Powiedziałam: nie, nie, nie!

Heroina, alkohol. Toksyczne relacje z bliskimi. Żerujące pod domem media. Amy Winehouse doprowadziło na krawędź wszystko to, co zazwyczaj przynosi sława. 

Śpiewaj! Śpiewaj! – wielotysięczny tłum falował coraz niespokojniej, a pomruk niezadowolenia narastał. W czerwcowy wieczór 2011 roku w Belgradzie ludzie tłoczyli się pod sceną, na której działy się rzeczy dziwne. Wędrowała po niej kompletnie zdezorientowana dziewczyna.

Przysiadła na głośniku, by zdjąć jednego buta. Podeszła do gitarzysty, coś szeptała mu do ucha, ten zerkał zdziwiony i przerażony. W końcu, chybocząc się, zaczęła śpiewać jeden ze swoich największych hitów, ale w połowie przerwała, by przedstawiać zespół. Plątała się, nie mogła sobie przypomnieć imion muzyków. Śpiewała, fałszując, nie pamiętała tekstu.

Widzowie, początkowo zdziwieni, zaczęli odnosić się do piosenkarki wrogo. Pośród głośnych gwizdów i buczenia zeszła ze sceny po pół godzinie. Potem długo leżała na zapleczu, otoczona przez współpracowników.

„Pijana w sztok!", „Najgorszy koncert w historii" – krzyczały nagłówki gazet następnego dnia. Tylko niektóre głosy broniły jej, że taka przygoda przytrafiała się już wielu artystom. A Amy Winehouse ma tak wspaniały głos, że można jej wybaczyć milczenie i słabość.

Ona śpiewać już po prostu nie chciała. Dziennikarze tabloidów pewnie nie wiedzieli, że poprzedniego dnia wsadzono ją nietrzeźwą do samolotu i wystawiono na lotnisku w Belgradzie. 
I że wielokrotnie mówiła, że nie chce tym razem nigdzie jechać, nie chce żadnych występów.

reklama


Ale trasę koncertową ustalono wcześniej. Był na niej, zresztą między innymi, festiwal w Bydgoszczy. Fani czekali na nowy album. Wytwórni zależało, by publiczność nie zapomniała o gwieździe. Na koncertach śpiewała stare piosenki. Nudziły ją, nie niosły ze sobą takich emocji jak kiedyś. Po belgradzkiej wpadce resztę trasy odwołano. Amy skomentowała radośnie: „Zawaliłam trasę, ale przynajmniej mogę pojechać na wesele Nicka (przyjaciela)". 

Od sławy oszaleję 

To były resztki ducha dawnej Amy. Pyskatej, skorej do imprezowania i na pierwszy rzut oka niedającej sobie w kaszę dmuchać. Gdy Bono z U2 odbierał nagrodę, przerwała mu, krzycząc: „Zamknij się, nic mnie to nie obchodzi!". A rapera Kanye Westa publicznie nazwała „p**dą". 

Kojarzyli ją nawet ci, którzy nie słuchali muzyki. Zresztą trudno było jej nie zauważyć: ciemne włosy upięte w ogromny kok w kształcie ula, oczy mocno podkreślone czarnym eyelinerem, papieros w kąciku ust, wytatuowane serca, kotwica, naga dziewczyna w stylu retro i kuse kolorowe sukienki odsłaniające ramiona, stylizowane na lata czterdzieste.

To nie miała być gwiazda wciśnięta w dedykowane sobie stroje projektantów, mieszkająca w wielkiej rezydencji na przedmieściach. Tylko ktoś, kto sam tworzy swój styl w kilka minut przed lusterkiem w łazience niewielkiego mieszkania z widokiem na londyńską ulicę. 

– Uwielbiam jej fryzurę, a ona sama jest piękną i utalentowaną artystką – mówił Karl Lagerfeld, gdy w 2007 roku, na pokazie Chanel, modelki wyszły na wybieg „zrobione" na Amy Winehouse. 

Trzy lata wcześniej, niedługo po wydaniu debiutanckiego albumu „Frank", dziennikarz zapytał ją, czy jest gotowa być gwiazdą. – Dajcie mi spokój, bo pragnę zająć się muzyką – odpowiedziała. Innemu tłumaczyła, że nie myśli o sławie, bo pewnie by sobie z tym nie poradziła i oszalała. Słowa te okazały się prorocze. 
 
Do muzycznego świata Amy Winehouse trafiła jako dobrze wykształcona wokalistka. Uczęszczała do prywatnej szkoły artystycznej. Przyjaciel muzyk podrzucił jej nagrania do wytwórni. Tam byli nią zachwyceni. Drobna, żydowska dziewczyna z północnego Londynu miała głos niczym dojrzała ciemnoskóra wokalistka jazzowa wprost z Brooklynu. Producent muzyczny Salaam Remi zauważał: „Ona osiągnęła stylistykę 65-letniej piosenkarki w wieku 18 lat. Do czego dojdzie w wieku 25?".

Jej styl śpiewania określano jako new jazz. Debiutancki album wzbudził zainteresowanie krytyki i fanów jazzu. Ale popularność w tym środowisku nie ma nic wspólnego z szaleństwem, jakie ogarnia słuchaczy muzyki z list przebojów. 

Seks to tylko seks 

Pierwsza płyta Amy ukazała się w 2003 roku. Za jej promowanie zabrała się sama artystka. Zachwyciła dziennikarzy. Stała przed nimi zwykła dziewczyna. W rozmowie przedstawiała swój punkt widzenia bez ogródek, na dodatek mówiła z akcentem z robotniczych dzielnic. Pytana o to w jednym z talk-show śmiała się, że w wytwórni próbowali dawać jej lekcje dykcji, ale nic z tego nie wyszło.

Głoszone przez nią poglądy też nie należały do pospolitych. – Nie uważam, że przespanie się z kimś jest czymś strasznym – mówiła. – Seks to tylko seks, najważniejsze żeby nie pozwolić innej osobie zbliżyć się do siebie. Innym razem rzuciła, że „przespanie się z kimś to jak wypalenie skręta". 

Imprezowym stylem życia Amy zaczęły żyć media. Bezpowrotnie odchodziły te czasy, kiedy artykuły o niej czy jej muzyce publikowały poważne gazety jak „The Guardian" czy „The Times". Teraz przyszła pora na tabloidy. I właśnie wtedy w życiu Amy pojawił się Blake.

Galeria zdjęć

W lewo
W prawo
Źródło: Wróżka nr 4/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020