Morderca biernych kobiet

John Reginald Halliday Christie miał przechlapane. Z przydomkiem „Christie – nic z tego" nie mógł liczyć na względy kobiet.

Tak nazwała go pewna dziewczyna zawiedziona jego łóżkowymi wyczynami. Zaciążyło to na całym jego życiu.

Czy był impotentem, nie wiadomo. Był żonaty i to bardzo długo, bo aż przez 36 lat. Ale być może nie sypiał z żoną (oboje na zdjęciu).

Z pewnością bał się kobiet. Tego, co mogą zrobić czy chociażby powiedzieć. Jego partnerka musiała być bierna jak lalka i zupełnie mu podległa. John Christie wyglądał jak jedna kupka nieszczęścia, koleś, który potyka się o własne nogi, nawet na prostej drodze. Ktoś kompletnie bezbronny, ktoś zupełnie niegroźny. Gdy się denerwował, tracił głos nawet na kilka dni. Mówił szeptem, był potwornym hipochondrykiem i histerykiem.

Protokół policyjny sporządzony w dniu jego zatrzymania zaczyna się od długiego opisu trapiących go dolegliwości. Dopiero kiedy szczegółowo zwierzył się policjantom z tragicznego stanu swojego zdrowia, opowiedział... w jaki sposób zabił siedem kobiet.

W stanie całkowitej bierności

Jak już powiedzieliśmy, John Christie lubił bierne kobiety. Tak miał. Niestety, przyszło mu żyć w czasach przed wprowadzeniem do powszechnego użytku dmuchanych lal. A te żywe ani rusz nie chciały leżeć cicho. Każdy radzi sobie jak może i potrafi, John Reginald proponował damom... kurację na katar.

reklama


Skonstruował całą maszynerię, która miała rzekomo leczyć z tej dolegliwości, a doprowadzała kobiety do wymarzonego przezeń stanu całkowitej bierności. Zapraszał je do domu, odurzał najpierw alkoholem, a potem sadzał w wygodnym fotelu, ustawionym tuż obok miejsca, do którego doprowadził rurkę z gazem. Był z niego prawdziwy majster-klepka! Otwierał zawór i już po paru minutach mógł robić z nieprzytomną delikwentką, na co tylko przyszła mu ochota. Przeważnie najpierw ją dusił, a potem gwałcił. I miał pewność, że jak nie będzie w stanie, to żadna nie wstanie i nie krzyknie: „Nic z tego Christie!".

Tata sadysta

John Reginald Halliday Christie miał kiepsko od dzieciństwa. Był jednym z siedmiorga dzieci człowieka surowego i gruboskórnego. Jego ojciec nie okazywał rodzinie żadnych cieplejszych uczuć. A nad małym Reggim pastwił się ze szczególnym upodobaniem. Może dlatego, że malec był krótkowzroczny, chorowity i introwertyczny. A może dlatego, że po prostu lubił się pastwić nad słabymi i małymi.

Nic więc dziwnego, że Johnny już jako piętnastolatek miał kłopoty z prawem i zatrzymywano go za drobne kradzieże. Po jednej z takich historii ojciec wyrzucił go z domu. Odtąd Christie musiał radzić sobie sam.

Na początku drugiej wojny światowej wstąpił do rezerwowych oddziałów policji. Zasłynął w nich jako bezwzględny służbista. Widać tak rekompensował sobie swoje trudne dzieciństwo i odreagowywał stresy. W tym też czasie zamieszkał przy Rillington Place 10. W domu, który dzięki jego wyczynom przeszedł do historii kryminalistyki.

Śmiertelna kuracja na katar

Pierwszą z jego ofiar była prostytutka Ruth Furrest. Kiedyś żona wybrała się z wizytą do rodziny, więc namówił pannę Furrest, by poddała się jego rewelacyjnej kuracji na katar. Nie musiał się nawet specjalnie starać, dama była bowiem płatną panienką. Widać jednak nawet poczucie, że płaci, a więc może wymagać – wystarczające dla większości mężczyzn – nie zapewniało mu takiego komfortu, by osiągnąć spełnienie.

Kazał więc panience pochylić się nad słoikiem, który miał zawierać uzdrawiający cudowny balsam. Wtedy przykrył jej głowę ręcznikiem i wsunął pod niego rurkę z gazem. Polecił, by oddychała naprawdę głęboko. Tylko tak lekarstwo miało zadziałać. Zadziałało szybko. Ruth Furrest już nigdy nie dostała kataru.

Źródło: Wróżka nr 12/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020