Mąż w sieci, żona w sieci

1shutterstock 106621589 copyLubię internet. Ale nie łączę z nim przesadnie dużo życia osobistego. Oczywiście, mam znajomych z Facebooka. A wśród nich także i takich, których ledwo kojarzę. Nie przeginam jednak z tym kolegowaniem się. Tymczasem moja znajoma nie tylko zaufała sieciowym relacjom, ale nawet wyszukała w internecie męża.



Jej historia jest przykładem na to, że nie należy bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co tam napisane. Bo kłamstwo internetowe ma męskie, lekko pałąkowate nogi. Joanna zarejestrowała się na popularnym portalu randkowym, który reklamuje się, że skojarzył już miliony par na świecie. Miłość w świecie netu jawi się w tych reklamach niebiańsko: już pierwsza randka kończy się namiętnym pocałunkiem, a czasem nawet seksem. Tak było też z Joasią. Ona wysłała anons, poczekała na odzew, dokonała selekcji i został tylko On.

Napisali do siebie jako dwie dusze głodne drugiego człowieka, spragnione miłości. A jeśli się ona od razu nie spełni, to przynajmniej przyjaźni, bliskości, wspólnych wypraw w góry (Joasia jest byłą alpinistką) oraz codziennej porannej porcji najlepszej kawy. Na jej anons odpowiedziało aż kilkunastu panów, ale kilku odpadło we wstępnej selekcji, bo na zdjęciach byli niepokojąco do siebie podobni.

Przypominali modeli z katalogu Stocka, czyli zachodziło prawdopodobieństwo, że zdjęcie było fałszywym wabikiem. Joasia jest sędzią, więc wie, że jak ktoś wygląda jak skrzyżowanie Richarda Gere'a oraz Henry'ego Fondy, to raczej nie jest samotny. No, a jeżeli jest, to musi być mocno wewnętrznie felerny, żeby z taką przystojnością szukać pary aż w internecie. Joasia zamieściła swoje zdjęcie z ostatnich wakacji na Krecie. Stała tam lekko bokiem, żeby wady figury nie rzucały się zbytnio w oczy. I miała mocno oświetloną słońcem twarz, żeby nieco odjąć sobie wieku, bo nie chciała ściemniać fotką sprzed 10 kilogramów i dekady.

W kolejnej selekcji padli panowie, którzy byli albo za młodzi (dwaj), albo za starzy (jeden), oraz reszta tych, poza jednym, którzy lubili coś, czego ona w żadnym wypadku. Odpadł więc Jan, myśliwy, czyli wielbiciel odstrzału zwierząt w lasach, odpadł Sylwek, wieczny chłopiec, który nie lubił stałej pracy, ale za to lubił zabawę do samego rana. Odpadł także Roman, szpakowaty poliglota, który może i znał wiele języków, ale gorzej radził sobie z ojczystą polszczyzną i pisał „mażenie" oraz „zajencie".

Został pan Tomek, nie za piękny, ale za to miał coś takiego ujmującego w spojrzeniu, że Joanna uwierzyła w przeznaczenie. Lubił to, co ona, wierzył w miłość po 40. oraz w to, że kobieta jest jak wino. Potem było jak w bajce. Randki, na które starający się mężczyzna przyjeżdżał do niej, wspólne wypady na weekendy do kurortu – był w pół drogi między dwoma miastami, w których mieszkali oboje, wreszcie dłuższy urlop. To po nim zapadła decyzja o wspólnym życiu.

reklama


Oboje uznali, że czasu mają mniej niż więcej i w ogóle są dla siebie stworzeni. Tomasz okazał się mężczyzną hojnym, serdecznym i o ujmującym obyciu. Przyjaciółki Joanny uwierzyły w internetową swatkę, same pozakładały swoje profile na randkowym portalu, bo prawie wszystkie były z odzysku. Szczególnie mocno przejęła się tą sytuacją Wandzia, która została młodo zdradzona przez męża i dopiero patrząc na szczęście Joanny, uwierzyła, że można zaufać mężczyźnie i nie żyć w samotności.

Po romantycznym ślubie sprawy Joanny potoczyły się szybko i były jak zabójcza śnieżna lawina. Tomasz wyjawił, że właśnie stracił pracę, przeszedł na utrzymanie kiepsko zarabiającej sędzi, potem co i rusz wychodziły na światło dziennie smutne fakty. Tomek lubił wysokoprocentowy alkohol, chociaż przed ślubem wystrzegał się mocnych trunków jak ognia, przestał lubić góry i pewnego dnia zniknął z życia Joanny razem z resztką jej oszczędności, złotym naszyjnikiem po mamie oraz samochodem po byłym mężu.

Koniec tej historii byłby banalny i niewart mojego listu, Danusiu, gdyby nie pewien wątek poboczny. Kiedy Joanna z bólem pękniętego serca zgłosiła sprawę na policji i tam dowiedziała się, że takich naiwnych kobiet jak ona jest na pęczki, zadzwoniła do niej Wandzia: – Pamiętasz tego Romana, który robił takie byki ortograficzne? – zapytała Joannę, zawziętą już przeciwniczkę mężczyzn i portali randkowych. – Ja się z nim spotkałam. Okazało się, że profil zakładał mu wnuczek i to były jego byki. I wiesz co?

To jest fantastyczny człowiek. Pobieramy się! Nie przeszkadza mu, że jestem biedna jak mysz kościelna. Uwierzyłam w życie! I to wszystko dzięki tobie...

A wy próbowałyście znaleźć faceta w sieci? Czy w ogóle da się to zrobić? Opiszcie swoje przeżycia i doświadczenia. I wasze sposoby na zdemaskowanie zawczasu łowców przygód czy zwyczajnych oszustów. Dziewczyny, napiszcie koniecznie. Czekam. Nasz adres: 02-612 Warszawa, ul. Malczewskiego 19 albo Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Źródło: Wróżka nr 9/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020