolady, koniecznie z orzechami. I nagle lektura go wciągnęła. Wyszedł na korytarz, schował się w kącie i czytał dalej. Szumiało mu w głowie, urywał się dech w płucach. To nic, czytał dalej.

Na lekcji wychowawczej zapytał przy całej klasie, czy może zmienić swoje imię Remo na Nemo, od Nemeczka. Jest synem inżyniera, powinien więc dostać zupełnie nowe imię.
Pani zaczęła się śmiać. – Nie wygłupiaj się. Idź do pokoju nauczycielskiego i przynieś dziennik, bo zapomniałam. Co też takiemu pokrace chodzi po głowie!

Pod koniec gimnazjum zmienił się dyrektor szkoły. Popatrzył na stopę Rema i powiedział, że można by ją zoperować. Postara się o skierowanie do Konstancina. Operację zrobiono już po tygodniu. Remo leżał w sali i zobaczył, jak kiedyś w domu dziecka, biały śmiertelny sufit. I zaczął krzyczeć. Ktoś wziął go za rękę. Od razu poczuł się bezpieczny.

Kiedy dzieci wychodziły na spacer, na ulicę czy do parku, panie kazały trzymać się za ręce. Od rąk szło ciepło i bezpieczeństwo. Nikt się wtedy nie bał i nie uciekał z krzykiem na boki. Ręka, która go dotknęła, była mała, z palcami chudymi jak patyczki. – Jestem Letycja. Leta. Coś się nagle stało, sufit zawirował i lada moment mógł spaść Remowi na głowę. – Ładne imię – wyszeptał.

W sali ogólnej, gdy go przewieziono z pokoju po operacji, sąsiadem Rema był chłopak z porażeniem dwukończynowym, Marek. Jechał na motocyklu, dostał go właśnie od ojca w prezencie na urodziny. To była chwila nieuwagi, huk, przydrożne drzewo. Sekunda i życie zmieniło się nie do poznania.

Co tydzień do Marka przychodziła jego matka. Przynosiła czekoladki i pomarańcze. Czuło się, że wskoczyłaby w ogień, byle syn stanął na nogi. Więc mieć matkę, to tak słodko? To aż tyle?

Marek miał zamiar dalej studiować. Remo postanowił, że też pójdzie na studia. Nie zostanie ślusarzem albo hydraulikiem jak większość kolegów z sierocińca. On, syn inżyniera. Powiedział dyrektorowi, że chce po gimnazjum iść do ogólniaka.

– Nie dasz rady – odparł dyrektor. – Nie masz odpowiedniej średniej z ocen. Ogólniak w miasteczku wychowuje olimpijczyków. Przyniesiesz nam tylko wstyd. Idź do zawodówki jak człowiek.
– Nie i nic mi pan nie zrobi. Pójdę, bo chcę!

Zacisnął zęby. Wrył się w książki, czytał do upadłego. Średnia w gimnazjum rosła jak na drożdżach. Dyrektor zadzwonił do liceum. – Mam dziwnego wychowanka – powiedział. – Pełny sierota, po operacji nogi. Trochę kuleje. Rokuje słabo, ale się uparł. Grozi, że jeśli się nie zgodzę, ucieknie gdzie oczy poniosą. To wariat, na pewno tak zrobi. Niech go pan weźmie, choć na próbę.

Średnia ciągle rosła i w końcu dyrektor wystąpił o mieszkanie socjalne dla Rema w nagrodę za wyniki w nauce. Kawalerka po starej kobiecie była obdrapana i jeszcze pachnąca śmiercią. Ale miała malutką łazienkę i aneks kuchenny w korytarzu. Sufit nie straszył, bo był niski. I kiedy Remo się budził, mógł prawie dosięgnąć go ręką.

W gminie dostał klucze. Wszedł z młotkiem w kieszeni. Wbił gwóźdź. Jeszcze nie wiedział, do czego ten gwóźdź będzie służył. Może, żeby powiesić obrazek albo kurtkę. Ale to była jego ściana, jego gwóźdź i mógł go wbić, gdzie chciał. Usiadł pośrodku pustej podłogi i zaczął płakać.

Źródło: Wróżka nr 11/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020