Czerwcowy Krokus

Zwyczajne krokusy kwitną dużo wcześniej. Bywa, że ciepły luty obudzi w nich tęsknotę do słońca. Wychylają swoje fioletowe kielichy wprost spod śniegu. To w górach, bo nizinne, ogrodowe mogą przywdziewać dużo więcej kolorów. Wszystkie jednak są bardzo delikatne i kruche.

Ledwie odrastają od ziemi, a ich płatki drżą na wietrze. Kryją w swoim „sercu" prawdziwy skarb. Szafran – ceniona i droga przyprawa to nic innego jak wysuszony słupek, wnętrze kwiatu. W czerwcu po krokusach nie ma już śladu, ale jak ma się moje szczęście, można spotkać prawdziwie bajkowy kwiat. 

Szłam przez wieś, wąchając czerwcowe powietrze. W budowanych za czasów PRL-u „blokach" – które można spotkać w prawie każdej polskiej wsi – mieszka moja przyjaciółka. Gdy postanowiłam ją odwiedzić i skręciłam z ulicy Kwiatowej, o mało nie rozdeptałam Krokusa. Jeszcze nie wiedział, że się tak nazywa. Jeszcze nie miał pojęcia, co przyniesie następna godzina, dzień, tydzień. „Wyrósł" nagle na zielonej trawie, nie wiadomo skąd. Niskopienny jak wszystkie krokusy.

Uszy rozwiewał mu wiatr, a bujne futro drżało niczym kwiatowe płatki. Cały drżał. Patrzył na mnie trochę z lękiem, trochę z nadzieją. Oczy mówiły, że serce kryje prawdziwy skarb. Zresztą nie tylko serce. Pies sam w sobie jest skarbcem dobrych uczuć. Tak, Krokus to pies. Mały, waży około siedmiu kilogramów, liczy około roku i już tak wcześnie doświadczył porzucenia. Ktoś wyrzucił go z samochodu pod blokami. To dość typowy czerwcowy scenariusz. Piszą go bezduszne istoty błędnie nazywane ludźmi. Puste roboty obciągnięte ludzką skórą. 

Pies patrzył na mnie i pewnie myślał, że ma do czynienia z jednym z nich. Gdy wyciągnęłam rękę, wywrócił się na plecy i cichutko zapiszczał. Zadziwił mnie determinacją i odwagą. Nie zrezygnował z poszukiwania człowieka. Mimo złych doświadczeń, postanowił zaryzykować. – Jak nie uderzy, to może pokocha – pomyślał i „skoczył na głęboką wodę". Oczywiście, że nie pozwoliłam mu się utopić. Złapałam na ręce, a potem było jak zwykle. Poszliśmy do domu. To znaczy ja szłam, a Krokus wtulił się w moje ramiona. 

reklama


Nie wiedział, co będzie dalej, więc drżał jak osiki pod moim płotem. Gdy weszliśmy do środka, przeżył szok. Nigdy przedtem nie widział tylu psów naraz. Osiem rozszczekanych paszczy chciało go wąchać. Jednak szybko zauważył, że osiem ogonów nie wróży nic złego. Nawet malutki ogonek niechodzącej Buni mało się nie oberwał.

Okaleczona przez potwora w ludzkiej skórze Bunia nie chodzi od wielu lat, ale pojawienie się Krokusa zmusiło ją do akcji. Najpierw zmieniła się w żyrafę. Nie miałam pojęcia, że ma tak długą szyję. Gdy i ta okazała się za krótka, wyczołgała się z koszyczka i niczym foka pełznąca po plaży osiągnęła cel. Powąchała i stwierdziła, że tak, może zostać z nami.

Gorzej poszło z kotami. Mała Mi pierwsza chciała powitać gościa. Nie miała pojęcia, że weźmie ją za tygrysicę. Przeraził się nie na żarty, uciekł i schował się w... kuwecie! W tym jedynym przypadku mogę napisać – kotka na szczęście jest niewidoma, bo dzięki temu nie straciła wiary w psie maniery. Mała Mi kocha psy bardziej niż ludzi i koty. Wychowana przez nieżyjącą już suczkę Michalinę myśli pewnie, że jest psem. Krokus do tej pory nie ma zaufania do kotów. Omija je szerokim łukiem, a gdy jest to niemożliwe, udaje, że nie istnieją.

Najgorzej jest w drzwiach. Jeśli stanie w nich jeden z naszych dwunastu kotów, Krokus czeka cierpliwie, aż wyjdzie lub wejdzie. Dwa każą mu odsunąć się na dwa metry. Przy większej liczbie traci ochotę na przestąpienie progu. Myślę, że z czasem zrozumie, poczuje koci urok. Tym bardziej że Mi nie ustaje w staraniach. Tropi psinę z wielkim samozaparciem. Jak już zapędzi go w pułapkę bez wyjścia, daje upust kocim karesom. Krokus zamyka oczy i zamiera. Kładzie się na plecy, jakby mówił – trudno, morduj, tygrysie. Tygrys mruczy i robi wcierki w psie futro. I ono już nie drży...

Nie wiem, skąd wzięła się u Krokusa „felinofobia", ale przy takiej terapii nie potrwa długo. Reszta kotów patrzy na psa ze współczuciem. Może i chciałyby go pozaczepiać, ale czekają, aż Mi skończy swoje seanse.

Moje zwierzęta zadziwiają mnie codziennie. Patrzę na te cuda i pytam, dlaczego ludzie nie umieją żyć jak one. Dlaczego tak mało w nas zrozumienia, współczucia i dobrych chęci. Może jednak warto szerzej otwierać oczy i zapatrzyć się na zwierzęce relacje? Warto.

Dorota Sumińska 
doktor weterynarii, prowadzi popularne programy o zwierzętach 

Źródło: Wróżka, nr 6/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020