Maja Popielarska - żyć w zgodzie z naturą

Maja PopielarskaMiasto, owszem, jest mi potrzebne. Jestem z nim związana zawodowo, jeżdżę tam na wystawy, koncerty, do muzeów. W nim się realizuję. Ale odpoczywam, wyciszam się, relaksuję poza jego zgiełkiem. Miasto jest mi potrzebne, by móc z radością wracać do domu, do ogrodu. C

Część mojego dzieciństwa wiąże się z naturą, z zapachami polskich łąk, pól, lasów, kwiatów, ale też bardziej egzotycznymi klimatami afrykańskiej przyrody. W wieku czterech lat wyjechałam z rodzicami do Afryki, gdzie mój tata miał kontrakt. Tam widziałam rośliny, których potem szukałam w Polsce, ale na próżno. Choć przecież te nasze też są piękne.

Lubię pielęgnować swój ogród, żaden chwast mi nie ujdzie. A ponieważ nie zawsze robię to w rękawiczkach, w swojej torebce zawsze noszę jakiś dobry krem do rąk. I oczywiście dbam o paznokcie, żeby były wypielęgnowane, ze świeżym lakierem. Do pielęgnacji urody specjalnie nie przywiązuję wagi, dbam o siebie, na ile mi czas pozwala. Chodzę do kosmetyczki, ale nieregularnie. Za to pilnuję jedzenia. Bez przesady, nie mam bzika na tym punkcie, jednak jajka muszą być od „prawdziwej” kury. Nie katuję rodziny dietami, ale odżywiamy się rozsądnie. Wybieram zdrową, w miarę możliwości nieprzetworzoną żywność. Na naszym stole zawsze jest dużo przypraw, ziół, zieleniny z zaprzyjaźnionego bazarku, bo w ogrodzie mamy tylko co nieco.

 

reklama

Na pewno nie jestem perfekcyjną panią domu. Uważam, że jak każdy człowiek mam prawo do niedoskonałości. Kiedyś stawiałam sobie poprzeczkę bardzo wysoko, jednak z biegiem lat ona się obniżyła. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, żeby synowi na bal karnawałowy nie uszyć własnoręcznie stroju. Jednak w tym roku kostium wypożyczyliśmy, bo na wykonanie nie miałam czasu. I Jasiek był szczęśliwy. Już dawno zrozumiałam, że niekoniecznie trzeba walczyć o perfekcyjność. Wiem, że świat się nie zawali, jeśli czegoś nie zrobię. Jeśli rodzina jest szczęśliwa, to ja też – i to się liczy. Muszę mieć czas na spotkania ze znajomymi, na wyjścia do miasta, na pisanie książek, które zaczęło mi sprawiać przyjemność. Także na to, żeby usiąść z synami, Kubą i Jaśkiem, przy stole i porozmawiać. U mnie w domu nie ma zakazów i nakazów, ale obowiązują pewne zasady, których należy przestrzegać. Wyniosłam to z domu rodzinnego, bo mama, choć czuła i kochająca, stawiała surowe wymagania. I to procentuje. Chłopcy wiedzą, że starszej osobie trzeba pomóc wysiąść z tramwaju, że nie wyrzuca się ogryzków na ulicy, nie siedzi przy obiedzie z łokciami na stole. Jestem optymistką, umiem docenić to, co mam i czerpać z tego przyjemność. Na moje nastawienie do życia być może wpływa późne macierzyństwo, w przypadku drugiego syna. Urodziłam go po dziesięciu latach od pojawienia się na świecie Kuby, a to podobno odmładza. I ja to czuję. Nie bez znaczenia jest też moja aktywność fizyczna, nie tylko w ogrodzie. Gimnastykuję się, jeżdżę na rowerze i dużo chodzę. Nawet, kiedy odprowadzam Jasia do przedszkola, to wolę się z nim przejść, niż wsiadać do samochodu. No, chyba że bardzo, bardzo mi się spieszy albo pada deszcz. Jest wiele rzeczy, które lubię robić. Ale czasami lubię też przystanąć i nie robić nic. Tylko delektować się jakimś nowym zapachem w ogrodzie, pochylić się nad jakimś kwiatkiem… Dokładnie tak, jak bohaterka mojej książeczki dla dzieci „Mania mała ogrodniczka”. Najchętniej „pochylam się” tak rano, bo wcześnie wstaję. Wtedy uświadamiam sobie po raz kolejny, że jestem szczęśliwa. A szczęście to dla mnie zdrowie bliskich i to, że możemy być razem.

Tekts: Bożena Stasiak
Foto: Studio 69

Źródło: Wróżka nr 8/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020