Czy można nauczyć dziecko szczęścia?

W bajce Kopciuszek haruje ponad siły i znosi upokorzenia. W nagrodę Dobra Wróżka zsyła jej miłość królewicza. A sprytne, złe siostry muszą się obejść smakiem, gdyż chciały osiągnąć sukces podstępnie, szybko i bez wysiłku. Czy to jeszcze dzisiaj działa?  


Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu, jak doszedł Mickiewicz i doszło ich wielu – wpisywały sobie do pamiętników dzieciaki dawno, dawno temu. – Bez pracy nie ma kołaczy – powtarzali rodzice średniemu pokoleniu. Dziś wysyłamy dzieci do najlepszych przedszkoli i szkół, by w przyszłości miały dobrą pracę i pieniądze. 

A co ze szczęściem?

Czy powodzenie w życiu to tylko sprawa uśmiechu losu albo układu gwiazd? Astrolodzy twierdzą, że 2 procent wszystkich ludzi ma tak fantastyczne horoskopy, że mogą „leżeć i pachnieć", czyli wszystko bez ich wysiłku załatwi się samo. I odwrotnie, 2 procent ludzi ma tak kiepskie horoskopy, że wszystko idzie im jak po grudzie. Cała reszta ma trochę dobrze, trochę źle. Czy taka odpowiedź zadowoli te 96 procent? I co oni mają zrobić, żeby pomóc szczęściu?

Postanowili to sprawdzić naukowcy. A szczęście to przecież nie tylko wysoka pozycja społeczna. To także zdrowie, atrakcyjny wygląd, fajna rodzina, brak nałogów i zmartwień... Okazuje się, że to nie tylko kwestia „uśmiechu losu" czy wrodzonych predyspozycji, ale też umiejętność panowania nad swoim charakterem. I tego właśnie można się nauczyć. Przedszkola powinny więc ćwiczyć tę cechę już u maluchów. Bo charakter trzeba rozwijać tak samo jak umiejętność śpiewu czy zdolności matematyczne. 

Jedno teraz czy dwa później? 

Kilkadziesiąt lat temu profesor psychologii Walter Mischel wymyślił jeden z najsłynniejszych eksperymentów, nazywany potocznie Testem Marshmallow lub Testem Ciasteczka. Marshmallow to słodka biało-różowa pianka, do dziś jeden z największych przysmaków amerykańskich dzieci, niczym u nas „pańska skórka" czy „ptasie mleczko". Test przeprowadzano na przełomie lat 60. i 70. XX w. na uniwersytecie w Stanford.

reklama


Przed przedszkolakiem kładziono kawałek wspomnianej pianki lub innych słodyczy, dając wybór: może to zjeść natychmiast albo zadzwonić po nauczyciela (tę rolę pełnili asystenci profesora Mischela) i poprosić o jeszcze. Dzieci, które cierpliwie czekały na jego powrót, dostawały następne w nagrodę. Taka zabawa trwała około kwadransa. Dziecko pozostawione sam na sam z ciasteczkiem obserwowano przez tzw. lustro weneckie, więc nie wiedziało, że ktoś na nie patrzy.

I co? Jedne natychmiast pakowały słodycze do buzi, inne wierciły się niespokojnie, jeszcze inne cierpliwie czekały. Największy aplauz naukowców oglądających nakręcony z tego badania film wzbudził jeden z chłopców, Roberto. Sięgnął po ciasteczka Oreo natychmiast, gdy zamknęły się drzwi za wychowawcą. Zręcznie wyjadł słodkie nadzienie, po czym... skleił obie połówki, ułożył je na talerzu i jakby nigdy nic spokojnie czekał na jego powrót. A potem, bez mrugnięcia okiem, przyjął pochwałę za cierpliwość i drugie ciasteczko w nagrodę. 

Na ostateczny wynik Testu Marshmallow trzeba było poczekać kilkadziesiąt lat, bo dopiero wtedy można było sprawdzić, jak potoczyło się życie badanych maluchów. Rezultaty przedstawił profesor Mischel w książce „Test Marshmallow. O pożytkach płynących z samokontroli" (wyd. Smak Słowa, 2015).

Nagroda dla cierpliwych 

Nie do wszystkich udało się dotrzeć, nie wiadomo na przykład, czy sprytny Roberto został rekinem finansowym, czy wylądował w więzieniu. Ale statystyki potwierdziły jedno: dzieciom, które poczekały na nagrodę, lepiej ułożyło się dorosłe życie. Okazało się, że ci, którzy potrafili się dobrze kontrolować, uzyskali wyższą średnią ocen na maturze, lepiej radzili sobie na studiach, w pracy i w życiu osobistym. Ich związki i małżeństwa były trwalsze, prowadzili zdrowszy tryb życia: uprawiali sport, byli szczuplejsi i ogólnie bardziej zadowoleni. 

Natomiast dzieci, które natychmiast zjadły ciasteczko, w wieku dojrzałym częściej musiały borykać się z różnego rodzaju problemami. Począwszy od walki z nadwagą czy nałogami – jak palenie papierosów, narkotyki lub alkoholizm – po niemożność zbudowania trwałego związku czy znalezienia pracy, która by ich cieszyła. Nie znaczy to oczywiście, że w tej grupie znaleźli się sami nieudacznicy. Naukowcy zauważyli jedynie, że cierpliwi mieli po prostu łatwiejsze życie. 

Szkoła charakteru 

Cóż, można by to skwitować stwierdzeniem: „niektórzy rodzą się z silnym charakterem i jest im łatwiej w życiu" albo „nie lubią słodyczy i są szczupli". Ale to nie jest cała prawda. Prawie nie ma dzieci, które, wystawione na pokusę, siedzą niewzruszone.

Okazało się, że w Teście Ciasteczka przedszkolaki instynktownie odkryły sposoby, które pozwoliły im doczekać się nagrody. I że są one uderzająco podobne do tych, które pomagają dorosłym walczyć z nadwagą, terminowo spłacać długi albo choćby rzucić palenie (usuń z domu słodycze, alkohol lub papierosy, nie wchodź do barów lub sklepów z ubraniami itd.). Maluchy udawały, że nie widzą pokusy i starały się zająć czymś innym – rysowaniem, budowaniem z klocków lub śpiewaniem piosenek. Dorośli wybierali zdrowe jedzenie, sport, pielęgnowanie ogrodu czy chodzenie po górach. 

Małe dzieci przekonywały siebie, że wcale nie chcą zjeść ciasteczka. Albo cieszyły się, jak to będzie cudownie – mieć za chwilę dwa. Jedna dziewczynka postanowiła zabrać ciasteczka do domu i pochwalić się mamie. Dorośli też wiedzą, że jeśli będą dłużej oszczędzać, potem stać ich będzie na lepsze rzeczy. 

Profesor Mischel powtarzał wielokronie swój test w różnych środowiskach. Okazało się, że jego wyniki są zależne od relacji między dziećmi a nauczycielem. Wśród maluchów pochodzących z rozbitych rodzin, które miały małe zaufanie do rodziców czy nauczycieli, aż cztery razy częściej przeważała postawa „bierz ciastko i w nogi". Jeśli nauczyciel poświęcił więcej czasu dziecku i wytłumaczył, dlaczego lepiej poczekać na drugie ciasteczko, wyniki testu były od razu inne.

A więc dobra szkoła czy przedszkole to nie tylko ta z angielskim i komputerami. To przede wszystkim taka, w której dziecko czuje się bezpiecznie i ma zaufanie do nauczycieli. Gdzie ma szansę rozwijać nie tylko mózg, ale i swój charakter!  

Czego się Jaś nie nauczy... 

...tego trzeba uczyć Jana. Bo przecież to czekanie na „drugie ciasteczko" oznacza w dorosłym życiu poważne, dojrzałe decyzje: oszczędzać na własne mieszkanie czy imprezować i żyć kątem u rodziców? Szybki seks co weekend czy szukanie partnera na całe życie? Dziś ten wybór jest jeszcze trudniejszy niż kiedyś. Zasada „odroczonej nagrody" nie kojarzy się już tak jednoznacznie z podwójną korzyścią. 

Myślimy: kupić tanie buty czy oszczędzać na drogie? I jedne, i drugie są często jednakowo nietrwałe. Albo: po co oszczędzać na drogi telefon, skoro za rok będzie on przestarzały? Kredyt wypiera więc cierpliwe oszczędzanie. Ale czy w takim razie nie należy już ćwiczyć siły woli?

– Wręcz przeciwnie: dziś bardziej niż kiedykolwiek – odpowiada doktor Jacek Buczny z sopockiej SWPS, który od lat prowadzi badania w tym zakresie. – Dziś natychmiast chcemy zaspokajać swoje potrzeby i osiągać maksymalną przyjemność. Umiejętność panowania nad zachciankami jest więc szczególnie ważna. Na zajęciach często omawiamy ze studentami życiowe sytuacje – np. by wrzucać do koszyka tylko to, co jest potrzebne, a więc wykształcić w sobie właściwe zachowania. I studenci przyznają, że dzięki tym ćwiczeniom zmienili życie na lepsze.

Bajka o cierpliwym Kopciuszku, jak widać, nadal jest aktualna. 

Ewa Warska
fot. shutterstock 

Źródło: Wróżka nr 9/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020