Żona impotenta, dziewczyna łobuza

Maria Teresa, bratanica Stanisława Augusta, była inteligentna, energiczna i odważna, ale też skora do awantur, a nawet bójek. Nie miała udanej rodziny. Bo na męża wybrano jej impotenta i dziwaka.


Andrzej Poniatowski, brat króla Stasia, przybył nad Dunaj jako 17-latek. Wkrótce został szambelanem na cesarskim dworze i ożenił się z hrabianką Herkulą Kinsky von Wchinitz und Tettau. Ich córka Maria Teresa Poniatowska urodziła się 28 listopada 1760 r. w Wiedniu. Do chrztu trzymała ją cesarzowa Maria Teresa – to po niej dostała imiona.

Szczęśliwe dzieciństwo Teresy i jej młodszego brata Józefa przerwała w 1792 r. śmierć ojca. Matka załamała się nerwowo, a rodzeństwem zaopiekował się stryj król. Teresa była niesfornym dzieckiem i jeszcze w Wiedniu straciła oko. Operację przeprowadził w Strasburgu wybitny chirurg, doktor Wentzel. Ale i tak była bardzo bolesna, bo nie znano wtedy narkozy. Kalectwa nie dało się ukryć, choć dziewczyna nosiła porcelanową protezę. Do końca życia musiała zakrywać lewą część twarzy lokami, woalkami czy rondami kapeluszy.

Była inteligentna, energiczna, odważna, ale i skora do awantur. Kiedyś nawet wlazła do pieca, żeby się ukryć. Żeby ją stamtąd wydobyć, trzeba było go rozebrać. Brawurowo jeździła konno i niewielu mężczyzn mogło jej w tym dorównać. Miała też talent aktorski, świetnie mówiła po francusku i niemiecku. Szwajcarski uczony, Johann Bernoulli, nazwał ją „jedną z najpiękniejszych i najmilszych młodych dam dworu". 

Gdy stryj król Stanisław August postanowił wydać ją za mąż, przyjęła to jak wyrok. Wincenty Tyszkiewicz herbu Leliwa, hrabia na Łohojsku i Świsłoczy, starosta strzałkowski, miał wprawdzie sporo zalet – był tylko o trzy lata starszy od Teresy, kształcony w Paryżu, gospodarny i bogaty – ale nie błyszczał inteligencją, a przez wielki brzuch nie mógł połączyć rąk.

Ale największy defekt wyszedł w noc poślubną. Okazało się, że jest impotentem. Wkrótce młoda żona mogła też poznać kolejne „(...) gusta dziwne, najśmieszniejsze w swoim rodzaju", jak pisał Julian Ursyn Niemcewicz po wizycie w majątku państwa młodych. Rano Wincenty przebierał się bowiem za księdza i odprawiał mszę, a wieczór spędzał na kanapie w kobiecych fatałaszkach.

Dla równowagi Teresa nosiła się po męsku. Kiedy tylko małżonkowie wracali z Warszawy do Świsłoczy, on wkładał sutannę albo spódnicę, ona spodnie, frak i kapelusz. I gdy on odprawiał mszę, albo w babskich ciuchach i z wachlarzem kazał się po rękach całować młodzieży, ona na koniu pędziła po polach. Wszyscy na wspomnienie pobytu u państwa Tyszkiewiczów pokładali się ze śmiechu. A po salonach całego kraju krążyła fraszka Adama Naruszewicza: „Ty, co pod wielkim ległaś Tyszkiewiczem, wiesz z doświadczenia, że wielkość jest niczem". 

reklama


Teresie jednak do śmiechu nie było. Mąż wprawdzie ją uwielbiał i nie żałował pieniędzy na zachcianki, ale w białym małżeństwie z dziwactwami żyć się nie dało. Postanowiła więc odejść. Obyło się bez awantur. Ona wyjechała do Warszawy, on – awansowany już do rangi wielkiego referendarza litewskiego – pod pozorem spraw państwowych ruszył za nią. 

Na początku zamieszkali jeszcze pod wspólnym dachem, ale Teresa do Świsłoczy nigdy już nie wróciła. W rozbawionej Warszawie nie korzystała z wolności, jak wiele ówczesnych pań. Nie szukała kochanków. Udzielała się za to w loży masońskiej i z pasją angażowała się w działalność teatralną. Wincenty, który za żoną bardzo tęsknił, widywać mógł ją tylko w teatrze. 

Kalectwo i frustracja małżeństwem odbiły się na zdrowiu Teresy. Cierpiała na serce, płuca, żołądek, miała rozkołatane nerwy. Jeździła od jednego sławnego medyka do drugiego po całej Europie. Ale żaden nie potrafił postawić prawidłowej diagnozy. Zalecali tylko, jak innym zamożnym damom w tamtym czasie, wyjazdy do wód, picie angielskiego piwa, puszczanie krwi i zażywanie opiatów. 

Choroba, prawdopodobnie depresja, rozwijała się więc w najlepsze, pogłębiając zmienne nastroje. Coraz trudniej było to ukryć, bo Teresa miewała też ataki agresji. Doszło do tego, że kiedyś, wkurzona z powodu jakiegoś drobiazgu na księżną Karolinę de Nassau-Siegen, dotkliwie ją pobiła. I to w jednym z najlepszych salonów stolicy. Jak donosili świadkowie, trzymała ją za włosy i tak tłukła, że nieszczęsna omal nie zemdlała. Nic, tylko Tyszkiewiczowa zwariowała – szeptano po kątach. 

Po tym wydarzeniu Teresa przez kilka lat krążyła po kurortach i stolicach Europy. Według wtajemniczonych, była przy okazji agentką króla Stanisława Augusta. Niewykluczone, że podobne usługi pełniła też dla Charlesa-Maurice'a de Talleyranda, dyplomaty i – o ironio losu – byłego księdza, który ją nieźle oskubał z kasy. 

Poznali się w Warszawie, pod koniec 1806 r., gdzie ona bawiła u brata, a on przybył jako prawa ręka cesarza Napoleona Bonaparte. To było prawdziwe zauroczenie. Wszyscy to dostrzegli. Tyle że 47-letnia Teresa zakochała się po uszy, a 6 lat od niej starszy Talleyrand udawał wielkie uczucie z wyrachowania. Potrzebny był mu ktoś, kto wprowadzi go do polskich elit. Żartom nie było końca z czułych gestów podstarzałej Tyszkiewiczowej „o jednym szklanym oku dla Talleyranda o kulawej nodze". 

Ale towarzystwo mimo wszystko patrzyło na nią łaskawym okiem, licząc na życzliwość wszechwładnego ministra. A może dlatego, że jego podwójna moralność i elastyczne sumienie nie były tajemnicą. Sam Napoleon nazywał wprawdzie tego francuskiego arystokratę „gównem w jedwabnych pończochach", ale korzystał z jego wiedzy, sprytu oraz dyplomatycznych talentów.

Władza, jaką Talleyrand posiadał, i jego ogromny urok osobisty sprawiały, że kobiety wprost do niego lgnęły. I te starsze, i te całkiem młode, chętne, by wypełnić zleconą przez niego jakąś poufną misję. Otaczającą go grupę adoratorek sam nazywał „serajem". Bo lubił prowadzić politykę rękami kobiet. Z Teresą łączyło go jednak coś więcej. Ale nigdy nikomu nie udało się nazwać tego uczucia. 

Gdy Talleyrand wrócił do Francji, Teresa bezzwłocznie pojechała za nim. Była blisko niego, a on jej doradzał. I... wykorzystywał jako przyzwoitkę, gdy podróżował z młodą kochanką, księżną Dino. Starzejąca się Teresa nie była o nią wcale zazdrosna. Wielbiła Talleyranda i zasypywała go prezentami. Codziennie dawała mu sakiewkę zawierającą 500 franków, a on je natychmiast przepuszczał w karty. Zapłaciła też bajońską kwotę 60 tysięcy franków za porcelanę, którą kiedyś chciał kupić, ale zrezygnował z powodu ceny.

Teresa dla Talleyranda zadłużyła się na 300 tys. franków. Spłacił je Napoleon, w uznaniu zasług jej brata, księcia Józefa. Teresa nie pojechała nawet na jego pogrzeb, tak pochłonęło ją życie w cieniu Talleyranda. Nie zmartwiła jej też śmierć męża, z którym nie miała rozwodu, a który płacił rentę na jej utrzymanie. Zmarła w Tours 2 września 1834 r. Widziano, że Talleyrand płakał na jej pogrzebie. Kazał pochować ją w swoim rodzinnym grobie w Valencey. Po śmierci spoczął u jej boku. 

Wika Filipowicz 
fot. Muzeum Narodowe w Warszawie, wikipedia

Galeria zdjęć

W lewo
W prawo
Źródło: Wróżka, nr 12/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube