Skąd się biorą przypadki?

Znaleźć się we właściwym miejscu o właściwej porze. Czy to przypadek, działanie kosmicznej siły, czy... tylko czysta matematyka?

 

Michael Patterson, funkcjonariusz policji stanowej, zatrzymał kiedyś samochód. Kierowcą, który popełnił drobne wykroczenie, był Matthew Bailly, emerytowany funkcjonariusz policji. Podczas rozmowy wyszło, że przed laty pracował w tym samym rejonie. Patterson wspomniał, że mieszkał niedaleko, przy ulicy Poe Place. Bailly bardzo się wtedy ożywił. 27 lat temu, na jednym z patroli musiał się nagle zamienić w położną i przyjąć poród. 27-letni Patterson szybko skojarzył: jego matka wiele razy opowiadała, że zaczęła rodzić przedwcześnie. Jego ojciec w panice wybiegł z domu, by wezwać pomoc. Najszybciej przyjechał wóz policyjny. „To ja byłem tym dzieckiem” – powiedział Patterson. „Wielkie dzięki za przyjęcie mnie na świat”. To piękna historia, ale czy stoi za nią tylko przypadek, zwykły zbieg okoliczności. A może zadziałała tu jakaś tajemna, kosmiczna siła, która chciała, by ci dwaj mężczyźni znów się spotkali?

marchewka z urodzinowym pierścionkiem

 

W przypadek nie wierzy Lisa, która dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności pojednała się po latach z ojcem. Michael Dick dawno temu zostawił rodzinę, ale pewnego dnia zapragnął odnaleźć swoją 31-letnią obecnie córkę Lisę. Udało mu się zdobyć jej adres i całymi dniami przemierzał sąsiednie ulice, licząc, że ją spotka. W końcu dowiedział się od sąsiadów, że już się wyprowadziła. W ogólnokrajowym dzienniku zamieścił więc swoje zdjęcie i zaapelował do córki, by się z nim skontaktowała. Artykuł zauważyła przyjaciółka Lisy i przyniosła jej gazetę. Lisę bardziej od apelu ojca poruszyło co innego: na zdjęciu, tuż za ojcem, zobaczyła… siebie. Michael sfotografowany został na ulicy, a za jego plecami widać było przypadkowych przechodniów. Wśród nich była Lisa, która przechodziła tamtędy ze swoim dzieckiem w wózeczku.

Wstrząśnięta tym zbiegiem okoliczności uznała, że powinna przebaczyć ojcu. To musiał być znak przesłany jej „z góry”. „Mieszkam w innym mieście” – mówiła potem poruszona. „Tamtego dnia przyjechałam tylko na parę godzin, by odwiedzić matkę. Szłam ulicą dokładnie w chwili, gdy mój ojciec robił sobie zdjęcie”. Podobnych, pozornie przypadkowych zbiegów okoliczności doświadcza mnóstwo ludzi. Oto niezwykła historia odnalezienia pierścionka… Kupił go Dave Keitch dla swojej żony Lin w prezencie na urodziny. Po jakimś czasie pierścionek przepadł bez śladu. Na całe 12 lat. Rok temu Dave wykopał w przydomowym ogrodzie kilka marchewek, których Lin potrzebowała do obiadu. Gdy zaczęła oskrobywać je z ziemi, zobaczyła na jednej z nich – jak na palcu – swój pierścionek.

„Musiał kiedyś zsunąć mi się, gdy pracowałam w ogrodzie albo wypadł z kieszeni fartucha. Ale jaka była szansa, że po tym, jak przeleżał w ziemi 12 lat, wrośnie w niego marchewka… W dodatku tak idealnie równo? Takie rzeczy się nie zdarzają” – mówiła oszołomiona Lin. Wymienione przypadki to tylko kilka spośród dwustu zdumiewających zdarzeń opisanych w książce „Beyond Coincidence” Martina Plimmera i Briana Kinga. Autorzy, którzy zebrali podobne relacje od ludzi z całego świata, próbują odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niemożliwe na pozór sytuacje jednak się zdarzają. I jaka jest natura tych zdarzeń? Tajemnicza i sekretna, czy raczej matematyczna i statystyczna?

kto za tym stoi?

 

Naukowcy od lat prowadzą badania nad okolicznościami tego rodzaju koincydencji, jak nazywa się zbieżność kilku zdarzeń zachodzących, jak się wydaje, przypadkowo i bez dostrzegalnej przyczyny. Próbują dociec, czy stoi za nimi jakaś reguła, nieznane nam prawo natury. Już IV w. p.n.e. grecki filozof Arystoteles szukał ukrytych przyczyn zbiegów okoliczności. Widział je raczej jako skutek celowych działań natury niż po prostu efekt przypadkowych zdarzeń. Pogląd ten podzielało w średniowieczu wielu myślicieli. Koincydencje ich zdaniem nie powstają samorzutnie, lecz zmierzają do jakiegoś celu. Są częścią większego planu. Co, czy kto, miałby to robić, umykało jednak ich umysłom. Nie udaje się to i dziś matematykom, uzbrojonym w rzędy liczb i skomplikowanych wzorów i potężne maszyny liczące. Do badania koincydencji współczesna nauka stosuje rachunek prawdopodobieństwa, który zajmuje się zdarzeniami losowymi.

W potocznym rozumieniu prawdopodobieństwo to szansa na wystąpienie jakiegoś zdarzenia. W ujęciu naukowym to liczby i wzory. Niezwykle skomplikowane obliczenia, za pomocą których modeluje się doświadczenia losowe, a potem przypisuje liczby wskazujące szanse ich zaistnienia. W ten sposób określa się częstotliwość czy pewność wystąpienia danego zdarzenia. Ale choć da się to policzyć, wciąż nie wiadomo, co i dlaczego powoduje nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Ale czy rzeczywiście takie one są? Niektórzy badacze twierdzą, że nawet najniezwyklejsze zbiegi okoliczności są nie tylko możliwe, ale wręcz nieuchronne. I nie ma w tym niczego niezwykłego. Przydarzają się dokładnie według tej samej reguły, której podlegają wszystkie, nawet te, znacznie bardziej prawdopodobne. Tyle tylko, że te ostatnie nie przyciągają naszej uwagi. To jak z przesądami. Jeśli czarny kot przebiegł nam drogę, a mimo to nie spotkał nas pech, zapominamy o kocie. Jeśli jednak zdarzy coś niedobrego, obwiniamy kota.

Podobnie jest ze zbiegami okoliczności: jeśli dojdzie do czegoś mniej zwyczajnego, łatwiej to zauważamy i przykładamy do tego większą wagę. Ale jeśli chodzi o prawdopodobieństwo zaistnienia, rzeczy „zwyczajne” i „niezwyczajne” mają dokładnie takie same szanse zaistnienia. Tak wynika z prawa wielkich liczb – serii twierdzeń matematycznych, których używa się w rachunku prawdopodobieństwa i w statystyce. Wynika z niego że nieprawdopodobne zdarzenia w rzeczywistości wcale nie są mało prawdopodobne. Tyle, że w ludzkiej naturze jest coś, co nie pozwala nam pogodzić się z losowością. I chcemy wyjaśnień, dlaczego tak się stało. Bo mamy skłonność do dopatrywania się w świecie reguł, wzorców czy schematów.

Tak przynajmniej uważa sir David Spiegelhalter, naukowiec z Cambridge University zajmujący się statystyką. Podczas badań nad koincydencją zebrał blisko 5 tys. relacji osób, które przeżyły niezwykły – ich zdaniem – zbieg okoliczności. Spiegelhalter sceptycznie podchodzi do mistycznych czy magicznych wyjaśnień, jakie ludzie próbują wynajdować podczas takich sytuacji. Uważa, że rzeczy „nieprawdopodobne” wcale takie nie są i zdarzają się częściej, niż sądzimy. Niezwykłe mogą się wydawać komuś, komu się przydarzyły, ale gdy spojrzeć na nie statystycznie, stają się czymś zwyczajnym. Choć może jednak istnieją wyjątki… Są historie, które nawet Spiegelhalter jest skłonny uznać za niezwykłe. Jak ta, która przydarzyła się jemu. Zaproszony do radia BBC, by opowiedzieć o swych badaniach nad koincydencją, przytoczył historię pewnego angielskiego turysty spędzającego wakacje we Włoszech. Któregoś dnia turysta wszedł do winiarni i natknął się na grupkę mężczyzn, którzy coś świętowali. Okazało się, że wszyscy obchodzili swoje urodziny 27 stycznia 1953 r. Kiedy turysta to usłyszał, oniemiał; była to również jego data urodzenia. Gdy Spiegelhalter opowiedział o tym w studio, producentka audycji wykrzyknęła, że ona również urodziła się dokładnie tego dnia, podobnie jak inżynier dźwięku realizujący program. Teraz naukowiec musiał już przyznać, że pewne zbiegi okoliczności są jednak bardziej niezwykłe niż inne.

jak to wytłumaczyć

 

Czy za pozornymi zbiegami okoliczności stoi jakaś celowość, reguła przyrody lub zasada kosmiczna, której nie znamy? Czy też raczej, że przypadki są po prostu przypadkami? Może łatwiej będzie nam zdecydować, gdy poznamy garść innych zbiegów okoliczności udokumentowanych przez Davida Spiegelhaltera? A także Davida Handa, brytyjskiego profesora statystyki z Imperial College w Londynie, który o zdumiewających koincydencjach napisał książkę „Zasada nieprawdopodobieństwa”. On również, podobnie jak Spiegelhalter, uważa, że „we wszechświecie rzadkie przypadki są nie do uniknięcia, wyjątkowo nieprawdopodobne zdarzenia muszą nastąpić, podobnie jak te o prawdopodobieństwie dowolnie małym”.

Wbrew statystykom, nasza intuicja wciąż mówi nam, że pewne rzeczy nie miały prawa się wydarzyć. Zwłaszcza jeśli występują seriami, jak w rodzinie małej Emily Beard. Dziewczynka urodziła się 12. dnia 12. miesiąca roku, 12 minut po godzinie 12. Jej ojciec David urodził się 4. dnia 4. miesiąca roku, 40 minut po godzinie 4. Jej matka Helen przyszła na świat 10. dnia 10. miesiąca roku, jej brat Harry – 6. dnia 6. miesiąca roku, a babcia Sylwia – 11. dnia 11. miesiąca roku. Seryjne przypadki mogą dotyczyć różnych rzeczy. Na świecie jest wielu ludzi, którzy po kilka razy trafili na loterii główną wygraną, a także takich, którzy kilka razy ulegali temu samemu rodzajowi wypadku. Najsłynniejszym rekordzistą, o którym pisaliśmy we „Wróżce”, jest tu Roy Sullivan, amerykański strażnik parku narodowego Shenandoah w stanie Wirginia. W trakcie 36-letniej pracy został siedmiokrotnie trafiony przez piorun, co uważane jest za rekord liczby porażeń przeżytych przez jednego człowieka i zostało odnotowane w Księdze rekordów Guinnessa. Pierwszy raz w 1942 r., ostatni w 1977 r. Dlaczego Sullivan przyciągał błyskawice? Nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie.

Hilda Golding, namiętna brydżystka, jedną rozgrywkę zapamięta na całe życie. Gdy podniosła karty z rozdania, trzymała w ręku 13 trefli, wszystkie, jakie są w talii. – Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, choć gram w brydża od ponad 40 lat – przyznała. W tym samym rozdaniu inny gracz również dostał wszystkie karty w tym samym kolorze, tym razem karo. Gdy pozostali odkryli swoje, okazało się, że los podzielił wszystkim po równo: trzeci gracz miał same kiery, a czwarty – same piki. Wszyscy twierdzili, że przed rozdaniem karty zostały solidnie potasowane.

superbliźniacy

 

W Stanach Zjednoczonych znana jest historia dwóch braci bliźniaków, którzy zostali rozdzieleni zaraz po urodzeniu w 1940 r. i oddani do różnych rodzin adopcyjnych. Obie, nic o sobie nie wiedząc, nazwały chłopców imieniem James. W 1979 r. obaj Jamesowie się spotkali. Okazało się, że są identyczni. Mieli ten sam wzrost i ważyli tyle samo. Ale najbardziej zdumiewające, że każdy z nich miał psa o imieniu Toy i spędzał wakacje na tej samej plaży na Florydzie. Obaj poślubili kobiety o imieniu Linda i mieli synów o tych samych imionach. Obaj się rozwiedli, a ich kolejne żony miały na imię Betty. Obaj pełnili funkcję szeryfa i obaj pracowali na pół etatu. Obaj lubili majsterkować, palili papierosy tej samej marki i pili to samo piwo. I obaj zostawiali swym żonom miłosne liściki w różnych miejscach domu. Ich przypadek był badany przez naukowców i genetyków, ponieważ byli bliźniakami, co mogło mieć wpływ na zbieżności w ich życiu.

Podobne koincydencje trafiają się obcym sobie ludziom. Przekonali się o tym Albert Rivers i Betty Cheetham podczas wakacji w Tunezji w 1998 r. W restauracji dzielili stolik ze starszą parą. Gdy nowi znajomi się przedstawili, okazało się, że również nazywają się Albert Cheetham i Betty Rivers. I że brali ślub dokładnie w tym samym dniu. Obie pary miały dwóch synów urodzonych w tym samym roku, pięcioro wnuków i czworo prawnucząt. Obie panie Betty były kiedyś urzędniczkami na poczcie, a ich mężowie pracowali na kolei. Każda zgubiła swój zaręczynowy pierścionek i każda miała taką samą bransoletkę.

Anglik Fergus Smith siedział przed hotelem w San Jose w Kostaryce, pisząc pocztówkę do swego przyjaciela Paula w Szkocji. Przy sąsiednim stoliku jakaś para rozmawiała po słoweńsku. Smith również znał ten język, więc postanowił się przysiąść i skorzystać z rzadkiej okazji konwersacji. – Zapytali mnie, skąd jestem – wspomina Smith. – Odpowiedziałem, że ze Szkocji i że jestem pewnie pierwszym Szkotem mówiącym po słoweńsku, jakiego z życiu spotkali. „Ależ nie” – odparli. „Mieliśmy na uniwersytecie wykładowcę Szkota, który też mówił w naszym języku”. Okazało się, że mówią o Paulu, do którego właśnie pisałem kartkę.

 

Ewa Dereń

 

reklama
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020