Ostatnia wiosna knurka

Wiosna, wiosna, wiosna! Chce się krzyczeć, chce się żyć, chce się kochać! Czy to aby prawda? Czy rzeczywiście wszystkie wiersze i piosenki o tym, jacyśmy rozkwitnięci, piękni i wiosenni, to prawda? 

Nie, to bzdura. Tylko chętnie się za nią kryjemy. Co się z nami stało? 

Wracałam do domu po ciężkim dniu. Skręciłam z „siódemki" mknącej do Gdańska w lokalną drogę, która prawie co dzień prowadzi mnie pod mój zielony dach. Było już zupełnie ciemno, zaraz za zakrętem zobaczyłam w światłach samochodu duże, miotające się na środku mojego pasa zwierzę. Wydało mi się, że to potężny pies. Zahamowałam, ale musiałam znaleźć miejsce, aby nie parkować w rowie. W ostatniej chwili udało mi się „przepłoszyć" tira, który mknął wprost na rannego nieszczęśnika.

Wypadłam z samochodu i dobiegłszy do zwierzęcia, stanęłam przy nim z rozpostartymi rękoma. Samochód zrobił unik i minął nas, nie zwalniając. Już gdy biegłam, zobaczyłam, że to nie pies. Na jezdni leżał roczny, dorodny dzik.

Knurek. Był przytomny. Patrzył na mnie spojrzeniem, którego nigdy nie zapomnę. Wiedział, że nie chcę go zjeść, zabić, skrzywdzić. Samochody mijały nas obojętnie, a ja z wielkim wysiłkiem ściągałam go na wąskie pobocze. 

reklama


Czekało mnie kilkadziesiąt metrów transportowania na pół bezwładnego dzika do auta. Na szczęście przypomniałam sobie, że mam w bagażniku koc. Z trudem, ale udało mi się wtoczyć nań ciężkie ciało. W międzyczasie usiłowałam zatrzymywać każdy mijający nas pojazd. Chciałam tylko, aby ktoś pomógł mi przenieść ranne zwierzę. Nic z tego.

Nikt, nikt się nie zatrzymał. Na nikim nie zrobiło wrażenia moje błagające spojrzenie, nikogo nie zainteresowało to, czyje ciało spoczywa u moich stóp. Widocznie kilkudziesięciu kierowców, którzy minęli mnie tamtego wieczoru, uznało, że samotna kobieta w ciemności, na poboczu wiejskiej drogi, rozpaczliwie domagająca się pomocy, to norma ludzkich zachowań. Widocznie uznali, że miotające się z bólu zwierzę lepiej dobić następnym uderzeniem, niż udzielić mu pomocy. Że w domu czeka smaczna kolacja i nie warto brudzić rąk. 

Przez pół godziny walczyłam z odległością dzielącą nas od samochodu. Gdyby nie światła przejeżdżających aut, wpadlibyśmy do rowu. W końcu mokra od potu i łez dociągnęłam dzika do przednich drzwi. Odsunęłam siedzenie w tył, i co teraz? Znów próba znalezienia pomocy. Oczywiście pozbawiona sensu. Nie wiem, skąd wzięłam siły, ale wsadziłam biedaka do środka. Niezwykłe było to, że dzik uspokajał się, gdy go dotykałam. Jakby chciał współpracować i na tyle, na ile mógł, współpracował.

Gdy ledwie żywa siadłam za kierownicą i już miałam przekręcić kluczyk w stacyjce, z ciemności wychynął młody człowiek. Uchyliłam okno i dowiedziałam się, że oferuje mi pomoc myśliwego. – Nie dam go panu zastrzelić! – prawie wykrzyczałam i włączyłam silnik. Dzik podskoczył, jakby odzyskał siły. Trochę przerażona zaczęłam do niego mówić. Nie wiem, jakim cudem, uspokoił się. Już nie drżał, leżał spokojnie. Prowadziłam jak automat i drżącym głosem opowiadałam dzikiemu zwierzęciu, co je czeka.

– Nie martw się, jeśli nawet nie odzyskasz władzy w tylnych nogach, obstalujemy wózeczek i dasz radę.
Przekręcił głowę i patrzył na mnie z niedowierzaniem: „Ja i wózeczek?".
– Tak, zamieszkasz z nami – odpowiedziałam.

Tomek otworzył nam bramę. Nie od razu wyjęliśmy dzika z samochodu. Usiadłam na ziemi i zapaliłam papierosa. Potem powolutku położyliśmy rannego na trawie. Jeszcze przez chwilę patrzył przytomnie, ale zaczął tracić kontakt ze światem. Nie mam pojęcia, co poza kręgosłupem było poważnie uszkodzone. Może pękła śledziona, może wątroba. Umarł spokojnie. On nie stracił wiary w ludzi, ja tak.

Dorota Sumińska 
fot. shuterstock 

Źródło: Wróżka nr 4/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019