Rozwód! I co dalej?

Rozwód jest dzwonkiem na lekcję, na którą nie jesteśmy przygotowani. Niby wiemy, że nasze życie się zmieni. Ale żeby aż tak! Najbardziej dziwi to, czego dowiadujemy się… o sobie.

 

Poza strefą małżeńskiego komfortu, niespodzianek i rozczarowań jest mnóstwo. I nie da się ich przewidzieć. Nie ma gwarancji, że będzie lepiej, ciekawiej, pełniej. Bywa fatalnie. Niektórzy dowiadują się, że wcale nie są już atrakcyjni – ani dla płci przeciwnej, ani towarzysko. Ich wspaniałe dzieci to dla potencjalnych nowych partnerów balast i pułapka. A wyczekiwana wolność okazuje się po prostu samotnością. Ale bywa i tak, że niepotrzebnie boimy się rozwodu. Stereotypy o samotnych rodzicach i rozwodnikach żyjących latami w niechcianym celibacie przerażają. Tkwimy więc w swoich toksycznych małżeństwach – zdradzani, wykorzystywani, ignorowani. Dokarmiamy przez rurkę martwą miłość. Latami, do wyczerpania, fundujemy jej masaż serca, zamiast urządzić godny pochówek, opłakać i zająć się swoim życiem – osobno. Moja przyjaciółka przymyka oko na zdrady męża. Nasłuchała się nieszczęśliwców, co to im się „świat skończył” po zdjęciu obrączki. Obezwładnił ją strach przed powtórzeniem smutnego losu własnej rozwiedzionej matki. Nie potępiam jej i nigdy nie doradzę rozwodu. Sama jednak zdecydowałam inaczej. Wybrałam rozstanie, bo czułam, że wspólne szczęście po prostu się czasem kończy i poświęcenia nie mają żadnego sensu. Nawet te „dla dobra dzieci”. Ich jedynym marzeniem jest szczęśliwa, uśmiechnięta mama i dumny z siebie, pełen radości tata. Zeszłam z łatwej drogi. Na tej trudniejszej bywałam szczęśliwa, ale częściej – bliska upadku. Każdego dnia cieszę się, że udaje mi się podnieść i czasem nawet uśmiechnąć się do świata…

wreszcie wolna

Myślałam, że miałam dobry seks. Sądziłam, że gdybym tylko chciała, mogłabym mieć każdego faceta. Uważałam, że jestem rozgrywającą w swoim życiu. Po rozwodzie dowiedziałam się, jak niewiele wiem o seksie z jego mroczną stroną, jak niewiele wiem o miłości, tej, która uzależnia i niszczy. Po rozwodzie zrozumiałam, że nie ma obiektywnej atrakcyjności, a to, co uważałam za swoje zalety, skreśla mnie w oczach wielu mężczyzn. Zanim poznałam świat inny od małżeńskiego bezpiecznego kokonu, zanim odkryłam swoją siłę i zrewidowałam marzenia, musiałam najpierw odbić się od dna. Długo się tam spada…

Kiedy przestałam myśleć o sobie „jego żona”? Długo przed rozwodem. Może rok? Na pewno nie czułam się już mężatką, kiedy podjęłam decyzję o wyprowadzeniu się z domu i wynajęciu maleńkiego mieszkanka dla siebie i dzieci. Pech chciał, że dokładnie w dniu wyprowadzki złamałam nogę, więc cały majdan wniósł na trzecie piętro mój (wówczas jeszcze nie eks) mąż. I tak siedziałam – zamiast w pięknym domu z ogrodem, na mansardzie osiedla, gdzie nikogo nie znałam. I płakałam nad sobą – zamiast w ramionach kochanka, to w uścisku gipsu. Płakałam też nad dziećmi, które do wyleczenia mogły być ze mną tylko w weekendy, bo nie mogłam odprowadzić ich do szkoły czy zrobić zakupów. A jednocześnie, na samym dnie depresji, wiedziałam, że krok w tył to ostatnia rzecz, jakiej bym chciała. Nie wrócę, choćbym miała utonąć w otchłani rozpaczy.

Co mnie zaskoczyło w rozwodzie? Sama rozprawa. Szybkość, z jaką się go dostaje. Wszystko trwa mniej niż godzinę. Może i kwadrans. Jeśli nie ma orzekania o winie, jest jak wizyta u dentysty. Najbardziej bolesne jest pytanie: czy kocha pani męża. Warto się do niego przygotować. Mnie uprzedził kumpel. „Rozwód kojarzył się z jakimś prawnym koszmarem, późniejsze życie z walką o alimenty albo wypruwaniem sobie flaków finansowo. Tymczasem wszystko ustaliliśmy na jednej rozprawie. Najtrudniejszy był moment, kiedy sędzia spytała, czy kocham żonę. Musiałem odpowiedzieć, że nie. Ona też. Czuliśmy się okropnie, bo to nie była prawda. Po prostu nie udało się nam razem żyć. Byłem w szoku, że w cywilnym sądzie padają takie pytania” – mówił Tomek. Nie zawsze jest tak różowo i nie każdy może załatwić wszystko trzykrotnie wypowiedzianą formułą: „Rzucam cię”. Dla Bartka rozwód okazał się przede wszystkim zmaganiem z biurokracją. „Nie wiedziałem, ile formalności wiąże się z uzyskaniem rozwodu. To ciężka praca” – opowiada.

całkiem inna ja?

Niezależnie od tego, czy było się stroną czynną, czy biernie wyraziło się zgodę na rozwiązanie małżeństwa, po ogłoszeniu wyroku każdy spotyka się z nowym. Trochę jak w nieoczekiwanej albo wymarzonej podróży. Rzadko wszystko przebiega zgodnie z przewidywaniami. Zdarzają się niespodzianki, częściej jednak rozczarowania. Serwisy internetowe zastrzegają użytkownikom anonimowość. Wirtualne głosy szepczą do wirtualnych uszu – trochę jak w głuchym telefonie albo… w konfesjonale. Nadajmy tym szeptom imiona i podsłuchajmy ich… „Zdałam sobie sprawę, że jestem aseksualna” – opowiada Elżbieta. Po latach zmuszania się do „obowiązków małżeńskich” odżyła. Zawsze myślała, że chodzi o niego, że tylko mąż na nią nie działa. Ale po rozwodzie miała okazję zbliżyć się do kilku mężczyzn – mniej lub bardziej przystojnych, zadbanych, pachnących. I… nic. Nie miała na nich ochoty. Minęły lata, a niewiele się zmieniło. Jest ze sobą szczęśliwa. Do niczego się nie zmusza. W innej sytuacji znalazła się Linda. Kiedy zdecydowała się na separację z mężem, zamieszkała ze swoją najlepszą przyjaciółką. I zrozumiała, że jest w niej na zabój zakochana. „Rozumiała mnie jak nikt, była przy mnie cały czas, w końcu ta potrzeba bycia razem przerodziła się w bliskość fizyczną. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, jak piękna jest intymność między lesbijkami. Dziś wiem – jestem biseksualna” – zwierza się.

bez przyjaciół i… teściowej

Marek nie miał najlepszego przyjaciela, bo – jak się okazało po rozwodzie – nie zadbał o to, żeby zawrzeć własne przyjaźnie. Miał tylko wspólnych znajomych z żoną. Po rozstaniu stracił ich wszystkich. „Nie zapraszali mnie, a i ja się nie narzucałem. Wiedziałem, że są po jej stronie, chociaż to ona odeszła. Musiałem odbudować grono znajomych, jakbym nagle znów był dzieckiem, które rodzice w środku semestru przenieśli do innej szkoły” – trochę się żali. Podobne odczucia miała moja przyjaciółka Sylwia, tylko że jej problem nie był tak prosty do rozwiązania jak u Marka. Nie wystarczyło zapisać się na siatkówkę, dołączyć do grona miejscowych morsów czy pogadać przy piwie z kumpelkami z pracy, żeby bliżej się poznać. Sylwii zależało na rodzinie. Po rozwodzie okazało się, że utrata teściów jest dla niej dużo bardziej bolesna niż męża. „Wiele dziewczyn nie lubi swojej teściowej. Ja byłam załamana, bo rozwodząc się z mężem, musiałam rozwieść się z jego rodziną. Z mamą, ojcem, ze szwagierką. Sama miałam samotną matkę, ojca nie znałam. Mój mąż był moim chłopakiem z liceum, w jego domu bywałam jako szesnastolatka. Jeździliśmy całą rodziną na wakacje, na działkę. Czułam się ich córką” – słowa Sylwii, choć wystukane czcionką Arial, są niemal wyczuwalnie mokre od łez. Niestety, w tym przypadku nie było happy endu. Tradycyjna rodzina Aarona nie akceptowała decyzji o rozwodzie. A to Sylwia złożyła pozew, ponieważ mąż ją zdradził. Obrazili się, nie odzywają do byłej synowej, nie składają życzeń w święta. Zachowują się, jakby nie istniała. Odłóżmy jednak na bok ciężkie tematy. Bo oto następne wyznania nawet u ponurych sceptyków muszą wywołać uśmiech. Jan, na przykład, po rozwodzie stwierdził, że najbardziej lubi… głupie baby.

teraz tylko to, co lubię

„Zrozumiałem, że nie lubię błyskotliwych kobiet. Zaskoczyło mnie to po latach przekomarzania się z byłą żoną, rywalizacji i relacji partnerskiej. Teraz jest mi dobrze ze spokojną dziewczyną, domatorką, która nie pyskuje mi na każdym kroku i nie wyśmiewa się z moich wad. Jest piękna, mamy wspaniały seks. Czuję się wreszcie jak facet i jest mi z tym wspaniale. Ostre talk-show wystarczą mi podczas debat politycznych w telewizji” – śmieje się. Z kolei Kuba po latach małżeństwa z młodszą od siebie żoną zrozumiał, że chce wrócić do swoich młodzieńczych fantazji. Wciąż bowiem podniecają go starsze babki. „Zupełnie zapomniałem, jak bardzo kręcą mnie starsze ode mnie kobiety. Większość kumpli zostawiło żony dla młodszych. Ale ja mam już dość imponowania kolegom. Moja żona była młoda, szczupła i seksowna dla wszystkich, poza mną. Bo ja uwielbiam duże kobitki i jeśli się kiedykolwiek jeszcze zwiążę, to tylko ze starszą. Na razie cieszę się randkowaniem z najsmaczniejszą mamuśką, jaką spotkałem w sieci” – przyznaje.

jak być znów singielką

„Zaskoczyło mnie, jaką ciężką pracą jest szukanie kogoś poważnego na portalach randkowych. Myślałam, że przeżyję przygodę, a tymczasem wejście na rynek seksualno-matrymonialny to żadna zabawa. Tu jest jak w biznesie – trzeba znaleźć swoją niszę, a potem odsiać ziarna od plew. A nie mam czasu na drugi etat. Po pół roku randek-porażek poddałam się i jestem samotna” – wzdycha z rezygnacją Magda. Marta nie poddała się, ale zupełnie nie wie, jak być singielką. A sądziła wcześniej, że właśnie tego chciała. „Jestem sfrustrowana seksualnie. Chciałabym przeżyć romans. Wydawało mi się, że faceci będą mi jeść z ręki. Czytałam i słyszałam o tym, jak sypią się oferty. Tymczasem na moim koncie w sieci posucha. Nie mam pojęcia, jak flirtować i jak poderwać kogokolwiek, kto by mi się podobał. Ba, nawet nie wiem, jak miałabym zdobyć zainteresowanie panów z notami 4/10” – ubolewa. „Nie szukałam w sieci, bo zakochałam się w realu. To, czego dowiedziałam się po rozwodzie, było dla mnie jak olśnienie. Pojęłam, że w ogóle nie wiedziałam, czym jest dla mnie dobry seks. Okazuje się, że zamiast wrażliwego na moje potrzeby męża potrzebowałam sukinsyna, który mną pomiata, źle traktuje, a w łóżku dba tylko o siebie. W całkowitym oddaniu odnalazłam szczyt seksualnej satysfakcji. Upokarzał mnie, w końcu zdradził i porzucił, a ja i tak nie żałuję” – wyznaje Krystyna.

Niestety, szalona miłość nie zdarza się jedna po drugiej. Choć obiektywnie jestem ładna, wcale nie jestem tak atrakcyjna dla facetów, jak mi się zdawało. Nikt już ze mną nie flirtuje. Nagle z seksownej blondynki zamieniłam się dla facetów w samotną matkę. Mężczyźni widzą tylko babkę z dziećmi, która chciałaby ich usidlić. A ja przecież nie szukam tatusia, bo moje dzieci mają kochającego ojca. Czuję się, jakbym miała wypisane na czole: Uwaga, kłopoty! Decydując się na rozwód, trzeba wziąć pod uwagę opcję – już zawsze będę sama. Te słowa nic nie znaczą, dopóki nie odczuje się na własnej skórze, jak bardzo przytłaczają codzienne wyzwania. Choćby… zakupy. Noszenie zgrzewek wody na trzecie piętro bez windy nigdy się nie kończy. Siaty nosi się na okrągło. Nie wiedziałam, jak ważne było, że mąż dźwigał te wszystkie ciężary. Po kilku latach samotności bardziej niż czułości i seksu brakuje mi po prostu silnego chłopa. Staję się zgorzkniała, opryskliwa i zła. Na forach dyskusyjnych znajduję podobne i całkiem odmienne frustracje.

to, co złe, jest w nas?

Marysia po rozwodzie odkryła, że wcale nie jest uosobieniem spokoju. Joga i medytacja wzięły w łeb, gdy okazało się, że jej mąż regularnie sypia z sąsiadką. „Zaszantażowałam go, a ten… spakował się i wyprowadził do niej. Jestem zaskoczona, jak łatwo, w jeden dzień przekreślił wszystko. I bardzo nerwowa, lepiej ze mną nie zaczynać” – ostrzega. Greg natomiast wcale nie ma ochoty kruszyć kopii o byłą żonę. „Nie spodziewałem się, że polubię jej nowego faceta. To fajny gość. Właściwie to mu współczuję” – żartuje. Bo wielu facetów na forum przyznaje, że baby dały im się we znaki. I dziwią się, że dopiero po rozwodzie dowiedzieli się, czym jest przemoc emocjonalna. „Była żona zostawiła mnie w ogromnym poczuciu winy. Latami uważałem, że coś ze mną jest nie tak, że faktycznie ją krzywdzę i jestem zły. Zaskakuje mnie, ile informacji jest w sieci o narcystycznych partnerkach. Powinni o tym uczyć w szkołach” – uważa. Mario został nie tyle z poczuciem winy, ile pustki. Jest sobą rozczarowany. „Nie mam nic, odkąd żona odeszła. Nic mnie nie bawi, nie mam żadnego hobby. Dopiero kiedy usiłuję zainteresować sobą inne kobiety, widzę, że jestem zwykłym nudziarzem w kapciach. Ale skąd teraz, po pięćdziesiątce, mam wziąć sobie pasje i zainteresowania?” – zastanawia się. Z kolei Paulina nazywa siebie „organizacyjną porażką”. Nie cierpiała, kiedy mąż rządził się na wakacjach, rozkazywał i decydował. „Cieszyłam się, że będę panią własnego losu, a okazało się, że nigdzie nie umiem wyjechać sama, no chyba że z dziećmi, bo – wiadomo – my, kobiety, jeśli możemy się tylko kimś opiekować, od razu potrafimy zorganizować wyjazd ze wszelkimi superatrakcjami oraz programem zwiedzania”.

jak to widzi ona, jak on

Przez pięć lat po rozwodzie przeżyłam więcej fantastycznych i strasznych rzeczy niż przez kilkanaście lat małżeństwa. Doznałam zdrady przyjaciół, sięgnęłam szczytu rozkoszy i płonęłam w piekle wstydu. Robiłam rzeczy złe i dobre. Bardzo zmieniłam swój pogląd na własny temat. To, co uważałam za zalety, dziś nie ma dla mnie znaczenia. Pokochałam swoje wady i zbudowałam na nich siłę. Przestałam oszukiwać samą siebie, że jestem wspaniała, a wszyscy inni są winni moich porażek. I cieszę się, że nie jestem już w małżeństwie, które byłoby kłamstwem. Dziś bez problemu rozmawiam z byłym mężem. Ostatnio zadzwoniłam do niego, żeby wypłakać się z powodu tego drugiego. „Robert odszedł, bo ze mną nie da się żyć” – przyznałam Piotrowi. „Ze mną podobno też nie da się żyć” – powtórzył mój eks słowa swojej drugiej kobiety. Wcześniej przerzucaliśmy się winą. Potrzeba nam było nowych związków, żeby zobaczyć, że oboje mamy po prostu paskudne charaktery. Rozwód wyszedł nam na dobre. A dzieciom? „Nie wiem, jak inni rodzice, ale ja mam teraz o wiele więcej czasu niż w małżeństwie, choć przez połowę każdego tygodnia mieszkają u mnie dzieci” – dziwi się Piotr. Zawsze sądził, że samotni rodzice są przytłoczeni obowiązkami. Teraz, kiedy dzieci są u mnie, może pracować, studiować albo po prostu odpocząć w towarzystwie nowej ukochanej. „Dzięki temu w moje dni jestem lepszym ojcem i mogę im poświęcić całą swoją uwagę” – głosi z dumą mój eks. Ja tam w „wolne dni” piorę, prasuję, sprzątam pokoje potworów i robię zakupy na kolejne dni, ale niech mu będzie, że to mój „czas dla mnie”. Warto się dogadywać. Najlepiej przed rozwodem, tak żeby do niego w ogóle nie doszło. A jeśli doszło – to w sprawach starych rodziców, dzieci, wspólnych przyjaciół. Tak, żeby na rozpadzie związku dwojga ludzi nie ucierpiała cała gromada kochających ich, niewinnych osób.

 

Karolina Duszczyk

fot. shutterstock 

 

 

 

 

reklama
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020