Zrzucony habit

Bóg ją przygarnął, gdy tego potrzebowała i pozwolił odejść, gdy poszła za głosem serca. Ścieżki życia bywają kręte. Trzeba wsłuchać się w siebie, by odkryć tę, która poniesie do marzeń.

W domu Anny wielu rzeczy brakowało, ale chyba najbardziej spokoju. Ojciec pił i wszczynał awantury. A że rzadko bywał trzeźwy, Anna wciąż słyszała jego krzyki. W wiecznie rozgoryczonej matce nie mogła szukać oparcia. – Gdyby nie ty, nie musiałabym tego znosić! – słuchała jej oskarżeń. – Byłaś zwykłą wpadką, a bez męża z brzuchem nie miałabym życia. Lepiej się pilnuj, bo chyba nie chcesz skończyć tak samo? 

Anna nie chciała, więc od chłopców trzymała się z daleka. Nie było to zresztą trudne. Inne dziewczynki miały czyste sukienki i piękne warkocze. To za nimi oglądali się koledzy z klasy. Na nią wołali „obdartus", „lumpiara". – Idź Anka, bo śmierdzisz! Żaden z nich nie chciał nawet usiąść z nią w ławce.

Czasami uciekała w świat marzeń i wyobrażała sobie, że z kopciuszka przemieni się kiedyś w księżniczkę. Szybko jednak schodziła na ziemię. W domu nie było łazienki. Za potrzebą trzeba było chodzić do rozpadającej się sławojki. Woda do kąpieli była już prawdziwym luksusem. Grzali ją na piecu kaflowym tylko raz w tygodniu. A i to według ojca było zbędnym kaprysem.

Najgorzej było chyba wtedy, gdy ojciec Anny zapraszał znajomych. Bywało, że przychodzili już wczesnym popołudniem i siedzieli u nich przez dwa dni.
– Jaka ładna córa – bełkotali podchmieleni mężczyźni, a Anna czuła, jak w gardle staje jej wielka gula strachu. Brała wtedy plecak i plątała się po okolicy. Czasem zajrzała do zakonnic, które prowadziły dom opieki społecznej. Tam zawsze dostała coś do jedzenia i dobre słowo. Pozwalały jej pogrzać się przy piecu, odrobić w spokoju lekcje.

reklama


– Nie złość się na rodziców. Czasem ludzie pogubią się w życiu – siostry starały się ukoić jej dziecięcą złość. – Pomódl się za nich i za siebie, żeby Bóg wypełnił twoje serce miłością.

Do dziś nie wie, czy to była boska miłość, czy siła jej umysłu, ale to właśnie żarliwa modlitwa przyniosła ukojenie. Anna zamykała się w pokoju i pogrążała w rozmowie z Bogiem. Nagle świat wokół przestawał istnieć. Nie słyszała ani krzyku ojca, ani histerii matki. Ogarniało ją coś na kształt błogiego ciepła, jak matczyny uścisk, którego nigdy nie zaznała.

Decyzja o wstąpieniu do zakonu

Nie chciała mieć dzieci. Bała się, że da im tylko ból i samotność, których sama doświadczyła w domu. Za to czuła coraz silniejsze powołanie. – Może Bóg wybrał właśnie mnie, bym ofiarowała mu swoje cierpienie? – myślała, przesuwając w palcach paciorki różańca.

Wyszła z domu po angielsku. W reklamówkę zapakowała kilka niezbędnych rzeczy, na stole zostawiła liścik: „Wstępuję do zakonu. Nie martwcie się o mnie". Czy gdyby nie te dwa zdania ktoś w ogóle by jej szukał? Ma nadzieję, że tak, choć pewności mieć nie będzie.

Wstąpiła do sióstr felicjanek. Tam od razu poczuła się jak w domu przez duże D. Wszystko miało z góry ustalony rytm: pobudka, modlitwa, śniadanie, praca, obiad... Czas wypełniony co do minuty. I to poczucie niesamowitej wspólnoty. Dziś Anna na zakonne życie nie powie złego słowa. Bo gdyby nie ten rozdział, nie wiadomo, jak potoczyłyby się jej losy.

Anna nie wie, kiedy po raz pierwszy poczuła sięnie na miejscu. – To chyba narastało stopniowo – zamyśla się. – Tak powoli, że z początku trudno było mi to nawet określić.

W zakonie odbyła nowicjat. Potem były pierwsze śluby czasowe. Taka próba, by móc siebie jeszcze sprawdzić przed podejmowaniem ostatecznych decyzji. Przysięgała posłuszeństwo, ubóstwo i życie w czystości. Wiedziała, że dotrzyma tych obietnic, ale... Coraz silniej czuła, że obok umiłowania Boga, kiełkuje w niej nowe, nieznane uczucie.

Decyzja o wystąpieniu z zakonu

– Czy możesz mnie przytulić? – spytała jedna z wychowanek domu dziecka prowadzonego przez siostry i wyciągnęła do niej rączki. Utkwiła w niej spojrzenie swoich wielkich błękitnych oczu. Anna dosłownie w nich utonęła. W tych oczach widziała wszystko: strach, ból, samotność.

To było tak, jakby ujrzała w nich siebie sprzed lat, całe swoje życie. Nagle wielka, nieprzebrana fala miłości pochłonęła serce Anny niczym tsunami. Czuła, że nie tylko chce, ale że może dać ją małej bezbronnej istotce. A przecież miała na sobie habit – znak, że świadomie zrzeka się macierzyństwa, a swoje życie w całości ofiarowuje Bogu.

– Jakąkolwiek drogę dla mnie wybierzesz, taką pójdę. Daj mi tylko jakiś znak – prosiła Anna i modliła się do Boga o wskazówkę. Do zakonu właśnie przyjechały paczki z darami. Wyszła, by otworzyć furtę kierowcy i... utonęła w jego wielkich błękitnych oczach. W tym ułamku sekundy zobaczyła w nich ból, samotność, ale i zalążek przyszłej miłości. – Skoro Bóg wybrał dla ciebie taką drogę, kim bym była, by cię zatrzymywać – usłyszała z ust siostry przełożonej. – Małżeństwo to też święty sakrament.

W zakonie była dwa lata. Opuściła go, gdy miała 20 lat. Szybko poślubiła Zbigniewa – kierowcę o błękitnych oczach. Mają dwóch dorastających synów i mały domek pełen ciepła i spokoju. Nie żałuje, że włożyła habit. To w zakonie odnalazła samą siebie i... odwagę, by go zrzucić. Świadomie.

Klaudia Klukowska
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 3/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020