Brzydule górą!

Boże, nareszcie wiosna... Wzięłam tydzień wolnego, żeby poogródkować. Uwielbiam dłubać w ziemi, przesadzać. Po takich wakacjach na powietrzu czuję się jak nowa, choć czasem skrzypi mi coś w kręgosłupie i kolanach. Ale nie ma to jak porządnie się zmęczyć.

Dwadzieścia parę lat temu, śmiało lekceważąc miejscowe warunki i własną niechęć do długiego czekania na rezultaty, rozpoczęłam planowanie ogrodu wśród drzew, w szczerym lesie. I częściowo mi się to udało. Choć musiałam pójść na kompromis: nawieźć mnóstwo ziemi, na której coś zechciałoby rosnąć, i zawrzeć ugodę ze związkiem zawodowym ślimaków. Teraz od wiosny do jesieni nikt mnie nie oderwie od grządek i rabatek. 

Ponieważ przez zimę połowa lawendy odmówiła współpracy, postanowiłam pojechać do znajomego ogrodnika. Nie przebierałam się za bardzo, otrzepałam tylko włosy z liści i wsiadłam do samochodu tak, jak stałam – w dresie i kaloszach, bez makijażu. W końcu mnie tam tak tylko znają od kilkunastu lat, więc nikt nie ucieknie z krzykiem
na mój widok.

Akurat mocno pochylona wybierałam swoje krzaczki w namiocie, gdy usłyszałam nad sobą delikatne chrząknięcia: – Mmm... hmmm... eeeee... Czy mogłaby mi pani podać kilka doniczek... ee... tymianku i rozmarynu? I jeszcze hyzop...

reklama


Odwróciłam się odrobinę. Za mną stała, jak zwykle w eleganckich ciuchach, dama, z którą pracowałam przez lata biurko w biurko. Słynna z wyjątkowo zmysłowego głosu typu „głupia blondynka'' i niebywale smukłych, delikatnych dłoni. Gdy ją pytałyśmy, jak to robi, że są takie piękne, rozkładała je jak motyle skrzydła i szeptała z charakterystyczną chrypką: – Jak to cooo? Nic, kochane... Nic a nic... 

Teraz te dłonie dotykały okularów przeciwsłonecznych zakrywających połowę twarzy. To, co spod nich wystawało, przypominało przypieczony, łuszczący się pomidor. Jakby jej twarz przypiekła się na grillu, oblała domestosem lub kretem, a może mąż zahaczył ją przez nieuwagę szlifierką...

– O Boże! Renata, co ci się stało? – wykrzyknęłam mocno nietaktownie. Zachwiała się jak po ciosie i zadreptała w miejscu, jakby miała ochotę uciec... 
– Teresa? To tyyyyy TU pracujesz? – oddała cios bez pudła... 

Cóż, gdy ona była tą najpiękniejszą w klasie, ja cierpiałam z powodu bycia grubą i krótkonogą. Ale kiedy w końcu pojęłam, że nie ma co się kopać z koniem, czyli martwić tym, jaka jestem niedoskonała, wszystko się we mnie zmieniło i są to zmiany o wiele głębsze niż moje zmarszczki pod oczami... Zaakceptowałam w końcu, że nie ma takiego kremu ani żelu, który cofnąłby skutki starzenia się mojej skóry choćby w 10 procentach, a co dopiero w 77... 

Nie powiem, żebym przyjęła to z radością i rzuciła się z otwartymi ramionami w stronę przygód czekających mnie w drugiej połowie życia... Ale odczułam pewną ulgę. Odkryłam mianowicie, że brzydulom lepiej się żyje po drugiej stronie młodości. Piękne dziewczyny tracą swój blask boleśnie, brzydule mają w tym niezły trening i spore doświadczenie.

Może to trochę schizofreniczne, ale jakoś lżej mi teraz patrzeć na siebie, bo wyglądam w miarę normalnie. A te najpiękniejsze wciąż wierzą, że wystarczy trochę zaawansowanej technologii i będą wyglądać jak Angelina Jolie... 

No więc wpatrywałam się teraz bez litości na obłażącą ze skóry, napuchniętą buzię ślicznotki last minute i wyjaśniłam, że nie jestem pracownicą tego gospodarstwa ogrodniczego, tylko kupuję tu lawendę. Tak jak ona swoje ziółka. 

– Ach, wiesz, znajoma ma salon piękności i wypróbowuje na mnie nowe zabiegi. Testujemy nowy krem... Trzeba pocierpieć parę dni, a potem skóra robi się młodsza o 10 lat – zrewanżowała mi się i poprawiła okulary. 
– Jak jej jeszcze trochę zostanie – mruknęłam pod nosem... 

Ale Renata nie takie złośliwości zwykła w biurze odpierać bez trudu, bo co tu mówić, wszystkie jej zazdrościłyśmy tego, jak patrzą na nią nasze chłopy... Więc i tym razem bez komentarza, spokojnie wyciągnęła z torby wizytówkę i podała mi ją. 

– Ha, ha, ha... Dam ci adres tego studia... Powołaj się na mnie, to dostaniesz 20 procent rabatu. Ty się nie musisz martwić o skórę, zawsze miałaś tłustą i niesamowicie grubą. Wszystko przetrzyma, ale parę lat do tyłu ci się przyda...

Wsunęłam kartonik do kieszeni. Wyrzucę go do śmieci, pomyślałam, niedoczekanie twoje. 

A wieczorem, gdy zdjęłam dres, położyłam go na szafce. Popatrzyłam w lustro, podciągnęłam policzki... Psiakrew, cholera, a gdybym tak... 

Teresa Jaskierny 
fot. shutterstock  

Źródło: Wróżka nr 4/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020