Szczęśliwa dziewiątka

Libusza siedziała na koncercie w filharmonii. Anna miała grać sonatę b-moll Liszta. Z miejsca w dwunastym rzędzie widziała jej delikatne ręce, niebieską suknię ciasno opinającą ciało. Uczuła silne ukłucie w nadgarstku... 

Spróbowała odciąć wspomnienia, bo prawie wszystkie bolały. Tamto, wczesne z dzieciństwa, także, ale teraz było ono natarczywe, jak zły insekt. Uczuła znów ukłucie w stawie ręki, którą złamał ojciec. Przypadkiem, jak powiedziała matka. Potknął się i całym ciałem przygniótł rękę Libuszy do poręczy schodów. W wiejskim ośrodku zdrowia na Mazurach źle ją złożono. I już było po graniu. 

Libusza poszła po raz pierwszy do organisty, żeby wypielić mu ogród. Pieliła na klęczkach. Na lewej ręce zrobił się bąbel. Poszła odpocząć do stodoły. Stało tam pianino wyszabrowane z jakiegoś domu w miasteczku. Organista skądś je przywlókł i odtąd stało w stodole przykryte szmatami i sianem, żeby nikt go nie zabrał, nie porąbał na opał. 

Dziewczynka odgarnęła siano i jednym palcem zaczęła wystukiwać na klawiaturze „O mój rozmarynie". Najpierw nic nie wychodziło, ale potem palce zaczęły być nagle posłuszne melodii. Odtąd tęskniła za pianinem, jakby ono było żywą osobą. 

We wsi otworzono szkołę. Organista polecił przekazać je do budynku szkolnego. Stanęło na korytarzu, bo w żadnej z salek nie było miejsca. Libusza poprosiła kierowniczkę szkoły, czy mogłaby wygrywać na nim melodie. Pozwolenia, powiedziała kierowniczka, może udzielić tylko zakonnica, która ma przedwojenną maturę i umie grać na instrumencie. 

W dniu rozpoczęcia roku szkolnego dzieci wyszły na korytarz, a zakonnica odegrała na pianinie i odśpiewała „Jeszcze Polska nie zginęła". Libusza podeszła i spytała, co trzeba zrobić, żeby grać jak ona. 

reklama


– Jak się nazywasz, dziecko – spytała zakonnica. 
– Jestem urodzona 28 września w dniu mojej patronki Libuszy. Przyniosłam sobie jej imię na świat. Tak w naszej wsi nadawano imiona. 
– Poproś pana organistę, żeby cię uczył – powiedziała sucho zakonnica.

Organista zgodził się. W jego domu stała stara fisharmonia, też gdzieś wyszabrowana. Na niej Libusza miała pobierać naukę. Organista powiedział, że pieniędzy nie chce, bo jej rodzice i tak ich nie mają. Ale za to chce ją macać. Tak jak się kury maca, czy mają w środku jajka. Chyba nie jesteś gorsza od kury – uśmiechnął się lubieżnie. 

Zaczęły się dwa miesiące szczęścia, które płynęły z klawiszy nie wiadomo skąd. I żadne macanie nie było przy tym ważne. I wtedy któregoś dnia ojciec złamał jej rękę, a felczer źle nastawił. – No i dobrze – powiedziała matka. – Głupot jej się zachciewa. W miejscu złamania ręka była przesunięta lekko w prawo, z wyraźnym zgrubieniem kości. Organista powiedział, że w takim razie dość nauki, bo kaleki uczyć nie będzie, a macanie mu zbrzydło.

W domu Libusza powiedziała matce, że już wie, dlaczego spotkało ją szczęście z pianinem. To przez dziewiątkę. Nauczycielka w szkole powiedziała, że w numerologii jej dziwne imię daje dwadzieścia siedem, czyli razem dziewięć. Wyczytała o tej numerologii w jakimś kalendarzu. I dlatego dziewiątka rządzi jej życiem. Urodziła się we wrześniu – dziewiątym miesiącu roku. Pianina dotknęła, kiedy miała dziewięć lat. A więc każdego roku, kiedy będzie miała w latach dziewiątkę, spotka ją coś szczęśliwego. – Głupia jesteś – powiedziała matka i trzasnęła drzwiami. 

Nauczycielka w szkole podstawowej uparła się, że Libusza musi się dalej uczyć w liceum, a nie w zawodówce. Po maturze powinna iść na medycynę. Porozmawiała z nauczycielkami i wszystkie stwierdziły, że to najlepsza droga. Zresztą liceum jest w miasteczku, bardzo blisko wsi. Rodzice zgodzili się nawet z radością.  

Od razu w pierwszej klasie liceum, po lekcjach, Libusza poszła do ogniska muzycznego. Zza drzwi dochodziły dźwięki pianina. Zaczęła płakać. Weszła do klasy i zapytała, czy mogłaby się uczyć grać. Nauczycielka spojrzała na jej rękę: – Z krzywą dłonią? Dziecko, zajmij się tym, co dla ciebie odpowiednie. 

Zaczęła się uczyć bez opamiętania, bo postanowiono, że będzie lekarką. Wstępny egzamin zdała bez trudu. Studia szły jak z płatka. O chirurgii, która była najbliższa sercu, nie mogła nawet marzyć. Wciąż ta krzywa ręka. W 29. roku życia dostała nakaz pracy w klinice na onkologii dziecięcej. Wyszła za mąż i urodziła córkę z niedomykalnością zastawki serca. Dziecko szybko umarło. – Dziewiątka przynosi mi szczęście, ale widać na krótko, powiedziała mężowi.  

Któregoś dnia do przyszpitalnego mieszkania Libuszy przyjechała jej matka ze wsi. Powiedziała, że skoro teraz została wielką panią doktor, powinna zapłacić za to, że ją z ojcem wychowali. Zwłaszcza że ojciec już nie żyje, więc matce tym bardziej należy się co miesiąc jakiś grosz. Zgodziła się. Tyle i tyle będzie wysyłać. – Za mało – powiedziała matka. – Należy się więcej; ubranie, jedzenie, bilety do szkoły. To wszystko kosztowało. – Postaram się – powiedziała Libusza – jak tylko mnie i mężowi podniosą pensję.  

Źródło: Wróżka, nr 12/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020