Miłość wykropkowana

Georges Seurat chciał zrobić damę z prostaczki, w której był zakochany. Udawało mu się to tylko w marzeniach. I na obrazie „Pudrująca się młoda kobieta". 

Georges Seurat musiał się bardzo wstydzić związku z Magdaleną Knobloch, młodą robotnicą, która przyjechała do Paryża ze wschodniej Lotaryngii. Nie wspomniał o niej nie tylko swojej mieszczańskiej rodzinie, lecz także najbliższym przyjaciołom, którzy często wplątywali się w awanturki z modelkami, kobietami lekkich obyczajów i prostymi dziewkami. Jedynym świadectwem jego przedziwnej namiętności pozostaje portret zatytułowany „Pudrująca się młoda kobieta". 

Magdalena miała w sobie wszystko, czego brakowało Georges'owi: radość życia, zmysłowość i obfite ciało. A jednocześnie wszystko to, co musiało go drażnić: była gadatliwa i bezpośrednia, wręcz prostacka, do tego niezbyt mądra. Nie mogła być więc partnerką w rozmowach na temat teorii kolorów, którą artysta zgłębiał przez swoje krótkie życie. Ale na pewno zaspokajała drzemiące w nim żądze.

Portret, który jej namalował, świetnie oddaje całe skomplikowanie ich relacji, w dodatku bardzo odbiega od reszty jego dzieł. Po pierwsze, Seurat nie namalował żadnego innego portretu z prawdziwego zdarzenia. Po drugie, nie stworzył dzieła, które byłoby tak frywolne, poetyckie i zmysłowe. Na tle jego statycznych, wycyzelowanych płócien portret tej pseudodamy o wylewającym się z gorsetu biuście budzić może zdziwienie. 

Seurat wychował się na przedmieściach Paryża w dość ponurej rodzinie. Jego ziejący chłodem, stale ubrany na czarno ojciec był komornikiem, który w wypadku stracił rękę i z budzącą grozę sprawnością posługiwał się protezą. W domu bywał rzadko, ściślej – tylko we wtorki. Wtedy wypełniał małżeńskie obowiązki, resztę tygodnia spędzał na działce za miastem. Obsesyjnie gromadził obrazki i ryciny religijne. W piwnicy założył kaplicę, gdzie odprawiał msze z pomocą ogrodnika ministranta.

reklama


Matka Georges'a też była milcząca i wycofana, zwłaszcza po śmierci jednego z synów. W ciemnym, przesyconym zapachem stęchlizny mieszkaniu rodzina „ograniczała się do wspólnego przeżywania własnej samotności". 

Seurat wyniósł z domu dyscyplinę i cichą namiętność do obrazów. Chciał malować je z naukową precyzją, rozkładać kolor na czynniki pierwsze, jakby wcielał w życie to, co wyczytał w książkach o optyce barw. Postanowił, że nie będzie mieszał farb na palecie, tylko nanosił czyste kolory małymi, identycznej wielkości kropkami. Z oddalenia plamki będą się mieszać i dawać oczekiwany efekt. Szarość? Osiągał ją, stawiając obok siebie punkciki czerwone i zielone.

Czuł się wynalazcą nowej, udoskonalonej metody malowania. Zapoczątkowali ją impresjoniści, rzucając na płótna swoje wrażenia z obserwacji świata. Ale krytycy w większości nie byli mu przychylni. Pisali, że maluje za pomocą durszlaka, że płótna obryzguje „ziarnami soczewicy, którą sam wyhodował", że jego postaci to „źle skonstruowane manekiny", „orszaki faraonów" i że ma on pewnie w głowie jakieś fantazje egipskie.

Jakby tego było mało, pojawiały się ataki na tak pielęgnowaną przez Seurata kolorystykę. Obraz „Le Chahut" obrzucano wręcz obelgami: „Jego tancerki przypominają siny, ropiejący zastrzał za paznokciem". Ciało mają „wzdęte i zielonkawe niczym śluz pokrywający zwymiotowanego ślimaka".

Każdą swoją wystawę Seurat okupuje stresem. Walczący nieustannie o ojcostwo swojej malarskiej metody i o uznanie świata, ukrywający przed nim całego siebie, maluje w latach 1889-1890 portret kochanki Magdaleny. Czy to życie intymne sprawia, że ludzka postać na płótnie nabiera rumieńców (także dosłownie)? Że dostajemy prawie rokokową scenkę z buduaru? Niemal komiczną, gdyby nie spuszczone, zamyślone oczy głównej bohaterki.

Niektórzy badacze nie dowierzają, że to portret na poważnie, i doszukują się mizoginicznych wątków. Uważają, że Seurat zakpił z rumianej dziewuchy, która wcisnęła się w elegancką suknię, niezdarnie upięła kiczowaty kok i usiłuje się pudrować niewprawną ręką. 

Wszystko jest jednak bardziej skomplikowane. W miejscu, gdzie widzimy małe okienko z widokiem na doniczkę z kwiatami, było kiedyś lustro, w którym odbijała się twarz malarza. Miniautoportret dodany do portretu kochanki. Nie ma po nim śladu, bo Seurat posłuchał rady jednego z kolegów malarzy i siebie zamalował. Tamten sugerował, że głowa autora wygląda w tym miejscu idiotycznie i krytycy nie zostawią na nim suchej nitki... Nie wiedział, że Seurata może coś łączyć z modelką. 

Musiało ich łączyć coś więcej niż seks, skoro na płótnie malarz umieścił swoją podobiznę. Przecież nie dla głupiego żartu. Obraz stworzył na poważną imprezę artystyczną. Niedługo potem okazało się, że Magdalena jest w ciąży. Na świat przyszedł ich syn. Malarz uznał go w urzędzie, ale wszystko nadal utrzymywał w tajemnicy.

Rok później, w wieku zaledwie 31 lat, Seurat umarł na dyfteryt. A po dwóch tygodniach, na to samo – jego synek. I dopiero przy okazji podziału jego artystycznej spuścizny sprawa związku z Magdaleną wyszła na jaw. Rodzina podzieliła się z nią połową obrazów i rysunków, bo biedaczka nie miała środków do życia. 

Beata Majchrowska 
fot. wikipedia 

Źródło: Wróżka nr 4/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020