12 minut

tvJemy kolację. Miło, domowa atmosfera. Lubimy te wieczorne spotkania przy stole, to nasz jedyny czas na wspólną rozmowę. Gdzieś w oddali gra radio. Między jednym a drugim kęsem dobiegają nas strzępy słów: „piekące hemoroidy”, „grzybica paznokcia” „zgaga”, „łupież”. Jedzenie staje mi w gardle. Mąż  z trudem przełyka tortellini. Dzieci się dławią. Koniec kolacji.


Wieczorem, przed ulubionym serialem, zaliczamy kolejny atak.  Na ekranie telewizora widzę dziewczynę, która… pędzi do toalety. Wyraźnie ma przeciekającą podpaskę. Potem, po wizycie w WC, jest już uśmiechnięta: niebieska krew wsiąka w tampon wyjęty wiadomo skąd. Mój syn kręci się niespokojnie, bo tylko się domyśla, o co chodzi. Jego równolatek z kolejnej reklamy ma  dla odmiany rozwolnienie. Pojechał na urlop, a tu – klops, taka nieprzyjemność. Na szczęście, także dla mnie, przypadkowego widza tych reklamowych wypocin, przewodniczka wycieczki ma sposób na „klątwę faraona”. Jedna tabletka i piramidy znowu 
kuszą turystę swoim monumentalnym wdziękiem. 

Uspokajam się. Nadal lecą reklamy, ale teraz widzę tylko dobry samochód, co za ulga. Jednak montażysta, który skleja ze sobą spoty, nie dopuszcza zbyt długiej sielanki. Czas na dramat. I jest! W kącie pokoju stoi pani, nieco starsza niż zwykłe modelki z reklamowego castingu. Gra głośno muzyka, goście tańczą, ale ona ma problem – dręczą ją nieprzyjemne gazy. Widać, że wzdęcie nie pozwala jej rozwinąć skrzydeł na przyjęciu. 

Ale nic to, jest ratunek: połyka na naszych oczach tabletkę i – o matko! – gazy ustępują, a ulga maluje się na twarzy także  jej partnera. Łączę się z nim w bólu, bo przecież wyobrażam sobie, jakie to nieprzyjemne, kiedy wzdęta partnerka cichcem popierduje w czasie imprezy. Zamykam oczy, ale nadal widzę inne obrazy: obrzydliwy, strzygący grzybicą paznokieć i komputerową wizualizację zaparcia jelit, które ani rusz nie chcą się odetkać. 
 
Dotrwałam do serialu, ale nadal nie dają mi spokoju. Cały czas widzę product placement, czyli wcisk reklamowy – agencje bez ładu i składu wrzucają coś do scenariusza. Wdzięczna bohaterka z emfazą dziękuje mężowi za czekoladki znanej firmy, które  on wręcza jej w rocznicę ślubu. Dobra aktorka wdzięcznie udaje, że się cieszy z prezentu. My, oglądające to badziewie, wiemy jednak, że to idiotyzm, bo gdyby jakikolwiek małżonek zbył którąś z nas bombonierką na rocznicę ślubu, spędziłby ją na wycieraczce. Ludzie! Czy w świecie wolności słowa i walki o klienta nie ma już żadnych świętości? Czy muszę oglądać szczerbate paszczaki, które szczerzą się do mnie zębami z przebarwieniami albo po prostu brudnymi? 

reklama


Czy koniecznie powinnam być zaangażowana w problem pryszczatego młodziana, który pokazuje mi swój trądzik powiększony na cały ekran??? Czy psia kupa, foremna i pięknie ubarwiona (po dobrej karmie, rzecz jasna), lądująca przed moim nosem w każdej przerwie filmowej, jest ekskluzywnym prezentem od szefów stacji adresowanym bezpośrednio do mnie? Rano jedziemy do pracy. Jesteśmy, jacy jesteśmy, i wyglądamy, jak wyglądamy. Dlatego oboje lubimy popatrzeć na młode ładne dziewoje, tak po prostu. I nagle widzę, że mój małżonek wzrok ma wbity w billboard, na którym rejestruję półnagą, wielkobiustną blondynę ze szponami jak Drakula i wzrokiem nietkniętym swobodną myślą. Podjeżdżamy bliżej, a tam jak wół napisane, że to reklama naczep do tirów.

„Myślałam – cedzę przez zęby – że to raczej zachęta do robienia czegoś z tą panią w środku naczepy, a nie do zakupu ciężarówkowej nadbudówki…”. Mąż milczy, bo patrzy już na dziouchę na kolejnym reklamowym banerze. Też obfitą, za to brunetkę. Tyle tylko, że w pazurach trzyma truchło karalucha, a obok niej malowniczo ścielą się padłe karaczany. Bo to reklama dezynsekcyjna. Moja lepsza połowa wygłasza myśl o pilnej potrzebie wezwania ekipy od robaków do naszego garażu. A ja myślę, że gdybyśmy mieli karaluchy, to na pewno już dawno bym ją wezwała.

Danusiu, wybacz, że dzisiaj było nieco obrzydliwie, ale sama widzisz, że żyjemy w trudnym świecie. Nie jest łatwo i bez zgagi, łupieżu czy żylaków odbytu. Czas na reklamy to 12 minut w każdej godzinie zegarowej i nie może być dłuższy,  bo tak zadbał o mnie ustawodawca. Ale i tak dłuży się niemiłosiernie, kiedy oznacza oglądanie pasma chorób, wymazów i wydzielin. Agencje reklamowe nie znają granic przyzwoitości, bo reklamodawca płaci i wymaga. I co go tam obchodzi jedna rodzinna kolacja, której nie dokończyliśmy z jego winy?
 
Twoja Zofia
fot. shutterstock

Kupiłyście ostatnio jakiś reklamowany produkt? Denerwuje was to, jak i czym epatują reklamodawcy? A może tylko was  to śmieszy albo wyciszacie głos, odwracacie wzrok, uciekacie do innego pokoju, eliminujecie z domu radio i telewizor? Dziewczyny, napiszcie koniecznie. Czekam. Nasz adres: 02-612 Warszawa, ul. Malczewskiego 19 albo Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Źródło: Wróżka nr 7/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019