Lawendowa pani

Joanna zamieniła Warszawę na wieś Nowe Kawkowo, dobrze prosperującą firmę na plantację lawendy. Dziś mówi, że bycie wieśniakiem to powód do dumy.

Biznesowe klimaty, własna firma brokerska w Warszawie. Prawie codziennie szybki bieg od spotkania do spotkania, na obcasach, w garsonce od Chanel, nieskazitelnie białej bluzce, w okularach z pozłacanymi oprawkami. W czasie niezliczonych rozmów biznesowych z kamienną twarzą pokrytą dyskretnym makijażem twardo negocjuje umowy, a potem w biurze do późnych, czasem nocnych godzin starannie wypielęgnowanymi dłońmi kartkuje bardzo ważne dokumenty. I tak przez 10 lat, aż do permanentnej zadyszki. 

Joanna nie chce umierać 

W końcu Joanna Posoch, etnografka z wykształcenia, bizneswoman z wyboru, przyznaje, że ma dosyć. – Poczułam wyraźnie, że nie chcę w ten sposób spędzić reszty swojego życia. Byłam przepracowana i wiecznie niezadowolona. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego jestem nieszczęśliwa, za czym tęsknię, czego tak naprawdę chcę. Wiedziałam, że dłużej nie dam rady żyć w mieście, chciałam się wyprowadzić na wieś, a jednocześnie miałam mnóstwo obaw.

– Wszystko zacząć od nowa? Jak mam to zrobić? Przecież ja znam wieś wyłącznie z wakacyjnych wyjazdów do dziadków! – w głowie Joanny budzą się wspomnienia sprzed kilkunastu lat. – Uświadomiłam sobie, że jeśli nic się w moim życiu nie zmieni, umrę. Zwyczajnie i po prostu. Nie było żadnych wzniosłych idei i genialnych pomysłów. Chodziło mi tylko o przetrwanie. 

reklama


A Joanna przecież nie chce umierać, choć jej głowa pęka czasem od ilości spraw do załatwienia na wczoraj. Jest mroźny styczeń, w jakimś pierwotnym, samozachowawczym odruchu podejmuje decyzję, by przekazać firmę wspólnikom i znaleźć nowe miejsce do życia. 

Joanna szuka domu 

Ale zanim to się stanie, miną jeszcze cztery lata. Czasem o swoich planach przebąkuje znajomym, którzy albo jej nie dowierzają, albo dopytują, co właściwie chce robić na tej wsi, bo przecież coś musi robić. 

A Joanna żadnych konkretnych pomysłów nie ma i nawet nie chce ich mieć. – Nie chciałam snuć żadnych planów. Wydawało mi się, że mój umysł jest na tyle zmęczony, że nic fajnego nie jestem w stanie z niego wykrzesać. Po cichu myślałam, że może nowe miejsce mnie zainspiruje. Cóż, z perspektywy moich znajomych to mogło wyglądać kiepsko: rzuca dobrze płatną, stabilną pracę i bez żadnego planu na życie wyprowadza się na wieś. Co ona w ogóle robi?! – opowiada. 

A ona szuka wymarzonego domu. W każdy weekend pakuje się razem z przyjaciółką do jej BX-a i ruszają na wschód, przeczesując każdą wieś, prowadząc wielogodzinne rozmowy z właścicielami potencjalnego miejsca do życia i posilając się jajecznicą w przydrożnych barach.

Najpiękniejszy dom na świecie wcale nie czeka na nią na „dzikim" wschodzie Polski, jak przypuszczała, lecz siedem kilometrów od słowackiej granicy, gdzie jeszcze jako studentka etnografii prowadziła badania terenowe. To oryginalna, zbudowana z grubych bali łemkowska zagroda (chyża) z 1927 r., której właściciele chcieli się szybko pozbyć, bo obok niej stanęła już nowoczesna willa. Stara, podupadająca chata ojców nie miała szans z nią konkurować.

– Podczas podpisywania umowy kupna domu byłam tak zestresowana, że moja przyjaciółka Agnieszka wyręczyła mnie i równiutkim, zgrabnym pismem wypełniła wszystkie papiery. Właścicielka domu spoglądała na nas cierpliwie i dobrotliwie – po kilkunastu latach wspomina w swej książce „Lawendowe Pole, czyli jak opuścić miasto na dobre". 

Joanna żegna się z miastem 

Zestresowana i zdumiona tempem zmian zachodzących w swoim życiu, Joanna, jak zwykle w takich sytuacjach, jedzie na ukochaną Warmię złapać oddech w zaprzyjaźnionym gospodarstwie agroturystycznym. Przypadek, ingerencja sił wyższych – nic nie jest pewne oprócz tego, że po weekendzie wraca z aktem własności siedmiohektarowej działki, kupionej za zaoszczędzone pieniądze, i że wkrótce zamieszka na stałe w Nowym Kawkowie, warmińskiej wsi z nieco ponad 200 mieszkańcami, po sąsiedzku będzie mieć trzy małe stawy i trzy małe pagórki, doliny, wzniesienia i wąwozy.  

Na działce stanie łemkowska zagroda, której sprowadzenie z Beskidu Niskiego okaże się niemałym logistycznym wyzwaniem, podobnie jak wybór miejsca na dom. 

– Przysiadałam w różnych miejscach i zastanawiałam się, gdzie powinien stanąć dom. Badałam cieki wodne. Próbowałam spać na łące, żeby głębiej doświadczyć jej charakteru. Czułam się trochę jak młody Castaneda (amerykański antropolog, autor książek o szamanizmie) – tarzałam się w trawie, leżałam, wstawałam, znów się kładłam, a wszystko to wydawało mi się niezwykle doniosłe. Modliłam się przy tym, żeby nikt z sąsiadów mnie na tym nie przyłapał. Na wszelki wypadek odprawiałam te rytuały o piątej rano, licząc na to, że w zaroślach nie będzie widzów – wspomina po latach w swojej książce. 

Przez kilka miesięcy Joanna będzie nadzorować prace kilku ekip budowlanych, które belka po belce na powrót złożą stary dom, zaprzyjaźni się ze szpadlem oraz z taczką, sąsiadki podpowiedzą, jak na twardej, gliniastej ziemi założyć rabatki. Zacznie płacić ubezpieczenie rolnicze – tym samym pani z miasta, na początku formalnie, potem już pełną parą, stanie się rolniczką, zamieni raczej miejską hondę na citroëna C15, któremu nie będą przeszkadzać warmińskie błota i podziurawione drogi.

Z czasem zacznie się wydłużać lista nowo zdobytych umiejętności. Bo Joanna już nie tylko wie, jak napalić w piecu, ale nawet jak taki gliniany piec zbudować od podstaw, jak upiec chleb, założyć i uprawiać ogródek warzywny, zbierać i wykorzystywać zioła, zamykać w słoikach pyszne owocowe i warzywne przetwory... 

Zaoszczędzone wcześniej pieniądze mają jej starczyć na rok, w czasie którego poprzygląda się sobie i zastanowi się, co dalej. Ze zdumieniem odkrywa, że miejska Joanna kapituluje pod naporem tej nowej, wiejskiej Joanny: – Zupełnie nie przypominałam już tej eleganckiej pani, którą byłam jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Chyba nawet to kontestowałam, wkładając gumofilce, czarny roboczy kombinezon porozciągany niczym wór, czarną kurtkę poplamioną gliną i obsypaną trocinami – wspomina chwile sprzed ponad 14 lat. Ale najważniejsze zmiany, te wewnętrzne, mają dopiero nadejść.

– Umknęłam na wieś przed nadmiernym uporządkowaniem życia, przed planowaniem wszystkiego na lata do przodu, strategią w firmie, przemęczeniem, ciągłym obmyślaniem przyszłości. Jednak zmiany musiały się dokonać przede wszystkim we mnie samej, bo w przeciwnym razie groziło mi życie takie samo jak wcześniej, tylko w innym miejscu. 

Galeria zdjęć

W lewo
W prawo
Źródło: Wróżka nr 5/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020