Kajtostany - rodzina w podróży

Kiedy rodzi się dziecko, ludzie chuchają i dmuchają. A oni postanowili odlecieć jak bociany. A raczej odjechać – objuczonymi rowerami z przyczepką i dwójką dzieci: 3,5-letnim Kajtkiem i 6-miesięczną Rutą.

Kajtostany - rodzina w podróży

 

Chcieli pomóc Kajtkowi spełnić jego wielkie marzenie: postawić stopę na afrykańskim lądzie. Nieśmiało marzyli, żeby Rutka pierwszy śnieg w życiu zobaczyła na szczytach Atlasu. I żeby Kajtek nie narzekał na brak piaskownicy, w której w Polsce nie można się już bawić od jesieni do wiosny. Poza tym ciągle mówił o tym, jak bardzo chce polecieć samolotem. Czemu by nie zrealizować także i tego marzenia?

Przyjęło się też, że urodziny każdego z członków ich podróżniczej rodzinki świętuje się w drodze. Ale przede wszystkim chcieli nacieszyć się sobą. Dlatego Kajtostany (tak nazywa się blog, na którym opisują swoje wojaże), rodzina z krakowskiej Nowej Huty w składzie: mama Ola „Fasola” Pająk-Gałęza, tata Zbychu Gałęza, 3,5-letni Kajtek i 6-miesięczna Ruta, jak bociany – wraz z pierwszymi przymrozkami – postanowili odlecieć na południe. Tam, gdzie poniosą ich opony. W ciągu niemal 8 miesięcy na dwóch kółkach pokonali 7 tys. kilometrów po bezdrożach Maroka, Portugalii, Hiszpanii, Francji i Niemiec.

 

Nieco inny urlop macierzyński

 

– Zaczęło się… od dwóch kresek na teście ciążowym – wspomina mama Ola. Gdy już wiedzieliśmy, że nasza rodzina się powiększy, zaczęliśmy rozmawiać o rowerowej eskapadzie na poważnie. Bo to jest jedyna możliwość, żeby bez robienia rewolucji w życiu wyjechać na długo. Zbychu zawiesił działalność gospodarczą, ja pracuję jako korektorka, przysługiwał mi więc roczny urlop macierzyński, Kajtek nie musi jeszcze chodzić do szkoły. Przez ten czas mieliśmy może i niewielki, ale jednak stały dochód – zasiłek macierzyński. Czy można było sobie wymarzyć lepszy moment na ucieczkę od szaroburej polskiej zimy?

Ostatecznie decyzję o wyprawie podjęli po urodzeniu Rutki, gdy pozytywnie przeszła wszystkie badania. Była polska złota jesień, końcówka września, siedzieli w swoim nowohuckim mieszkaniu, w lekkim oszołomieniu patrząc na ekran komputera – bilety lotnicze do Malagi, skąd rowerami ruszą na południe, kupione! Czas pakować sakwy, w czym młode małżeństwo ma już spore doświadczenie. Zwłaszcza Zbyszek, który w 2010 roku uczestniczył w sztafecie śladami słynnego podróżnika Kazimierza Nowaka. Wraz z kolegami przejechał wtedy z Egiptu, przez Sudan, do Ugandy.

Ola też lubiła podróżować – za jeden uśmiech zjechała Europę i Kaukaz. Razem studiowali geografię, połączyła ich miłość do map i bycia w drodze. Kiedy na świecie pojawił się ich syn, nie wyobrażali sobie, że mogliby się zamknąć w czterech ścianach, chuchać i dmuchać na pierworodnego, a marzenia o wyjazdach odłożyć na spokojną starość. W pierwszą rowerową podróż Kajtek wybrał się z rodzicami, gdy miał 14 miesięcy. Siedział spokojnie w rowerowej przyczepce i obserwował, jak zmieniają się krajobrazy Wielkopolski i Pomorza.

reklama

Pieluchy, namiot i cała reszta

 

160 kilogramów – tyle łącznie ważą ich bagaże, gdy wyruszają w rowerową odyseję. Namiot, trzy śpiwory, karimata i samopompujące się maty, kuchenka, prysznic turystyczny – co z tego, że wakacje, myć się trzeba. Jak tylko w sakwach pojawia się mikroszczelina, natychmiast zostaje wypełniona zabawkami i książeczkami Kajtka. To, czego nie udało się w nich upchać, ląduje w przyczepce rowerowej, w której Rutka spędzi najbliższe miesiące.

No i jeszcze rowerek dla Kajtka. W końcu kiedyś musi się nauczyć jeździć na dwóch kółkach. Rodzice jadą na rowerach pożyczonych od Stowarzyszenia Afryka Nowaka, tych samych, na których kilka lat wcześniej Zbyszek odkrywał afrykańskie bezdroża. Na czas podróży wynajmują mieszkanie – liczy się każdy grosz uzupełniający wyprawowy budżet, a ten wynosi 25 euro na dzień. Jeszcze tylko zapas pieluch i już można ruszać. 

Tuż po wylądowaniu w Maladze pojawia się pierwszy kryzys. – Myślałam, że nie damy rady ruszyć z miejsca. Rower był nieznośnie ciężki, a moja kondycja, po ciąży i kilku miesiącach spędzonych z Rutką w domu, daleka od idealnej – wspomina Ola. Pierwsze kilometry: pedały roweru stawiają nieznośny opór, mięśnie się buntują, oni jednak nic sobie z tego nie robią. W końcu do przebycia mają kawałek świata: z Malagi do Gibraltaru, potem promem z hiszpańskiej miejscowości Algeciras do brytyjskiej Ceuty w Afryce Północnej, wreszcie trzy miesiące po drogach i bezdrożach pustynnego Maroka. 

 

Dzieci otwierają drzwi...

 

…i serca – podkreślają młodzi rodzice. Przed strudzonymi rowerzystami niejeden raz otwierały się drzwi domów, z których właścicielami podróżnicy poznali się kwadrans wcześniej. – Zapadł zmrok, a my dalej pedałujemy. Noc miała być chłodna. O tej porze roku w Maroku w nocy zdarzają się przymrozki. Po cichu marzyliśmy o cudzie: żeby na drodze pojawił się jakiś dobrotliwy pan i nas zaprosił do domu. I co? Gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, zagadnął nas pan z naszych marzeń! Ani się obejrzeliśmy, a siedzieliśmy na wygodnej kanapie w jego domu, popijając wściekle słodką herbatę – Ola i Zbyszek długo mogą opowiadać o gościnności Marokańczyków.

Podobnie jak o nietypowych noclegach. Ich budżet nie wytrzymałby wydatków na hotele – zatrzymali się w nich w ciągu 8 miesięcy zaledwie 5 razy. Korzystali z serwisów społecznościowych i udostępnianych w nich darmowych ofert noclegów: popularnego Couchsurfing.com i Warmshowers.org, które skupiają pasjonatów podróżowania na dwóch kółkach. Najczęściej jednak spali w namiocie, w miejscach odludnych, a przy tym tak urokliwych, że aż żal było rano ruszać dalej.

– Na jednym z postojów, w drodze do Rabatu, rozbiliśmy namiot na przystanku dla osłów. Przekonaliśmy się o tym rano, gdy zobaczyliśmy je, jak cierpliwie czekają na powrót właścicieli. W Maroku to popularny środek transportu. Ludzie przyjeżdżają na grzbiecie zwierzęcia, zostawiają je na parkingu i przesiadają się w autobus – opowiada Ola. 

Mama Ola i tata Zbych powtarzają: podróżowanie z dziećmi skraca dystans i nie tylko. – Gdy wędrowaliśmy sami, na przykład na Bliskim Wschodzie, często zdarzało się, że taksówkarz czy sprzedawca chciał nas naciągnąć. W końcu byliśmy turystami, a w ich mniemaniu każdy przybysz z Europy dysponuje grubym portfelem. Dopiero gdy podróżowaliśmy z dziećmi, w dodatku na rowerach, widziano w nas normalnych ludzi, a nie dojne krowy.

 

Jednośladem po Saharze

 

Wszędzie dobrze, ale na pustyni najlepiej. Olę i Zbyszka nic tak nie cieszy jak wąska droga, która wydaje się, że nie ma końca, pustkowia upstrzone rachityczną roślinnością. I piasek, dużo piasku. Mają go pod dostatkiem na Saharze w południowej części Maroka, gdzie spędzają miesiąc. To tutaj na drogach, na których rzadko przemyka samochód, Kajtek ćwiczył nowo nabytą umiejętność – jazdę na rowerze bez wspomagania się bocznymi kółkami.

Przekonali się, że pustynia może być nie tylko malownicza, lecz także zdradliwa. Pewnego razu wybrali się na wycieczkę z oazy Tarmguist do ciepłych źródeł, w okolicach miejscowości Fask, wraz z Luną i Ashką, świeżo poznanymi znajomymi. Spakowali do sakw parę drobiazgów – mieli do przejechania tylko kilka kilometrów – i zaopatrzeni w prowizoryczną mapę ruszyli na wycieczkę. Zbyszek stwierdził, że pojedzie przodem, znajdzie źródła i zawróci po nich. Obrał zły kierunek. Ola wraz z dziećmi dotarła do źródeł, ale Zbyszka tam nie było. Zastał ją za to zmrok. Szukanie drogi powrotnej w całkowitych ciemnościach, z coraz bardziej zmęczonymi Kajtkiem i Rutką – najbliższe godziny nie zapowiadały się najlepiej.

„Najgorszy w takiej sytuacji jest oczywiście strach, który coraz bardziej mnie obezwładniał. Ale brnęliśmy do przodu, ja ze łzami w oczach i Kajtek, który pytał, dlaczego płaczę. W zasadzie dlaczego? Bo byłam głodna, bo byłam sama z dzieciakami gdzieś pośrodku niczego, bo raz za razem przyczepa grzęzła tak, że trzeba było ją dźwigać i przenosić. W końcu zadzwonił telefon” – opisuje tamtą przygodę na blogu. To Zbyszkowi udało się zadzwonić od przypadkowo spotkanej osoby. Jest już późno w nocy, gdy cała czwórka w zacisznym domu, pod okiem zaniepokojonych ich długą nieobecnością gospodarzy, grzeje się marokańską herbatą. „To było pierwsze zetknięcie się z pustynią, zimnem w nocy, złudzeniami odległości, pustką, pięknem i mrokiem. Zapamiętam tę lekcję na długo” – podsumowuje Ola.

Na ten temat

Dwa maluchy w przyczepce i co z tego wynika

 

Zapytani, jak podróżuje się z dziećmi, odpowiadają bez zastanowienia: trudniej, gdy przychodzi czas na odpoczynek po całym dniu jazdy. Bo odpoczynek to słowo zarezerwowane dla podróżujących bez dzieci. Na rowerze nie spędzali na szczęście całej doby, ale 4 godziny. Czasem w ciągu dnia jechali 50 km, a czasem tylko 20.

– Nie robiliśmy niczego na siłę: widzieliśmy miejsce nad jeziorem, stworzone do piknikowania, zostawaliśmy tam na cały dzień. Chodziło o to, żeby być w drodze, a nie na siłę dążyć do celu. Poza tym Maroko jest bardziej europejskie, niż nam się wydaje. Co parę kilometrów mijaliśmy wioskę, w której zaopatrywaliśmy się w wodę i jedzenie – mówi Ola. Zejście z dwóch kółek na ziemię nie było łatwe.

Powrót do domu i codziennej rutyny: Zbyszek do pracy, Ruta do żłobka, Kajtek do przedszkola. Czasem miłe niespodzianki, jak wiadomość o nagrodzie za „Podróż roku” w konkursie Travelera organizowanym przez National Geographic Polska. A po kilkunastu miesiącach kolejne dobre wieści – rowerową drużynę Kajtostanów zasiliła nowa zawodniczka. Wanda w chwili pisania artykułu ma sześć miesięcy i już lubi oglądać świat z perspektywy przyczepki rowerowej.

Teskt: Ewa Pluta
Zdjęcia: archiwum prywatne

Galeria zdjęć

W lewo
W prawo
Źródło: Wróżka nr 4/2017
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020