Smaczne nie szkodzi

Idą święta! To powinien być czas radości i relaksu. A jest? Zamiast cieszyć się przyjemnościami stołu, my liczymy kalorie. Odbieramy sobie jedną z podstawowych radości: dobre jedzenie. Gdy nam coś smakuje, czujemy się winni... i smutni. Najwyższy czas na rozgrzeszenie.


Kto tego nie zna? Stoimy przed otwartą szafą i zastanawiamy się: Dopnę się czy nie dopnę? Wejdę w to czy nie wejdę? I zaraz po konfrontacji z czarną rzeczywistością rzucamy się jak wściekli do kuchni: Koniec z takim jedzeniem! Dieta, zdrowe żarcie, szlaban na słodycze.

A życie i radość z niego??? Znika wraz z glutenem i węglowodanami. Razem z kaloriami i „złymi nawykami żywieniowymi" idzie precz wielka przyjemność i jedna z naszych podstawowych radości: dobre jedzenie. Stajemy się chudsi i... smutni. Zapominamy, że zaspokajanie głodu jest jednym z podstawowych, pierwotnych obowiązków naszej głowy, bez którego nie ma życia, a już na pewno nie ma dobrego życia.

Święta to powinien być czas radości i relaksu. A jest czasem męki, wyrzutów sumienia, poczucia, że jesteśmy strasznie niekonsekwentni, słabi, nie stać nas na dyscyplinę, jesteśmy do niczego, wreszcie... jesteśmy brzydcy i grubi. Święta dla wielu z nas to koszmar i degradacja. Sami siebie wpędzamy w to piekło. Zamiast robić z bliskimi to, co należy: cieszyć się, delektować i być razem – my liczymy kalorie, walczymy z pragnieniami, ulegamy im (bo jak tu nie ulec?) i wpadamy w czeluść niskiej samooceny.

reklama


Zamiast wyrzucić z łazienki wagę – stajemy na niej raz po raz. I cierpimy. Zapominamy o sobie, martwimy się i zatruwamy sobie najpiękniejszy czas w roku. Chciałabym sprawić, żeby chociaż jednej osobie czytającej ten tekst w tym roku to się nie udało. Dlaczego? Bo szkoda życia na myślenie o żarciu. Im więcej o nim myślimy, tym gorzej się czujemy. I tak w kółko.

Tymczasem – zamiast jeść z radością i przyjemnością – staramy się coraz częściej panować nad własnymi potrzebami, zamykać nasz głód i apetyt w klatce własnych szaleństw, świadomie głodzić się, ograniczać niektóre składniki, tworzyć sobie więzienny reżim posiłków, godzin, ilości kalorii, zasad żywienia... Wszystko fajnie, jeśli walczymy z zagrażającą życiu nadwagą albo złymi nawykami. Gorzej, jeśli zaczynamy szaleć, myśleć wyłącznie o niejedzeniu, bo chcemy być idealni, wiecznie piękni i szczupli. Wydaje się nam, że skoro nie akceptujemy swojego odbicia w lustrze, to zaakceptujemy siebie, jeśli ono się zmieni. Nic bardziej mylnego.

Przeczytałam dziesiątki tekstów i prac znanych dietetyków, słynnych żywieniowców, lekarzy i propagatorów zdrowego życia. Jestem obkuta w tym po uszy i wierzcie mi – znam się. Mogłabym cytować tutaj mędrców bez końca, posługiwać się rozbudzającymi wyobraźnię przykładami, wszystko po to, by zaspokoić w większości z nas potrzebę schudnięcia i ozdrowienia drogą manipulacji własnym przewodem pokarmowym. Nie zrobię tego. Opowiem wam jedynie o pułapkach nadmiernego skupienia się na tym, co i ile jemy. Wnioski wyciągniecie sami.

Dekalog, a właściwie antydekalog otwiera bardzo powszechnie łamanie przykazanie:
„Jedz to, czego potrzebuje twoje ciało w granicach własnego rozumu".
Najniebezpieczniejszym, najstraszniejszym, najgorszym naszym grzechem jest ciągłe poczucie winy.


To ono stoi za większością okrągłości i otyłości. Mechanizm jest prosty i ćwiczymy go od lat: jemy coś, czego sobie zabraniamy. Coś, co w naszym zrozumieniu jest złe i szkodliwe. Co nie jest lekką, pozbawioną smaku i wdzięku sałatą, tylko wielką bombą smakową, która niemal zawsze jest kaloryczna. Bo, czego może nie zauważyliście, jak coś jest smaczne, to musi być wartościowe. Lubimy to, czego pragnie nasz organizm. Gdybyśmy umieli wsłuchać się w jego realne potrzeby, nie byłoby tylu grubasów i smutasów.

Rzadko nasze ciało chce zjeść ciastko. To nasza głowa zajada smutki słodyczami. Nasze ciało chce zjeść to, czego mu brakuje. A nasza głowa chce to, czego sobie zabraniamy, lub do czego się zmuszamy. Oto tajemnica nieskuteczności diet i głodzenia się, lub, przeciwnie, obżarstwa. Anorektycy albo bulimicy, chorzy cierpiący na zaburzenia łaknienia (wszystko jedno, czy jest to jadłowstręt psychiczny, czy kompulsywne, napadowe obżeranie się z wywoływaniem wymiotów) cierpią na poważne problemy psychiczne, ale niemające związku z tym, czego potrzebuje ich ciało. Nie głodzą się, jak uważa większość nierozumiejących problemu, bo chcą jedynie schudnąć. Głodzą się, bo chcą panować nad swoim życiem.

Bardzo upraszczam, ale w skrócie wygląda to tak: anorektyczka (bo to zwykle ona) cierpi, bo uważa, że nie panuje nad niczym, co uważa za ważne. Zwykle jest młoda, dusi się w świecie wymagających dorosłych, złych relacji rodzinnych, społecznych, ma poczucie braku akceptacji i niezrealizowania. Nie wychodzi jej w życiu to, co zaplanowali za nią inni, albo to, co sama sobie narzuciła. I wierzy, że jeśli zapanuje nad tym, co najtrudniejsze, nad własnym głodem, to odzyska kontrolę nad własnym życiem.

Skąd wie, że głód jest najtrudniejszy do poskromienia? Bo walczyła już z nim, walczyły koleżanki, bo zna uczycie klęski, kiedy – powodowana pragnieniem bycia piękną i szczupłą – postanowiła się odchudzić. I innym to wyszło (widzi chudzielców wszędzie), a jej, oczywiście, nie. I kiedy odnosi triumfy w głodzeniu się – to triumfuje jej głowa. A reszta niszczeje i choruje. To skrajne szaleństwo rozumie każdy, kto chociaż raz był dumny z faktu, że czegoś sobie odmówił. Mechanizm jest ten sam, a manipulowanie głodem to bardzo niebezpieczna zabawa.

Źródło: Wróżka nr 1/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube