Lekarstwo z pleśni i śliny

Piwo, odchody zwierząt i ludzi, krowia żółć –  tym leczyli się starożytni. Wierzyli, że taką moc dają im bogowie i demony. A to były… antybiotyki.

"Weź tyle samo pora, co czosnku i dobrze je utrzyj. Potem dodaj wino i żółć z żołądka krowy. Wszystko dobrze wymieszaj i odstaw na dziewięć dni w mosiężnym naczyniu. Przepuść miksturę przez czystą szmatkę, by ją dobrze oczyścić. Na koniec przelej płyn do zwierzęcego rogu. W nocy weź piórko i nakładaj nim miksturę na chore oczy, a zlikwidujesz każdą infekcję”.

Na taki przepis natrafiła specjalistka od wikingów, dr Christina Lee z Uniwersytetu Nottingham, wertując średniowieczną księgę medyczną Bald’s Leechbook, w zbiorach Biblioteki Brytyjskiej. Podczas lunchu opowiadała o tym kolegom. Rozmowie przysłuchiwała się dr Freya Harrison, mikrobiolog z tej samej uczelni. Zaintrygowana, postanowiła sprawdzić,
ile jest warta ta stara receptura.

Nie było to łatwe. Skąd bowiem wziąć potrzebne do mikstury produkty? Uprawiane dziś por czy czosnek niewiele mają wspólnego z tymi rosnącymi ponad tysiąc lat temu. Podobny problem nastręczało wino. Uczone użyły organicznego alkoholu ze starej angielskiej winnicy oraz szklanych butelek, w których zanurzyły mosiężne płytki. Z mosiężnego naczynia zrezygnowały. Kosztowało majątek, ponadto trudno je wysterylizować. Najprostsze okazało się znalezienie wołowej żółci. Jest dostępna w aptekach, bo krowie sole żółciowe stosują chorzy po usunięciu pęcherzyka żółciowego. Ze zdobytych produktów uczone przygotowały miksturę. Po dziewięciu dniach sprawdziły jej moc.

Efekty działania preparatu wprawiły je w osłupienie. Okazało się bowiem, że z niespotykaną siłą zniszczył wszystkie bakterie. Skuteczny był nawet w dużym rozcieńczeniu. Nie zabił co prawda mikrobów, ale zaburzył komunikację między nimi. Dzięki temu nie utworzyły one zwartej powłoki, czegoś w rodzaju kożucha. Średniowieczne lekarstwo pokonało więc przeszkodę, której nie potrafią sforsować współczesne antybiotyki.

Nie wiadomo na razie, która substancja uzyskana po „przegryzieniu się” wszystkich składników, ma takie właściwości. Prace trwają. I już dziś budzą nadzieję na stworzenie antybiotyku, który posłuży do opracowania nowej strategii przeciwko bakteriom. W tym MRSA, czyli gronkowca złocistego, opornego na metycylinę, wobec którego dziś medycyna bywa bezradna. Każdego roku tylko w Stanach Zjednoczonych zabija on 19 tys. osób, czyli znacznie więcej niż wirus HIV.

reklama

Oświecone Wieki Ciemne

Za odkrywcę antybiotyku oficjalnie uznawany jest szkocki bakteriolog i lekarz Alexander Fleming. Na trop tego leku wpadł  przypadkowo, w 1928 roku. W laboratorium, w którym pracował, panował wyjątkowy bałagan. A niektóre nieosłonięte próbki zostały zanieczyszczone jakimś „paskudztwem”. Miało ono wlecieć przez otwarte okno. W tych odkrytych naczynkach wkrótce pojawiła się niebieska pleśń. Nie wyglądała atrakcyjnie, ale miała niezwykłe właściwości – zabiła wszystkie znajdujące się wokół niej bakterie. Zaintrygowało to Fleminga, więc zaczął badać to dziwne zjawisko. Tak odkrył substancję niszczącą bakterie. Nazwano ją penicyliną.

Sam uczony wielokrotnie podkreślał, że on wcale nie odkrył antybiotyku, lecz wyprodukowała go sama natura. Sporo w tym racji. Doświadczenie brytyjskich uczonych wykazało przecież, że ludzie na długo przed nim skutecznie zwalczali infekcje. A wieki ciemne, jak często nazywa się czasy średniowiecza, wcale nie były tak mało oświecone.

„To niesamowite, że średniowieczne lekarstwo jest w stanie powstrzymać rozwój jednej z najbardziej zabójczych bakterii” – komentowali naukowcy wyniki swoich doświadczeń. Teraz zamierzają przetestować dziewięć innych przepisów na preparaty antybakteryjne, zapisanych w starych księgach. To jednak nie pierwsze badanie, w którym dowiedziono, że antybiotyki były stosowane na długo przed ich oficjalnym odkryciem.

Lecznicze piwo

Cztery lata temu naukowcy z Emory University doszli do wniosku, że leki o antybakteryjnym działaniu regularnie zażywali Nubijczycy w latach 350-550 naszej ery. Wykazała to analiza ich kości. Okazało się, że są one wręcz przesiąknięte tetracykliną, a więc mieszkańcy Nubii musieli stosować ją przez dłuższy czas. Dalsze badania wykazały, że antybiotyk ten znajdował się w rozczynie piwa. Uczeni przypuszczają, że ziarno, z którego robiono napój, było zanieczyszczone bakterią glebową Streptomyces, wytwarzającą tetracyklinę.

Na razie udało się ustalić, że Nubijczycy stosowali piwo świadomie. Substancję tę znaleziono bowiem także w szczątkach nubijskiego czterolatka. Było jej na tyle dużo, że dziecko nie mogło pić leczniczego piwa sporadycznie, lecz musiało zażywać je przez dłuższy czas. Zdaniem badaczy Nubijczycy kontrolowali proces fermentacji i produkowali piwo celowo.
Wytwarzali tym samym antybiotyk, choć nie mieli pojęcia, jak i dlaczego ich napój działa. Używali piwa przy chorobach dziąseł, owrzodzeniach podudzia, do opatrunków przy obrzękach.

Szczegóły tych terapii opisane zostały w papirusie Ebersa, czyli „księdze o sporządzaniu leków dla wszystkich części ciała ludzkiego” z około 1555 roku p.n.e. Naukowcy natrafili na nią pod koniec XIX wieku. Początkowo nie wierzyli, że piwo może niszczyć bakterie. Dopiero po latach okazało się, że w drożdżach wchodzących w jego skład, znajdują się antybiotyki działające przede wszystkim na zarazki wywołujące czyraki.

W papirusie Ebersa opisano też specyficzne leki na oczy: odchody muchy, pelikana, jaszczurki i krokodyla oraz mocz człowieka czy dziecięcy kał. Naukowcy uznali stosowanie ekskrementów za objaw barbarzyństwa. Ale do czasu… W 1948 roku dr Benjamin M. Duggar opracował nowy antybiotyk – aureomycynę, która pozwoliła skutecznie zwalczać jaglicę i jej zarazki.

Naukowcy przychylnie zaczęli też patrzeć na staroegipską medycynę. Okazało się bowiem, że antybiotyk ten można znaleźć w glebie występującej w pobliżu cmentarzy. Rozwijające się w niej grzyby mają bakteriobójcze właściwości. Również kał i mocz, wskutek wydalania przez człowieka żywych bakterii, zawierają związki działające podobnie jak antybiotyki.

„Egipcjanie stosowali ludzkie odchody w swoich receptach, wierząc, że w ten sposób odpędzają demony przynoszące choroby. Potem okazało się, że w wielu przypadkach środki te są skuteczne. Mechanizm ich działania nie był co prawda znany, ale w rozpaczliwych sytuacjach działały cudownie” – pisze Jürgen Thorwald w książce „Dawna medycyna,
jej tajemnice i potęga”.

Podziw lekarzy budzą przede wszystkim staroegipskie metody leczenia jaglicy, zwanej też egipskim zapaleniem spojówek. Medycy znad Nilu na chore oczy nakładali piórem sępa „czarne i zielone maści oraz pasty z siarczku ołowiu, węgla, soli i roztworów miedzi, mirry i innych żywic”. Dziś wiemy, że preparaty te działały przeciwzapalnie. Uznanie zdobyły również stosowane w stanach zapalnych oczu żółć rybia i zmiażdżona wątroba krowy. Współcześni badacze znaleźli w nich związki przeciwdziałające zakażeniu.

Spleśniały chleb

Uchodził w starożytnym Egipcie za najskuteczniejszy środek na ropiejące rany. Z czasem zaczęto zagniatać go z pajęczyną i taką papkę przykładano na chore miejsce. Dziś wiemy, że z pajęczyny uwalnia się substancja zabójcza dla bakterii i dzięki niej rana szybciej się goi. Niektórzy znachorzy przed dodaniem pajęczyny żuli chleb. I słusznie, bo w ludzkiej ślinie także znajduje się bakteriobójcza substancja i taki opatrunek działa jeszcze skuteczniej.  Ciekawe, co jeszcze ze starych ksiąg wyczytają współcześni naukowcy…

Na ten temat

Autor: Dorota Reinisch
Fot. FOTOCHANNELS, WELCOME IMAGES, SHUTTERSTOCK

Źródło: Wróżka nr 7/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020