Życie to zmiana

2 zmiana copyŻycie to ciągła zmiana. A jeśli ktoś nie lubi zmian, to znaczy, że nie lubi życia. 
 
Tak twierdzą ci, którzy w każdej zmianie – bez względu na to, czy jest dobra, czy też zła – widzą nowe możliwości, szanse na rozwój, odbicie się od dna. Dla nich, prawdziwych optymistów, każda w końcu musi przynieść coś dobrego. A bycie bliskim takiego optymisty jest jak wieczność na Bali: grzeje i upiększa. Nauczmy się tego.
 
 
 
 
 
 
 
Uczmy się od innych, od tych, co potrafią przekuć błoto w złoto. Pod ich okiem trenujmy, nabierajmy przekonania, że każda zmiana może być dobra, a każdy ruch na mapie naszego życiorysu jest do przodu. Walczmy z tumiwisizmem, z przygnębieniem, z gadaniem, że „to się nigdy nie skończy i może być tylko gorzej”. Nieprawda! Uwierzmy w zmianę. Jeśli jednak nie ma w naszym otoczeniu takich optymistycznych mistrzów, to wyciągnijmy przynajmniej wnioski z życia tych, którzy zmiany się bali. I zobaczmy, jak to się dla nich skończyło.
 
Kornelia czas zimowy, czas letni
 
Bała się wszystkiego. Taka już była, od dziecka. Mama wspominała, że kiedy chciała zrobić córce niespodziankę i w czasie wakacji przemalowała jej pokój, to Kornelka po powrocie z kolonii letnich dostała spazmów i gorączki w czterech ścianach o odcieniu lazurowego błękitu.  

W szkole średniej złotowłosa i błękitnooka dziewczyna zakochała się miłością pierwszą i najszczerszą. Obiekt tego uczucia miał na imię Mirek, delikatny wąs, lekko pałąkowate nogi od nieustannego grania w piłkę nożną oraz cztery siostry, które nauczyły go, co robić, żeby podobać się dziewczynie. Pisały za niego na zmianę listy miłosne i wpisy do pamiętnika (ech, dawno to było niestety; kto pamięta pamiętniki?), uczyły, co mówić na pierwszej randce i o czym nigdy, przenigdy nie wspominać („Choćby cię, braciszku, rozrywała na kole zębatym, nie wolno dać ci się sprowokować.

Na pytanie: Jak sadzisz, czy jestem gruba? odpowiadaj zawsze: Nie, to bzdura! Nawet, jeśli pyta ciężarna wielorybica.”). Mirek kochał zmiany, ale wtedy na zmianę dziewczyny nie był gotów. Szczęśliwie dla jego dziewczyny. Był wzorowym chłopakiem: obiecywał wierność, nauczył, jak się całować  i przynosił wymięte konwalie w lekko spoconej dłoni.

Do matury dotrwali jako para, ale studia rzuciły ich do innych miast. Ona została na Śląsku (nie mieściła się jej w głowie przeprowadzka) i w rodzinnych stronach zgłębiała na stomatologii tajniki braków w uzębieniu. On poszybował do Gdańska, na oliwskim AWF-ie prężył muskuły i strzelał oczyma do płaskobiustnych lekkoatletek.

reklama


Kornelia nie wyobrażała sobie przyszłego życia z nikim innym, nadal czekała cierpliwie na oświadczyny. W marzeniach już jadła wspólne śniadania i szukała imion dla pary udanych, zaplanowanych dzieci. Nie zauważała, że Mirek wpadał do niej coraz rzadziej i ani się zająknął na temat przyszłości. Kiedy pytała, dlaczego do niej nie dzwoni, mówił: „Kochanie, wszystko, co miałem ci powiedzieć, już powiedziałem”. Zamiast się zaniepokoić, tylko podziwiała lapidarność jego odpowiedzi i nie traktowała jej jako sygnału nieuchronnej zmiany. Jak bowiem sądziła, nic jej nie zapowiadało. Była ślepa na wszystko, czego się bała. 
 
Dziewczyna lubiła się uczyć: egzaminy z braków w uzębieniu nigdy nie wykazały braków w jej przygotowaniu. Zdawała wszystko celująco i… równie celująco oraz cierpliwie wyczekiwała Mirka. Marzyła jej się spędzona razem Wielkanoc. Wiedziała od jego sióstr, że ich jedyny brat wraca do domu, bo nawet ten atletyczny niespokojny duch uwielbiał przewidywalność zaklętą w smaku domowego żurku i drożdżówek z kruszonką. 

Pociąg z Gdańska z boskim Mirkiem na pokładzie miał przyjechać rano. A w południe zamierzali już razem wypić kawę. W ulubionej, zawsze tej samej kawiarni, która Kornelii kojarzyła się z uczuciem niewyobrażalnego szczęścia, kiedy to po raz pierwszy jej kochany pryszczaty chłopak złapał ją pod stolikiem za kolano. Chciała go zaprosić na święta i w skrytości liczyła na coś więcej. Wierzyła, że rodzinna atmosfera uruchomi w nim spontaniczny odruch oświadczyn. Snuła domysły co do kształtu pierścionka, bo w zaręczyny ani przez moment nie wątpiła.

Do kawiarni przyszła punktualnie. Jak zawsze. Usiadła w ulubionym kącie i czekała. Minuty wlokły się powoli, czas zamieniał je w kwadrans, potem w pół  godziny. Kawa całkiem ostygła, a ona tężała ze zdumienia. Po trzech kwadransach zapłaciła za zimny napar i niedojedzone ciastko. „Musiało stać się coś złego – myślała. – Pójdę pod jego mieszkanie i sprawdzę”. Kiedy dochodziła do klatki schodowej, zobaczyła, jak się całują. Stali objęci – jej osobisty, cudowny Mirek i całkowicie obca brunetka.

Zmysłowy pocałunek przerwał Mirek, który kątem oka zauważył Kornelię i wybuchnął: „A co ty tu robisz? Przecież za chwilę się widzimy!”. „Nie przyszedłeś przecież…” – załkała. „Cholera!” – spojrzał na zegarek. „Nie przestawiłem go na czas letni”. Tak oto zmiana czasu zmieniła życie pewnej dziewczyny ze Śląska, która nie lubiła zmian, więc się ich nie spodziewała. Kornelia do dzisiaj jest sama, więdnie w gabinecie dentystycznym, w którym trudno poznać kogoś zainteresowanego. A Mirek? Zmienia, ile wlezie, a wlezie naprawdę dużo.
Źródło: Wróżka nr 7/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube