Nigdy nie trać nadziei

Sosny, jodły. Z zapartym tchem wsłuchane w ciszę, Snują zadumy jakieś mnisze, rozpamiętując święte modły. Las niemy jest jak tajemnica, milczący jak oczekiwanie, Bo coś się dzieje, coś się stanie, coś wyśni się... – Leopold Staff


Wanda nie miała łatwego życia. Urodziła się w biednej rodzinie na wsi. W wieku 17 lat wyjechała do dużego miasta, gdzie pracowała, mieszkała kątem u różnych ludzi i z uporem kończyła szkoły. Była ambitna i pilna. Po kilku latach z dumą odebrała dyplom nauczycielki historii. Kochała tę pracę i dzieci.

Zawsze marzyła też o tym, by mieć kilkoro własnych. Zresztą jej mąż, którego poznała niedługo po studiach, podzielał to pragnienie. Niestety, los okazał się okrutny. Po wielu latach starań, leczenia i badań – lekarz odebrał Wandzie wszelką nadzieję. Nie mogła urodzić własnych dzieci. Potem nawet starali się o adopcję, ale niestety dla tych, co o tym decydowali, okazali się zbyt biedni, by przyjąć i pokochać osierocone dziecko.

– Na szczęście miałam wspaniałego, kochającego męża – wspomina. – To on ocierał łzy, pocieszał. Nie wiem jak przetrwałabym te wszystkie smutki i niepowodzenia bez niego. Było nam dobrze ze sobą. Doczekaliśmy się wymarzonego domku na wsi, potem psa i kota, które zastępowały nam dzieci.

Tadeusz był wesołym i żwawym mężczyzną. Wszędzie było go pełno. To on zaraził Wandę miłością do podróży i tym, że nigdy nie wolno tracić nadziei. Wiedli spokojne życie we dwoje. Po niemal 40 latach małżeństwa wciąż potrafili przegadać całe noce. Albo spędzać całe godziny w niekrępującym milczeniu, czytając ulubione książki. Chodzili na długie spacery i razem bardzo kochali zwierzęta.

Uwielbiała rozpieszczać go smakołykami. Potrafiła godzinami ślęczeć w kuchni, by wyczarować dla niego jakieś wyjątkowe danie. A że była świetną kucharką – on aż rozpływał się w zachwytach. – Robił to też, gdy mi coś nie wyszło – opowiada z czułością w głosie. – Nie pamiętam, by kiedykolwiek z rozmysłem zrobił mi przykrość.

I pewnego dnia wszystko się skończyło. Którejś soboty Wanda wróciła z miasta z koszem pełnym pyszności, a Tadeusz leżał na podłodze w kuchni. Odszedł tak nagle, tak niepodziewanie. – Wtedy mój świat legł w gruzach – wspominała. – Zostałam ze swoim bólem zupełnie sama. Nie mam rodzeństwa, moi rodzice już wtedy obydwoje nie żyli, podobnie jak dwie najbliższe przyjaciółki. Zawsze rozpaczałam, że nie mogę mieć dzieci, że bez nich moje życie jest trochę puste. Ale tak naprawdę dopiero po śmierci Tadzia przekonałam się, jak bardzo może być smutne i samotne – dodała ze łzami w oczach.

Wanda przez 4 lata codziennie przesiadywała nad grobem męża. Mówiła do niego, opowiadała swoich dniach, o tym, co jadła na obiad, o tym, że o ich ukochane zwierzęta, które przez tak wiele lat dawały im radość, też upomniała się kostucha.

– Następnego zwierzaka bałam się przygarnąć – mówiła. – Myślałam, że jestem zbyt stara. Co by się z nim stało, gdybym umarła wcześniej? Postanowiłam sprzedać dom na wsi i przenieść się do jakiegoś malutkiego mieszkanka w mieście. Nie dawałam już rady pracować wokół domu, nosić drewna, grabić liści. I choć cieszyłam się niezłym zdrowiem, już dawno skończyłam 70 lat.

reklama


Kochałam ten dom – tak wiele cudownych chwil w nim spędziłam. Ale nadeszła chwila, że i z nim musiałam się rozstać. Więdłam tu z samotności, z dala od ludzi. Bałam się, że w razie czego nawet nikt nie zauważy, że potrzebuję pomocy. Najbliżsi sąsiedzi mieszkali półtora kilometra ode mnie. We wrześniu wystawiłam dom na sprzedaż – wspomina. – Dopiero po jego sprzedaży mogłam pozwolić sobie na kupno kawalerki. Chciałam poprosić przyszłych właścicieli, by pozwolili mi spędzić w moim ukochanym domku ostatnie święta Bożego Narodzenia. Zanim pójdę na „nowe śmieci".

Zima tamtego roku zaczęła się bardzo wcześnie. Wszystko zasypał śnieg. Nasz – mój i Tadzia – drewniany domek tonął w białych czapach. Każdą gałązkę świerków tulących się do ścian pokrył szron. Było pięknie. Zupełnie jak w bajce. Domek w białym puchu zrobił ogromne wrażenie na kupcach. Edyta i Przemek mieszkali w mieście, ale marzyła im się letnia przystań na prowincji. – Ależ tu jest cudownie – krzyknęła zachwycona Edyta, gdy ujrzała domek Wandy. – Zobacz, bajka! Chcę go mieć!

Wandzie aż serce podskoczyło do gardła, gdy usłyszała, że ktoś otwiera furtkę. Kochała ludzi, a odkąd Tadeusz zmarł, rzadko ktoś do niej zaglądał. Czasem listonosz albo inkasent – to wszystko. Przywitała ich na progu i szybko zaprosiła do ciepłego pokoju. Ogień trzaskał w piecu. W całym domu pachniało szarlotką, którą przed chwilą wyjęła z pieca. – Częstujcie się państwo – zaprosiła Wanda. – Zaraz zrobię herbatę. Dobrze wam z oczu patrzy. Jeśli kupicie ten dom, będziecie tu szczęśliwi. Tak, jak ja byłam.

Młodzi ludzie okazali się szalenie mili i otwarci. Opowiadali o sobie, o swojej pracy, o małej córeczce Zuzi. To właśnie z myślą o niej szukali domku na wsi. A Wanda zrewanżowała im się tym samym. – Od tak dawna nie miałam z kim tak po prostu, od serca porozmawiać – opowiadała. – Bardzo się cieszę, że was poznałam. Poczułam, że wciąż żyję. Przypomnieliście mi, że gdzieś tam jest inny świat.

Tę ostatnią Wigilię w domu, który stworzyła z ukochanym mężem, Wanda przygotowała bardzo starannie. Zupełnie jak za dawnych lat. Ugotowała wszystkiego po trochu, wszystkiego, co tak lubił jej Tadeusz. Były pierogi, pyszny czerwony barszcz, kluski z makiem, śledzie i kompot z suszu. Postanowiła jeszcze raz wyobrazić sobie, że spędza święta ze swoją najukochańszą rodziną – Tadziem, suczką Muszką i kotem Filipkiem.

Pięknie nakryła stół, włączyła płytę z kolędami i wypatrywała pierwszej gwiazdki. Rozmawiała z Tadziem i swoimi zwierzakami – tak jak to zwykła często robić. Dawniej z mężem mieli zwyczaj podrzucania prezentów pod choinki w ogrodzie. Teraz też postanowiła to zrobić. Zrobiła na drutach ciepły szalik, pięknie zapakowała i wyszła do ogrodu. I nagle stało się coś dziwnego... Na białej, gładkiej tafli śnieżnego puchu zobaczyła ślady. Były to odciski dużych, męskich butów i zwierzęcych łapek.

– Struchlałam – wspomina. – To były odciski butów Tadzia i naszych zwierzaków. Zaczęłam iść po nich. Doszłam do ogrodzenia ogrodu, ale ślady prowadziły dalej... Pomyślałam przez chwilę, że oszalałam albo że to wszystko mi się śni... Po chwili jednak przebiegła mi przez głowę myśl, że moja rodzina – zupełnie jak ja – odchodzi z naszego domu. A to znaczy, że przez te wszystkie lata, przez cały czas byli przy mnie. To dlatego czułam ich obecność...

Z zamyślenia nagle wyrwały mnie głosy od strony furtki. Zawróciłam i pospieszyłam sprawdzić, któż to przyszedł. – Pani Wandziu, przyszliśmy do pani na Wigilię! – krzyknęła radośnie Edyta. – Przyjmie nas pani? Nie mogliśmy pozwolić, żeby pani taki wieczór spędzała sama. Wanda była oszołomiona i szczęśliwa. Edyta, Przemek i mała Zuzia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wlali w jej serce ogrom radości.

I to był pierwszy dzień mojego nowego życia – opowiada z uśmiechem Wanda. – A myślałam, że ono dla mnie się już skończyło. Że będę gdzieś w jakimś małym mieszkanku, w smutku i samotności, czekać mojego końca. A tymczasem okazało się, że Edyta i Przemek okazali się wspaniałymi, wrażliwymi ludźmi. Rodzice obydwojga od dawna nie żyli, a oni i ich córka potrzebowali babcinego serca. Zaproponowali mi „układ idealny". Ja mogłam zostać w moim ukochanym domu, doglądać go na co dzień, a oni pozwolą mi zostać w moim domu do końca.

– Szybko pokochałam Edytkę i Przemka jak własne dzieci – mówiła z rozrzewnieniem Wanda. – A ich córeczkę Zuzię wprost uwielbiam. I myślę, że oni też mnie obdarzyli pięknym uczuciem. Są dla mnie dobrzy, dbają o mnie, troszczą się. Gdy zostaję sama, myślę, że to mój Tadzio, jakimś cudem, ich do mnie sprowadził. To przecież on mi zawsze powtarzał: Nigdy nie trać nadziei, kochana! Zawsze czekaj jutra. Ono może ci przynieść coś nowego, coś dobrego...

Sylwia Bartczak
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 2/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020