Szczęściarz czy pechowiec

Wszyscy chcemy być szczęśliwi. Tylko różne drogi prowadzą do szczęścia. Dla Michała Pauli, który został skazany na 12-krotną karę śmierci, droga ta wiodła nad przepaścią.

Pisaliśmy o nim we „Wróżce" ponad dwa lata temu, kiedy wydał swoją pierwszą książkę „12 razy śmierć". Dziś pojawiła się jej rozszerzona wersja. Teraz, z perspektywy czasu i dystansu do tamtych tragicznych lat, inaczej rozumie pojęcie szczęścia.

Krótkie przypomnienie

Michał Pauli urodził się w Kielcach, studiował w ASP w Łodzi, gdzie przeprowadził się po rozwodzie. Jego córeczka została z żoną. Produkował lampy ceramiczne, ale źle mu szło i tonął w długach. Wreszcie wyjechał do Tajlandii, by stamtąd sprowadzać do Polski orientalne bibeloty. To też skończyło się plajtą.

Wtedy zaprzyjaźniona Tajka zaproponowała mu przemyt ecstasy. Okazała się podstawioną policjantką. I tak Michał trafił do tajlandzkiego więzienia. Nie próbuje się usprawiedliwiać. Za błędy trzeba płacić. Ale czy aż tak wysoką cenę?

Spędził sześć lat w piekle. Tajlandzkie więzienia nie są jak nasze, z kanapą i telewizorem w celi. To najbardziej przeludnione i zarobaczone więzienia świata. Życie z perspektywą śmierci w takich warunkach jest straszne. Tu nie ma bowiem możliwości odwołania się od wyroku, wyjaśniania czegokolwiek czy obrony.

Jednak po sześciu latach w Bang Kwang stał się dla Michała cud. Został ułaskawiony przez króla dzięki wstawiennictwu prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego i Lecha Wałęsy. Coś takiego zdarza się niezwykle rzadko i jest prawdziwym cudem.

Czym kilka lat po powrocie z piekła na ziemi jest dla Michała szczęście? – Mówiąc najprościej, wszystkim, co stanowi odwrotność nieszczęścia – odpowiada. – Wystarczy sobie przypomnieć to, co przeżyłem w więzieniu, żeby cieszyć się każdą minutą życia. Ciszą lub rozmową z bliskimi, wschodem słońca czy rozgwieżdżonym niebem. Zacinającym o szyby deszczem i siarczystym mrozem.

reklama


– Moja droga do „carpe diem" ma swoje korzenie w buddyzmie tybetańskim, którego filozofię zacząłem zgłębiać w latach młodości. Wchodząc na wyższe poziomy świadomości, zaczynamy czerpać radość, nie tylko z poczucia bezpieczeństwa, spełnienia siebie i najbliższych, ale także ze szczęścia innych. Moim zdaniem empatia to klucz do bram edenu.

Nie da się opisać uczucia, które towarzyszy człowiekowi dowiadującemu się, że dostał wyrok dwunastokrotnej śmierci. Kiedy Michał próbuje sobie przypomnieć tamte chwile, przed oczami staje mu kilka zamazanych wspomnień.

– Moment, gdy próbuję zrozumieć wypowiedziany przez sędziego wyrok. Uczucie odpływającej z mózgu krwi, kiedy tłumacz niewyraźnie przekazuje mi jego słowa. I czarną otchłań, w której się pogrążałem, gdy zakutego w łańcuchy wrzucono mnie do mrocznej klatki.

Ile może znieść człowiek?

Michał: – Najgorszy jest pierwszy rok. Okres spędzony w karcerze i w szpitalu. Leżące obok trupy, które czekały po kilka dni, by je zabrano. Do dziś na myśl o tym zaczynam czuć zapach kwasu bornego wymieszany z fetorem gnijącego ciała. Pragnąłem wtedy zwariować, by mój mózg przestał rejestrować to, co mnie otaczało.

Jak bardzo trzeba być nieszczęśliwym, żeby pragnąć utraty zmysłów? By w braku świadomości upatrywać szansy na przetrwanie? Myśli samobójcze też nie zaskakują w takiej sytuacji. Czy Michał wierzył w cud?

– Naiwność zaprowadziła mnie do tego świata i ta sama naiwność nie pozwalała mi się pogodzić z istniejącą rzeczywistością – odpowiada. – Ciągle w coś wierzyłem. Na początku w sprawiedliwość. Później w pomoc adwokatów. Pozostawały tylko dwa wyjścia: umrzeć albo wierzyć, że stanie się cud.

Nawet najmniejszego światełka nadziei. Czy w koszmarze da się odczuwać szczęście? Michał twierdzi, że można, i że jest ono niezbędne do ukojenia umysłu. Nawet najmniejsza ilość pozytywnych odczuć zmniejsza poczucie ogromu tragedii.

Po pierwszym roku przeniesiono go do więzienia o nazwie Lardyao. Tu zaczęły wreszcie dochodzić do niego listy i to właśnie one były kropelką radości. Czasem zdarzały się kilkunastominutowe widzenia z bliskimi, przez zbrojoną szybę. Wtedy nabierał znowu siły i nadziei.

Do szczęśliwych należały chwile, gdy z nóg zdejmowano mu kajdany lub wypuszczono z karceru. Lecz oczywiście najpiękniejszy był dzień, w którym go ułaskawiono. Ale zanim to nastąpiło, gorączkowo myślał, co zrobić, żeby wyjść z tego piekła. Zaczął pisać. Do każdego, kto mógłby mu pomóc. Nie było jednak odzewu. Przeżywał kolejne chwile załamania, ale nadzieja na odwrócenie tragicznego losu wracała. Wtedy znów pisał. I któregoś dnia coś zaczęło się zmieniać.

Noc pełna snów

– Często zdarzało mi się śnić o powrocie i wolności. Ale tym razem sen wydał się wyjątkowo realistyczny. Po przebudzeniu zacząłem sobie przypominać dziwne pytania strażników zadawane mi poprzedniego dnia. I nagle wezwano mnie do biura. Bałem się, że czekają mnie jakieś problemy. Tymczasem strażnicy kazali mi spakować rzeczy i stawić się przy bramie. A kiedy się wydało, że opuszczam więzienie, zalała mnie euforia. Bramy „wielkiego tygrysa", więzienia, z którego przecież się nie wraca, stanęły dla mnie otworem.

Czy to, co czuje wtedy człowiek nazywa się szczęściem? – W więzieniu, poza marzeniami o powrocie i spotkaniach z bliskimi, często myślałem o ucieczce – odpowiada. – Gdyby tak udało mi się przebrnąć mury i zasieki... A kiedy marzenie się spełniło, poczułem się szczęśliwy jak dzieciak.

– Już w kraju okazało się, że nie będzie łatwo tak po prostu wrócić do społeczeństwa... Kop za kopem, wezwania, tłumaczenia, polska papierologia... – wspomina. – Przez pierwsze miesiące nic nie zdołało jednak przyćmić jego szczęścia. Cieszył się każdym spacerem po ulicy.

Później radość przygasła. Wokół Michała powoli zaczęły piętrzyć się problemy. Wyidealizowany obraz ojczyzny zszarzał. Ale dzięki przeżyciom tamtych lat w więzieniu nawet problemy widział inaczej. Czy dzieje się tak bez głębszego celu? Czy Michał Pauli ma w sobie poczucie misji?

– Na pewno udało mi się przejść w życiu rzeczy, które nie przytrafiają się każdemu – mówi. – Postanowiłem o tym napisać. Żeby pomóc ludziom, których tam zostawiłem. Jedyne, co mogłem dla nich zrobić, to opowiedzieć o tym miejscu i ich losie. I przestrzec tych, którzy nieświadomie mogliby się wpakować w podobne jak ja kłopoty. Ale także by podziękować tym, którzy pomogli mi powrócić.

Czy Michał jest szczęściarzem, bo ocalał, czy pechowcem, bo wpadł?

On uważa się zdecydowanie za szczęściarza. – Mam za sobą fatalne wspomnienia, którym jednak zawsze towarzyszyło pewnego rodzaju szczęście – tłumaczy. – Przetrwałem, bo widocznie taki jest mój los. Ale to, czego doświadczyłem jest teraz moim bogactwem. Pozwala mi ono spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. Czasem zadaję sobie pytanie, czy to, że przetrwałem najgorsze, sprawia, że nic nie zdoła mnie zniszczyć? Czasem tak myślę, ale to tylko złudzenie. Nasze ciało i psychika są wyjątkowo kruche. Dzisiaj mam świadomość tego, jak bardzo nietrwałe jest wszystko, co mamy, łącznie z nami. Paradoksalnie ta świadomość stanowi moją siłę.

Anna Matusiak
fot. Bogdan Krężel

Źródło: Wróżka nr 12/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020