Sprzątanie? Może zaczekać!

Słuchać rad cleanfluencerek i mieć czysty, uporządkowany dom? A może lepiej zdać się na żywioł - jakoś to będzie, a odrobina bałaganu nie szkodzi?

 

W dobie cleanfluencerek, pań domu z cudownie posprzątanymi mieszkaniami, pokazywanymi na Instagramie i Facebooku, u nas rekordy popularności bije… „ChPD” – koncepcja wymyślona przez Magdalenę Kostyszyn, która właśnie wydała swoją książkę. Jej profil internetowy od lat zrzesza tysiące Polek, sprytnych, błyskotliwych, dowcipnych, realizujących swoje pasje i mających „bekę” ze swoich potknięć. Jedna z nich (jedna z nas!) pewnego dnia założyła porozcinane dżinsy i dopiero w drodze do pracy zorientowała się, że przez seksowne wycięcie w okolicach kolana wystają jej… zwinięte w rulon majtki z poprzedniego dnia. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie wypchnął rano z nogawki spodni brudnego kłębuszka wczorajszej skarpetki. CHPD dzielą się na blogu i w mediach społecznościowych patentami na okiełznanie domowych powinności i narastającego w tempie geometrycznym bałaganu.

Z cyklu programów „Perfekcyjna Pani Domu” najlepiej pamiętam odcinek o tym, jak ukryć porozwalane resztki jedzenia i naczynia w kuchni, kiedy właśnie słyszysz dzwonek do drzwi. Piękna prowadząca pokazywała z wdziękiem, jak upycha graty do piekarnika albo do kuchenki mikrofalowej. Ja wolę po prostu przeprosić niespodziewanych gości za bałagan albo trzymać ich z dala od kuchni i jadalni.

doskonała domowa żona

 

Pani domu powinna być twórcza i zaradna, a nie układać przyprawy w lśniących, identycznych słoiczkach z zakrętkami w pastelowych barwach. A taki właśnie cukierkowy świat, gdzie wszystko jest pod kontrolą – prezentują na Instagramie liczne „domowe żony”, głównie mamusie, którym partner zapewnia komfort finansowy i możliwość samorealizacji w czterech, a właściwie czterdziestu ścianach pięknych rezydencji. Fajne babki zatrudniają wtedy dziewczynę (faceta) do pomocy w porządkach, a sobie i swoim dzieciakom znajdują fantastyczne pasje. Niektóre jednak fiksują na punkcie porządku. I nic nikomu do tego, gdyby owe pedantki nie stawiały siebie za wzór, prezentując fantastycznie zorganizowane kuchnie, garderoby i toaletki na Instagramie. Gdybym na własne oczy nie widziała, w życiu nie uwierzyłabym, że… znajdują tysiące naśladowczyń (followerek), które podążają za nimi w tym szaleństwie. Mamy zatem insta-cleanfluencerki (gra brzmień angielskich słów „czystość” i „wywieranie wpływu”). Guru perfekcyjnych pań jest Japonka Marie Kondo, która ma serial o sprzątaniu na Netflixie. Blisko 60 tys. osób inspiruje się też Iryną Federico. Ona uważa, nie bez słuszności, że bałagan nas denerwuje i przytłacza. Jej wskazówki są proste: „Zacznij od małego zadania i organizuj przestrzeń sekcjami. I przede wszystkim – pooddawaj albo powyrzucaj niepotrzebne rzeczy!” Na jej zdjęciach dumnie prężą się wszelkiej maści pojemniczki z Bóg wie czym, właściwie z wszystkim do gotowania, buteleczki, miseczki. Autorka bloga przekonuje, że tak mogą się zorganizować przeciętne kobiety. Zapewnia nas, że pracuje w pełnym wymiarze godzin i na sprzątanie poświęca godzinę co weekend. – Jaaasne! – odzywa się we mnie zawistny mały człowieczek. Jakoś mi trudno wyobrazić sobie taką organizację domu, który jest UŻYWANY. Kiedy ja wychodzę do swoich zajęć lub kiedy moje przyjaciółki wychodzą do pracy, nasze domy nie są NIECZYNNE. Buszują po nich dzieci, pies i koty. Po powrocie rodziny jedzą, kąpią się, bawią, czytają. Używamy naczyń, zabawek, książek, kartek, ubrań i urządzeń. Każdego dnia samo odłożenie tego wszystkiego na miejsca i wyczyszczenie zajęłoby kilka godzin. Jeszcze raz zerkam na Instagram… Gdzie ja jestem? Muszę wrócić, uciekać z tego domu wariatek! – myślę. I, jak zawsze, kiedy mam jakiś kłopot, odpływam w tamte wspomnienia z dzieciństwa…

dla kogo jest mieszkanie?!

 

Tej cennej maksymy nauczył mnie ojciec, kiedy spytałam go (wówczas mała dziewczynka), dlaczego ma taki bałagan w pokoju. Nie sprzątał, czuł się dobrze w swojej „organizacji” przestrzeni. Zakradałam się tam, kiedy go nie było. Rozkoszowałam się wolnością od reguł, z jaką kojarzył mi się tata. – Każdy ma być szczęśliwy w swoim domu – stwierdzam i robi mi się trochę głupio, że czepiam się cleanfluencerek. Jeśli dla nich szczęściem jest siedzenie w pudełeczku, nikt nie ma prawa wyśmiewać się, że polerują swoje srebrne krany. Swoją drogą – czy też robicie to zużytymi wacikami do demakijażu, zanim wyrzucicie je do kosza? CHPD przecierają nim jeszcze pół łazienki. Zupełnie jak ja. A jeśli ktoś barykaduje się pod stertami ciuchów i tylko wtedy czuje się bezpiecznie „na bazie”, to jego sprawa. Zastanawialiście się kiedyś, jak by wyglądało wasze krzesło w sypialni, gdyby było człowiekiem? No nie, nie mówicie, że nie macie takiego krzesła. Na pewno miałyście jako nastolatki. Teraz ma takie moja córka. Praktyka pokazała, że dużo lepiej niż uczennica odrabiająca lekcje prezentują się na nim… jej ciuchy z tygodnia. I właśnie ona zaproponowała mi: wyobraźmy sobie, że takie krzesło nagle ożywa. Nie byłoby najlepiej ubraną osobą? W długiej spódnicy i dżinsach, swetrze, narzuconej na to podkoszulce, kolejnej bluzie i owinięte rajstopami jak szalem. – Nudzi mi się – mawia często mój syn. – To posprzątaj – proponuję. – Powiedziałem, że mi się nudzi, a nie, że zwariowałem – odpowiada. Kiedyś będzie czyimś mężem, więc staram się walczyć w imieniu jego przyszłych towarzyszek życia.

Nie przeszkadza mi to jednak śmiać się do łez z internetowych memów o facetach flejtuchach. Przykład: „Mężczyzny nie można angażować w sprzątanie. Czasy są dość niepewne, co jeśli wybuchnie wojna, a on będzie zmęczony?”. Albo: „Możesz spróbować poprosić męża, żeby wytarł kurze. Zakład, że spyta: A co, ktoś przychodzi?”. Jako dziecko wpadałam na pomysł sprzątania swojego pokoju głównie tuż przed wywiadówką. Zwłaszcza, że wcześniej okrasiłam np. uwagę w dzienniczku własnoręcznie podrobionym podpisem rodzica. Śmieję się ze wspomnień i wybaczam swoim prosiętom stan ich chlewików. Sama nie jestem najlepszym przykładem i wcale się tego nie wstydzę. Dobre matki mają brudne piekarniki, kurz na górnej krawędzi drzwi, niezdjęte pranie i... szczęśliwe dzieci. Dziś zmieniałam rolety w pokoju córki. Potrzebny mi był śrubokręt, więc pomknęłam do salonu, żeby wyjąć go zza kanapy. Pamiętałam, gdzie jest, bo dwa tygodnie wcześniej dokręcałam śrubę w ścianie i na sam koniec mi zleciał. Teraz leżał na wybranym przez siebie miejscu. Absurdem byłoby przenoszenie go do szuflady z narzędziami w kuchni. Choć „panie perfekcyjne” mogłyby mieć na ten temat nieco inne zdanie.

No dobrze, ale cleanfluencerki to jednak nie tylko puste lale, które całe dnie strzepują niewidzialne pyłki z półek za pomocą kolorowej szczoteczki z kolorowych piór przyczepionych do teleskopowego uchwytu. Za takimi nie poszłyby tysiące naśladowczyń. W czym więc tkwi tajemnica ich sukcesu? Wbrew pozorom, ich profile śledzi wielu leni i bałaganiarzy. Bo nawet oni czasem mają już dość i szukają motywacji. Myślimy: „Skoro ona może tak sobie poukładać w kuchni, to naprawdę nic mi się nie stanie, kiedy odgruzuję tę komodę za drzwiami, gdzie odkładam na hałdę ubrania, jakieś kartki, przybornik do szycia, płyty, kolczyki i jeszcze znajduję miejsce na – uwaga, jestem zwycięzcą – kubek po kawie.

co radzą cleanfluencerki

 

Po pierwsze – sprzątanie należy zacząć od małej przestrzeni, inaczej przytłoczy cię ogrom zadań, jakie masz do wykonania. „O, to łatwe!” – myślę sobie, i skanuję swoje miejsce na ziemi. W myślach dzielę pomieszczenie na pola, jak w grze w statki i zaczynam od kwadratu 10-J. Natychmiast znajduję tam coś sprzed pół roku albo sprzed kilku lat i zaczynam wpatrywać się w to z sentymentem. Zamiast rady cleanfluencerki zadziałało proste prawo z zakresu nauk o życiu – porządki: 1 proc. sprzątanie, 30 proc. narzekanie, 69 proc. zabawa znalezionymi rzeczami. Następnego dnia próbuję tej samej metody ze stołem, przy którym pracuję. Niestety, szybko przypominają mi się słowa Alberta Einsteina: „Jeśli bałagan na biurku świadczy o bałaganie w umyśle, to czego oznaką jest puste biurko?”. Układam zatem hałdy książek, gazet, kartek, notesów na w miarę równe kupki. Przecież nie mogę na nikim, głównie na sobie samej, robić złego wrażenia. Ale jeśli ktoś zwróciłby mi kąśliwą uwagę, zawsze mogę odpowiedzieć: „Lepiej mieć burdel w pokoju niż pokój w burdelu”.

Rada, żeby sprzątać metodą małych kroczków jest super! Nasz mózg jest tak zaprogramowany, żeby karmić się małymi sukcesami. Gdy uda nam się coś zrobić, czujemy – mogę więcej. W wysprzątanych pokojach niewątpliwie lepiej się śpi, jaśniej myśli, produktywniej pracuje, łatwiej koncentruje uwagę. Tylko że chodzi o to, żeby mieć ów czas – na myślenie, pasje i pracę. Naprawdę, jest mnóstwo fajniejszych rzeczy do zrobienia w życiu niż stanie nad garami i doprowadzanie własnego mieszkania do idealnego stanu.

sprzątanie nie zastąpi…

 

– Muszę cię wyciągnąć na jogę – rzucam sąsiadce z parteru, którą mijam na schodach. Przytyła ostatnio tak, że zamiast iść, buja się z lewej nogi na prawą, tocząc się przez podwórko. – No tak, widzę z okna, jak latasz do tego klubu. Ale ja nie mam tyle czasu. Ty siedzisz w domu, to możesz sobie pozwolić – odparowuje. Wciągam głęboko powietrze i nie pozwalam moim nozdrzom na wypuszczenie kłębów dymu, który niczym bykowi przed rodeo gromadzi się w zatokach. Udaje mi się uśmiechnąć uroczo i nic nie odpowiedzieć. Mam wolny zawód i pracuję w domu. Owszem, dużo pracuję w pozycji siedzącej, a czasem, o zgrozo, półleżąc. Ale mam też czas na długie wybiegania z psem oraz „latanie” do klubu sportowego na zajęcia korygujące solidną wadę kręgosłupa. Dwa razy byłam u sąsiadki coś pożyczyć. Lubię ją, to fajna babka. W domu ma wszystko pod linijkę. W zależności od pory roku, jej okna zdobią dekoracje – sama wykonuje je metodą decoupage’u. Widzę ją, jak stoi w kuchni – wyciera, przeciera, ustawia. I myślę, że wystarczyłoby, gdyby wygospodarowała godzinę dziennie na ruch, a zrzuciłaby ten kilkunastokilogramowy balast nadwagi w ciągu roku. Cóż, ona wybiera dekorowanie okna. Przedkłada to nawet nie nad wygląd, w końcu nie chodzi mi o próżność, ale nad zdrowie!!! Te z was, które sądzą, że sprzątanie to fajna aktywność fizyczna, muszę rozczarować. Nie. Aktywność fizyczna nie powinna być efektem ubocznym, ale naszym celem i należy jej poświęcić uwagę.

Moja pani sprzątająca po pracy, trzy razy w tygodniu, chodzi na siłownię i zajęcia fitness. „A, jasne, ma sprzątaczkę!” – powiecie. Tak. Pozwalam sobie na „luksus” jej wizyty choć raz w miesiącu i zawsze, kiedy ona ogarnia chaos, więcej pracuję, żeby móc jej zapłacić. A bywa, że sytuacja rozwija się jak w krążącej w sieci anegdotce. „Przyszła babeczka od sprzątania. Stwierdziłam, że głupio tak siedzieć, więc zaczęłam sprzątać razem z nią. Po godzinie ona gadała o swoim życiu, a ja sprzątałam”. Moim dzieciom nieobcy jest też scenariusz znany z jednego z odcinków „Rodzinki.pl”. Zdarza mi się wpaść do ich „stajni Augiasza” i wydrzeć się: „Ogarnij tu, jutro przychodzi pani sprzątająca!” Jeśli zarosłaś bałaganem, wykorzystaj swój zapał i zrób od początku do końca tę jedną rzecz, która zaważyła o twojej decyzji. Na przykład, postanowiłaś sprawdzić, co kryje się za tą szarą powierzchnią nad parapetem? Odkryłaś, że okno? Skoro już je znalazłaś – umyj, wytrzyj, zmień firanki i… wyjdź na spacer, by nacieszyć się dostrzeżonym właśnie słońcem.

Mity o porządku i bałaganie

Traktujemy bałaganiarstwo z pobłażaniem, ponieważ kojarzy nam się z osobami spontanicznymi, kreatywnymi, cieszącymi się z życia, dbającymi o swój rozwój. Nie bez powodu mówi się, że artyści i studenci mają największy bałagan. Nie licząc tych kawalerów, którzy odważyli się wylecieć z gniazd i nie są obsługiwani przez matki. Często bałaganiarstwo świadczy o problemach z doprowadzeniem do końca tego, co rozpoczęliśmy. Jest przejawem niekonsekwencji, a w swojej skrajności – objawem ciężkiej choroby, jaką jest na przykład patologiczne zbieractwo, czyli syllogomania. Uporządkowanie i działanie według planu kojarzy nam się z pedantyzmem. I ma, niestety, negatywny wydźwięk. Tymczasem osoby, które porządkują otoczenie, kierują się w życiu logiką. Są systematyczne i dzięki temu radzą sobie z trudnymi wyzwaniami. Czy brakuje im polotu? Nie zawsze. One po prostu wolą rozwijać skrzydła, kiedy są pewne, że mają ku temu przestrzeń. Liczą na siebie, a nie na łut szczęścia.

czy pedant i bałaganiara mogą być szczęśliwi?

 

Młode małżeństwo na palcach oddala się od dziecięcego łóżeczka. Wyjący tobołek wreszcie zasnął. „To co, kochanie, książka i film czy dziki seks?” – pyta ona. „Ja prasuję, a ty zmywasz” – zarządza on. W przypadku tak różnych osobowości szczęście jest możliwe tylko wtedy, kiedy pedant jednocześnie lubi sprzątać wspólną przestrzeń, a nie staje się żandarmem, który zaczyna „wychowywać” bałaganiarę (układ płci do wyboru, tu celowo nieintuicyjny). Warunek jest jeden – obowiązki będą dzielone. Nawet najbardziej zatwardziała bałaganiara ma coś, co lubi robić w domu. Na przykład – wieszać pachnące pranie na suszarce. Albo odkurzać. Warto ustalić zasady, a raczej granicę, za którą artystyczny nieład zamienia się w pospolite plugastwo. Na przykład, co może leżeć na wierzchu. Ubrania – tak. Resztki jedzenia – nie. Na krześle – tak. W kącie na podłodze łazienki, gdzie chętnie wejdą w to wielkie czarne pająki kątniki – nie. Nieład nie oznacza wysypiska, a bałagan to nie brud. Dlatego choćbym miała dywany haftowane sierścią psa, zabawki na stole, stertę ubrań do prasowania, to moje wiadro na śmieci jest wyszorowane i lśni czystością pod foliową torbą z „biedry”.

 

Karolina Duszczyk

reklama
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019