Zawsze niech będzie Słońce

Boimy się Słońca. Obwiniamy je o zmarszczki, raka skóry, niszczenie siatkówki oka. Tymczasem jego niedobór jest gorszy od nadmiaru! – ostrzegają naukowcy.

Słońce było kiedyś bogiem. I choć ten kult naszych przodków odszedł w przeszłość, rządy najbliższej nam gwiazdy wcale się nie skończyły. W każdej sekundzie emituje ona więcej energii, niż wszyscy ludzie zdołali wytworzyć, odkąd nasz przodek po raz pierwszy skrzesał ogień. To jej zawdzięczamy życie, podział na dnie i noce, pory roku. To ona ma największy wpływ na nasze zdrowie i psychikę – przekonuje brytyjski profesor genetyki Steve Jones, pokazując zaskakujące związki między ilością światła słonecznego a różnymi zjawiskami naszego życia w swojej najnowszej książce „Here Comes the Sun: How it feeds us, kills us, heals us and makes us what we are” (Oto nadchodzi Słońce: O tym jak Słońce nas karmi, zabija, leczy i czyni tym, kim jesteśmy). Najdziwniejsze to spadek liczby nowo narodzonych dzieci w USA po fali upałów czy dziesięciokrotnie więcej przekleństw na Facebooku w najgorętsze dni niż w najzimniejsze.

Ale Steve Jones przede wszystkim broni promieni słonecznych, tak chętnie oskarżanych o przyspieszone starzenie się skóry i raka. To nasi najwięksi sprzymierzeńcy – pisze. I krytykuje współczesne społeczeństwa, które lekceważą ich dobroczynne działanie. Przestaliśmy żyć na powietrzu w naturalnym słonecznym świetle, jak jeszcze robili to nasi dziadkowie. Wycofaliśmy się do domów, biurowców, galerii handlowych, siłowni, krytych basenów, podziemnych kolejek, ale i samochodów. Ograniczyliśmy dostęp światła słonecznego, zastępując je sztucznym. A jakby tego było mało, przywiązaliśmy się do ekranów komputerów. Nigdy jeszcze żadne pokolenie nie było tak bardzo oderwane od Słońca – alarmuje profesor Steve Jones. Bo promienie słońca niosą zarówno życie, jak i kłopoty. Te ostatnie, wbrew temu, co większość z nas sądzi, pojawiają się częściej, gdy słonecznego światła jest za mało. Ziemia doświadczyła tego już kilkakrotnie. Kiedy pyły i popioły, które wyrzuciły potężne wulkany, przysłoniły niebo na wiele miesięcy, na skutek zablokowania dostępu promieni słonecznych, ciemności, zimna i braku żywności życie dramatycznie zamierało.

heliohigiena i czerwone majtki

 

W latach 20. XX w. lekarz z Edynburga Caleb Saleeby nazwał krzywicę, gruźlicę i depresję „chorobami ciemności”. Opierał się wyłącznie na swoich obserwacjach. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że krzywicę wywołuje brak witaminy D, której naturalnym źródłem jest właśnie Słońce. We Włoszech w okresie renesansu była to zresztą choroba dzieci bogaczy. To je trzymano w zamknięciu, by zachowały jasną cerę, tak cenioną przez klasy wyższe. Opalenizna była przeznaczona dla chłopskich dzieci, które spędzały całe dnie na polu. Doktor Saleeby, który zaczął pracę u schyłku epoki wiktoriańskiej, zauważył jako pierwszy, że na krzywicę pięć razy częściej chorują dzieci z przemysłowych dzielnic angielskich miast niż z ich bogatych przedmieść. W tamtych czasach te pierwsze były pogrążone w mroku, bo zasnuwał je węglowy dym, podczas gdy drugie były słonecznymi zielonymi ogrodami. W 1924 roku doktor założył „Sunlight League”, organizację, która miała promować „helioterapię”, czyli leczenie światłem słonecznym. Propagował je jako znakomity środek dezynfekujący, lekarstwo wzmacniające układ odpornościowy i poprawiający wydolność organizmu. Uważał, że każdy człowiek od kołyski powinien czerpać zdrowie ze słońca – nazywał to „heliohigieną”.

Doktor Saleeby był jednak wyjątkiem. Większość lekarzy nie dostrzegała związku Słońca ze zdrowiem. Wojskowy lekarz Charles E. Woodruff, autor książki o wymownym tytule „The Effects Of Tropical Light On White Men” (Wpływ tropikalnego światła na białych ludzi), przekonywał w 1905 roku, że namiar promieni słonecznych wywołuje „bóle głowy, bezsenność, masturbację, szaleństwo i samobójstwa”. I że przed ich fatalnymi skutkami najlepiej chroni… noszenie czerwonej bielizny.

doktor Słońce

 

Co dziwi dziś dużo bardziej, Woodruff za niegroźne uznał posłoneczne skazy na skórze, jak pieprzyki i znamiona. Wszyscy przecież wiemy, że nadmierne wystawianie się na promienie Słońca zwiększa ryzyko zachorowania na raka skóry. Amerykańscy kierowcy znacznie częściej mają przebarwienia i znamiona na skórze lewego ramienia, podczas gdy ci w Australii prawego – w Ameryce obowiązuje ruch prawostronny, w Australii lewostronny. Całkiem niedawno okazało się jednak, że dużo gorszy od promieni słonecznych jest ich brak. Profesor Jones przytacza najnowsze ustalenia naukowców, którzy badali występowanie nowotworów w różnych rejonach świata. Rak piersi na przykład bardzo rzadko występuje w krajach afrykańskich, takich jak Uganda, Mozambik czy w ogóle w tropikach. Natomiast najczęściej dotyka kobiet w miejscach oddalonych od równika, tak na północy – w Kanadzie czy Szwecji, jak i na południu – w Nowej Zelandii czy Argentynie. Im mniej Słońca, tym większe ryzyko zachorowania na ten nowotwór.

Podobnie jest z rakiem prostaty. Na mocno nasłonecznionych terenach występuje on dużo rzadziej. W tropikalnej Malezji dotyka na przykład tylko 10 mężczyzn na 100 tysięcy, podczas gdy w Islandii 80 na 100 tys. Położona na południu Włoch Kalabria ma rocznie o jedną trzecią mniej zgonów z powodu tego raka niż leżąca na północy Liguria. Naukowcy przyjrzeli się też związkowi Słońca z cukrzycą typu 1. W krajach położonych blisko równika ta choroba niemal nie występuje. Za to w Skandynawii, na północy Wielkiej Brytanii czy Kanady wskaźnik zachorowań jest niepokojąco wysoki.

„tak” dla słonecznej witaminy

 

Podobnie zaskakujące rezultaty przyniosły obserwacje stwardnienia rozsianego. I tu znów podobna prawidłowość. Im dalej na północ, tym częstsze zachorowania. W Kanadzie jest ich tak dużo, że SM nazywa się tu nawet „kanadyjską chorobą”. Z kolei w Wielkiej Brytanii leżąca na północy Szkocja ma o 50 proc. wyższy współczynnik występowania SM niż położona bardziej na południu An- glia. Bezpośredni wpływ nasłone- cznienia na zdrowie zbadano również w Szwecji. Kobiety powyżej 55. roku życia podzielono na trzy grupy. Te z pierwszej dużo korzystały ze Słońca, a na wakacje wyjeżdżały do krajów śródziemnomorskich. W drugiej znalazły się te, które ani nie szukały, ani nie unikały Słońca. Do ostatniej trafiły te z Dalekiej Północy, które spędzają większość dnia w biurach i domach. Wszystkie trzy grupy obserwowano 15 lat. Okazało się, że w grupie trzeciej wskaźnik śmiertelności drastycznie przewyższał dwie pozostałe. 

A kobiety, które nadal żyły, znacznie częściej chorowały na serce i nowotwory. Podsumowując badania, profesor Jones przekonuje: chcemy zachować zdrowie i długo żyć, potrzebujemy więcej Słońca. A jeśli żyjemy tam, gdzie jest go mało – musimy zażywać „słońce w tabletkach”. Czyli witaminę D!!!

„Nigdy nie byłem zwolennikiem łykania suplementów, a tym bardziej nie sądziłem, że będę do tego namawiał” – pisze Jones. „Teraz jednak robię to z pełnym przekonaniem. Zwłaszcza że trudno tę witaminę przedawkować w krajach położonych na północy”. Niedobór witaminy D dotyka ogromną część świata – ogłosiła Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), nazywając go „międzynarodową epidemią o zastraszających rozmiarach”. W Polsce dotyczy to aż 90 proc. ludzi. A wszystko przez ucieczkę przed Słońcem, szczególnie widoczną w krajach Północy. W Wielkiej Brytanii przepisy więzienne gwarantują każdemu osadzonemu spędzenie na zewnątrz godziny dziennie. Badania angielskich nastolatków pokazały, że zaledwie co szósty korzysta ze Słońca tak długo. Podobnie jest w innych krajach Zachodu.

 

tekst: Ewelina Dera

 

 

 

reklama
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020