Ogrody Szczęścia pod Krakowem

W anielskiej Lanckoronie Renata i Frans van de Logt stworzyli miejsce, w którym ich goście uczą się prostego, dobrego życia.

Poniżej ośrodka położonego ponad 500 metrów n.p.m. wiją się zabytkowe uliczki, a przy nich filigranowe, drewniane domki, kawiarenki i galeryjki pełne aniołów.

Bo Lanckorona słynie z tego, że oprócz malarzy lubią w niej bywać niebieskie istoty. Co roku odbywa się tu festiwal Anioł w Miasteczku. Powyżej jest już tylko szczyt Góry Lanckorońskiej z ruinami zamku z czasów Kazimierza Wielkiego i starym lasem. A w nim Aleja Zakochanych i Aleja Cichych Szeptów.

Gdy ponad dekadę temu Renata i Frans van de Logtowie zjawili się w Lanckoronie, szeptano, że w anielskim miasteczku pojawiła się sekta. Bo gruchnęła wieść, że wraz z nimi znalazła się w miasteczku także świątynia (aszram) ku czci Śiwy. Głosy ucichły, gdy miejscowa kuria uznała, że nowi mieszkańcy to jednak nie sekciarze, ale uczniowie hinduskiego mistrza nauczającego ponadreligijnych zasad dobrego życia.

Z czasem miejscowi zrozumieli też, że ten ogień, który Polka i Holender stale u siebie palą to nic zdrożnego. Bo wraz z nim unoszą się w powietrze najlepsze życzenia dla ludzkości. I że w starożytnej wedyjskiej ceremonii Havan, podczas której składa się w ogniu dary duchom, może wziąć udział każdy. Nawet ci, którym duchowy świat był dotąd obcy. Choćby wytatuowani i zbuntowani chłopcy z biednych, angielskich dzielnic, których do aszramu w Polsce wysyłała przez lata słynna brytyjska Fundacja Księcia Karola (Prince's Trust).

Stare drzewa i stare kamienie

Dlaczego jednak świątynia Śiwy pojawiła się akurat w Lanckoronie? Pewnie i dlatego, że Frans van de Logt, z zawodu księgowy, kiedyś ją sobie wyśnił. Zobaczył siebie wędrującego w stronę góry, na szczycie której były stare drzewa i kamienie. – Poczułem we śnie, że ta góra jest ważna, że to cel mojej podróży – tłumaczy Frans, dla przyjaciół Franek. Gdy potem zobaczył szczyt lanckoroński zrozumiał, że dotarł do celu.

reklama


Renata natomiast na zawsze zapamiętała słowa hinduskiego mistrza, którego wiele lat temu spotkała w Indiach. – Powiedział, że odnajdę swój ogród szczęścia, gdy dogonię swoje przeznaczenie, pracę, która będzie dobrze służyć ludziom – wspomina Renata.

Był rok 1987. Młodziutka wówczas studentka anglistyki z Łodzi wybrała się w pierwszą wielką podróż – do Indii. Jej wybór padł na Herakhan, miejscowość u stóp Himalajów. Wiedziała, że to tu znajduje się aszram Babajiego, mistrza duchowego i – jak wierzą jego wyznawcy – jednocześnie Mahavatara (inkarnacja Śiwy). O Babajim, który ma pojawiać się na świecie w różnych wcieleniach od prawie 2 tys. lat, Renata usłyszała po raz pierwszy podczas warsztatów rozwoju duchowego w Łodzi.

Dowiedziała się, że w 1970 roku, w jednej z grot u podnóża Himalajów odnaleziono dziwnego, pięknego młodzieńca. Siedział dokładnie w tym samym miejscu, w którym Mahavatar Babaji ukazywał się swoim uczniom kilkadziesiąt lat wcześniej. Młodzieńca uznano za wcielenie Babajiego. – W ciągu czternastu lat do momentu, gdy znów opuścił ludzkie ciało, Babaji przekazał swoim uczniom wiele świętych nauk. Podstawowa brzmi, że szczęście, rozumiane jako prawda, prostota i miłość można odnaleźć przez odpowiednie, głębokie medytacje. Ale także przez bezinteresowną, dedykowaną Bogu pracę. Nazywamy to karma-jogą – tłumaczy Renata.

Babaji mówił: (...) praca oczyszcza i jest najlepszą praktyką duchową (...). Jest tak dobra, że zapobiega chorobom i daje relaks umysłu (...). Praca jest drogą do doskonałości.

Pieniądze nie są celem

Nad aszramem w Herakhan czuwał Muni Raji, uczeń Babajiego. Jego imię oznaczało: król ciszy. Renata nigdy nie zapomni, jak po dotarciu do Herakhanu Muni Raji zaprosił ją na kolację. Czuła, jakby go znała od dawna. Została tam przez wiele tygodni, choć pieniądze skończyły jej się po kilku dniach. Dużo pracowała. Zajmowała się ogrodem, gotowała, pomagała przyjmować kolejnych pielgrzymów. Była szczęśliwa.

Musiała jednak wrócić do Polski. Skończyła studia. Miała rozpocząć karierę zawodową, a jednak ciągle ją gdzieś nosiło. Często odwiedzała aszramy Babajiego w Europie. Podczas jednej z takich podróży, w świątyni w Szwajcarii, spotkała Fransa. Podobnie jak Renata miał naturę wagabundy. Spędził wiele lat w Indonezji – pracował na Bali jako jubiler, kelner i nauczyciel jogi. Przez wiele miesięcy medytował w jednym z niemieckich klasztorów.

Zaprzyjaźnili się wtedy, ale ich drogi jeszcze na jakiś czas miały się rozejść. Renata stale wracała do Indii. Z czasem zaczęła sprowadzać indyjskie ciuchy. Handel ten niespecjalnie ją cieszył, ale przynosił duże dochody. – Pewnego razu jako świeżo upieczona „bizneswoman" pojawiłam się w domu Muni Rajiego, by pochwalić się, że stać mnie już na lepszy hotel. A on aż się wzdrygnął. Na spokojnej twarzy pojawił się grymas, jakbym nagle poczęstowała go trucizną – wspomina Renata. – W końcu pojęłam, że Muni Raji daje mi do zrozumienia, że pieniądze są tylko środkiem, a nie celem życia. Że prawdziwe życie w prostocie polega na braniu tylko tego, czego naprawdę potrzebujemy.

Ostatecznie porzuciła handel ciuchami. Przez jakiś czas pracowała na uczelni, prowadziła też aszram w Chilianaula w Indiach. Działał przy nim szpital, w którym leczono metodami medycyny ajurwedyjskiej.

Miejsce z dobrą energią

– Zdumiało mnie, jak ajurweda, niezwykła, starohinduska wiedza, doskonale potrafi zmieniać stan ciała i umysłu, bo traktuje je jako integralną całość – wspomina Renata. Wtedy też pierwszy raz zwróciła uwagę na dobroczynne działanie masażu ajurwedyjskiego. Dzięki odpowiednio dobranym recepturom ziołowym na bazie oleju sezamowego przywraca właściwy przepływ energii – prany – w ciele. Wzmacnia je, odpręża, a bywa że i uzdrawia. Podczas jednego ze swoich powrotów do Polski dowiedziała się, że do kraju nad Wisłą postanowił zawitać Frans. Spotkali się i tym razem naprawdę między nimi zaiskrzyło.

Franek zakochał się w Polsce. Gdy się pobrali, a na świecie pojawiła się ich córka, on – Holender z krwi i kości – postanowił, że dadzą jej na imię Jadwiga. Na cześć królowej Polski.

Najpierw zamieszkali na zabitej dechami lubelskiej wsi. Włączyli się w tworzenie ekowioski. Podobało im się życie zanurzone w naturę. Ale poczuli, że istnieją w wiosce tylko dla siebie. Marzyło im się stworzenie centrum rozwoju duchowego, do którego mogliby przybywać ludzie z całego świata. Przez przypadek dowiedzieli się, że w Lanckoronie pod Krakowem wystawiono na sprzedaż dawny zakładowy ośrodek wczasowy. Przybyli do anielskiego miasteczka, a potem...

Źródło: Wróżka nr 8/2014
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube