Klikam miłość

Gdzie poprowadzi cyfrowy flirt? Czy będzie to taras z widokiem na piękną wspólną przyszłość? A może burdel, gdzie każdy może dać upust żądzom?

 

Przeznaczeniu trzeba dać szansę. Kiedy puka do drzwi, musisz zrobić ten drobny wysiłek i otworzyć. Inaczej się nie da. Otworzyć drzwi, czy – o zgrozo – portal. Nie ma różnicy, czy na drodze jest zamek, czy światłowód i formularz logowania. Trzeba pozwolić szczęściu wejść do swojego życia. Albo ku niemu wyjść. Powiedzieć sobie… dość biernego czekania.

Nie poznałam nikogo w sklepie, na jodze, kursie angielskiego, na stadionowej bieżni, w drodze do pracy, w parku ani na spacerze z psem… Może po prostu dlatego, że facet, jakiego potrzebuję, nie wyrywa dziewczyn na ulicy? W dzień siedzi w robocie, a wieczorem pomaga swoim dzieciakom w lekcjach, czyta albo słucha muzyki. Nie łazi po knajpach i dyskotekach, gdzie mogą się poznawać nastolatki. Ja nawet nie myślę, że na imprezie z głośną muzyką mogłabym znaleźć miłość. A spotkań towarzyskich jak na lekarstwo – każdy z nas spędza wolny czas z dziećmi, z przyjaciółmi znanymi od lat. Na „domówkach” nie pojawia się żadna nowa męska twarz niesparowana z inną kobiecą. Więc jeśli tak dalej pójdzie, spędzę resztę życia w celibacie, rozmnażając swoje chomiki, głaszcząc koty i karmiąc kraba o wdzięcznym imieniu Roman S. Serio, mam takiego w akwarium i łapię mu muchy.

Kiedyś zarzekałam się, że nigdy nie zaloguję się na portalu randkowym. Mobilne biura matrymonialne, przemieszane z oficjalną wymianą usług seksualnych napawały mnie obrzydzeniem. A jednak większość znajomych, którzy zawarli ponowne związki, poznała się przez portal. Choćby mój pierwszy mąż znalazł tam swoją obecną ukochaną. Któregoś dnia znowu wypłakiwałam mu się, jak to od lat cierpię przez tego drugiego. I że „nie chce mi się żyć”. Stwierdził, że już nie może tego słuchać. I stanowczo poradził pójść tą samą, co kiedyś on drogą.

– Ja znalazłem w internecie JĄ i jestem od lat megazakochany. A długo myślałem, że to się nie zdarzy drugi raz w życiu! – nie omieszkał dowalić mi za to, że odeszłam kiedyś z małżeństwa do toksycznego typa. – Zapalisz w końcu światło w tunelu?

Szarpanina z toksykiem, który pojawiał się i znikał, zdradzał i wracał, doprowadziła mnie od depresji. Z miesięcy samotności, niedotykania, smutku zrobiły się trzy okrągłe lata. Dzieci patrzyły na zapłakaną, nieszczęśliwą mamę zabawkę dla psychopaty. Wiedziałam, że muszę coś zmienić w życiu dla siebie i moich najbliższych. W końcu postanowiłam: zrobię to! Założę konto. Napiszę, kim jestem. Nie dodam żadnych zdjęć, bo przecież jak mnie zobaczą, to mnie zjedzą. Za ładna… Tak, to nie zadufanie. Obiektywnie wiem, że trafiło mi się całkiem ładne opakowanie. Problem, co w środku…

Zarejestrowałam się pod własnym imieniem. Niektóre portale mają na wejściu tzw. kwestionariusz dopasowania. Ma to gwarantować, że system znajdzie mi w tłumie anonimowych ludzi tego, na którego czekałam całe swoje życie. Wybrany przeze mnie serwis też dokonuje porównania charakterów, priorytetów i zainteresowań. Ale należy je wpisać w swoim otwartym „profilu”, czyli na stronie, gdzie będzie je mógł zobaczyć każdy facet. Również taki, który stanowi moje całkowite przeciwieństwo. Wyświetliła mi się lista. Wykształcenie, sport, rodzaje muzyki, a nawet cechy osobowości. Kilka kliknięć i gotowe. Gorzej z opisem. W pierwszym zdaniu informuję, że jestem matką, żeby zniechęcić poszukiwaczy przygód. A, byłabym zapomniała – na wstępie musiałam wpisać, czego szukam. Jedną z opcji były właśnie „przygody”. Brrr, jasne, że kliknęłam „miłość”.

Czekam. Nic się nie dzieje. Z niepokojem sprawdzam tajne konto pocztowe, założone specjalnie na tę okazję. Dzień, dwa - pusto. W końcu jest! „Ktoś do Ciebie napisał, przeczytaj wiadomość”. Loguję się i czytam: „Witaj, nieznajoma. Czy nie chciałabyś poszukać spełnienia najskrytszych fantazji w klimatach dominacji/uległości?” Nieeee!!! – krzyczę i klikam - usuń. Czuję się strasznie. Przez kolejne dni otrzymuję wiadomości „cześć” lub „co słychać” standardowo wysyłane przez stałych bywalców portalu do każdej nowej osoby. Potem dowiem się, że oni nawet nie muszą pisać tych „powitań”, bo wysyła je za nich specjalny przycisk. Na razie dowiaduję się, że skoro nie wstawiłam zdjęcia, to nie mogę nawet przeczytać, co ludzie piszą o sobie na swoich profilach. Większość panów ma zablokowany kontakt z kobietami „bez twarzy”.  Muszę więc pogodzić się z utratą anonimowości. Tym samym narażam się na to, że ktoś znajomy z pracy albo sąsiad przypadkowo zobaczy mnie w tym serwisie. „Ale czy to naprawdę taki obciach?” – zastanawiam się. Przecież wszyscy wiedzą, że od lat jestem sama i raczej nie wyglądam na zadowoloną z tego faktu. Zanim wrzucę swoje foty, przeglądam te profile, które dopuszczają wizyty incognito. Od razu ogarnia mnie mieszanina współczucia i niechęci. Współczucia dla tych, do których nigdy się nie odezwę z powodu ich wyglądu. Są po prostu brzydalami, często z ogromną nadwagą. Moją niechęć budzą wyprężeni „Sebixowie” nad basenami, w siłowniach, na tle cudzych aut, samolotów i egzotycznych pejzaży. Odrzucają mnie również panowie piękni jak z folderów reklamowych. Dla pewności potwierdzam – i nie mylę się. Na profilach tych półbogów czytam głównie o tym, że szukają kochanek.

Moje zdjęcia rozwijają czerwony dywan przed stadem wygłodniałych bestii. Nie mija nawet godzina, a już skrzynka mailowa wyświetla trzy, pięć, jedenaście nieprzeczytanych wiadomości... „Zależy mi na dyskrecji, szukam pewnej siebie, wyuzdanej samicy alfa, która czuje się niespełniona. Jeśli cenisz sobie swoją życiową sytuację, postrzegasz ją jako stabilną, nierzadko masz rodzinę, dzieci, partnera, a mimo to czujesz się samotna, masz niewykorzystany (tu oczywiście błąd ortograficzny „ż”) potencjał namiętności, masz ogromne potrzeby cielesne, które musisz sama zaspokajać, a wolałabyś zupełnie inaczej, to – trafiłaś na swoje odzwierciedlenie w męskiej postaci. Mam żonę i nie chcę tego zmieniać. Moja praca wiąże się z wyjazdami do Twojego miasta. Spędźmy ten czas razem, ku obopólnej satysfakcji. Jeśli Ci to odpowiada – mój mail”. Bardzo żałuję, że serwis nie ma przycisku z przekierowaniem „Prześlij jego żonie”. Miałabym używanie, bo żonatych panów, którzy przysłali mi podobne propozycje, było sporo.

Niektórzy proponowali pieniądze. Od dwustu do – uwaga! - dwóch tysięcy złotych. Nie doczytałam, czy to za „numerek”, za godzinę, czy też za spotkanie, bo szybko zaprzyjaźniłam się z funkcją „Dodaj do czarnej listy”, która blokuje dalszy kontakt. Automatycznie trafił tam również prozaik, który dla wszystkich nowo zarejestrowanych pań przygotował szczegółowy opis stosunku seksualnego – z grą wstępną, całym asortymentem sztuczek i szczęśliwym dla kobiety zakończeniem. Tak bez „dzień dobry”, serio? Spadaj pan!

W końcu pojawia się „światełko na mierzei”. Facet udowadnia, że peany zachwytu napisał tylko do mnie. Zaczynamy gadać. Ma ciekawe zainteresowania, jest erudytą. Mija kilka dni, umawiamy pierwsze spotkanie. Nie chcę jednak podać numeru telefonu, zanim go poznam w realu. Na wszelki wypadek mówię w żartach, żeby nie liczył na seks. W tym momencie domek z kart zaczyna się sypać.

„Twoja dzikość mnie niepokoi. Szukam dziewczyny do wszystkiego, co z męsko-damską interakcją się wiąże. Przecież przez intymny dotyk także siebie poznajemy. Porozumienie dusz na równi z porozumieniem ciał jest konieczne. To element zakochiwania się. Pierwsze spotkanie zapoznawcze, ale jak iskierka przeskoczy, nie ograniczymy się do trzymania się za ręce” – pisze erudyta. „Co mi Pan tu, za przeproszeniem, p…?!” – odpowiadam i rezygnuję z kontaktu.

Ogrom prostactwa, desperacji i arogancji na portalu jest uderzający. Ale płynę też przez morza nieszczęść, rozczarowań i smutków porządnych ludzi. Rozmawiam ze zwykłymi, fajnymi facetami, którym jakoś nie udaje się nikogo spotkać w realu. Andrzej napisał: „Jaka fajna matka, można patrzeć i patrzeć”. Zrobiło mi się miło. Wyświetliłam jego profil. W opisie zainteresowań miał: „gra na instrumentach”, no i urzekł mnie swoim mottem: „Nie jestem Miss Polonią, nie mam motta”. Przez kilka tygodni niemal codziennie przy porannej kawie życzyliśmy sobie udanego dnia i wymienialiśmy myśli.

Marek też odezwał się pierwszy. Bezdzietny, konkretny. Z początku rozmowa wyglądała jak przesłuchanie, ale z jego zdjęć przebijała opiekuńczość. Może miał złe doświadczenia z paniami, które szukały sponsorów? „Jestem matką” – napisałam mu lakonicznie. Kiedy spytał, czy mam jedno dziecko, czy dwoje, zażartowałam „Założę się, że zaraz ta rozmowa się skończy”. Mam trójkę! Napisał, że mam u niego szacunek i uznanie. Ale kontakt się urwał. Kolejny, przystojny bezdzietny kawaler, również twierdził, że lubi dzieci. Niestety – był o 8 lat ode mnie młodszy.

Wśród „porządnych facetów” znaleźli się: pasjonat sportu, który szaleje z dzieciakami na rolkach, miłośnik podróży po Polsce, interesujący psycholog z wyższej uczelni, eteryczny gitarzysta zapewniający, że przeniósłby się dla mnie ze swojego miasta oddalonego o 200 km, perkusista uczący dzieci muzyki i uśmiechnięty projektant kuchennych mebli szukający kobiety do wzajemnego liczenia sobie zmarszczek na starość. Niektórzy nie chcą się spotkać. Potrzebny im jest tylko pisemny kontakt z kobietą, by w ten sposób rozwiać czarne chmury nad swoim życiem, odstraszyć samotność. U mnie bilans zysków i strat objął siedem umówionych spotkań. Z setek zaczepek, dziesiątek błahych dyskusji i kilkunastu głębszych rozmów wyłoniły się prawdziwe szanse. Z nimi przeszłam do realnego świata.

Na „randkach w ciemno” dowiedziałam się, że wielu facetów ma zdjęcia profilowe sprzed pięciu, dziesięciu lat. Eteryczny muzyk, którego ledwo rozpoznałam na stacji kolejowej, tłumaczył: „Chciałem pokazać zdjęcie, które w pełni oddaje mój charakter”. Bardzo starał się zrobić dobre wrażenie...Na randkach też boleśnie zdałam sobie sprawę, że nikt nie pisze tylko z jedną osobą. Prawdopodobnie, nawet jeśli pierwsze spotkanie będzie okej, nasz znajomy-nieznajomy jeszcze spotka się z kilkoma innymi kobietami i wróci do nas albo nie. Radzę wystrzegać się desperatów, którzy na widok naszego zdjęcia doznają uderzenia pioruna, podają numer telefonu i natychmiast likwidują swoje konto portalowe, bo już nikogo innego nie potrzebują. Spotkałam kogoś takiego… 

Adam był zachwycony moimi zmarszczkami. Entuzjastyczny w rozmowach telefonicznych. I po męsku rzeczowy. Okazało się, że miał podobne przejścia, kiedyś też bardzo kogoś kochał. Chętnie słuchał o moich dzieciach i opowiadał o swoich. Wprawdzie raziło mnie, że mówi do mnie „moje słoneczko” i „księżniczko”, choć znaliśmy się zaledwie dwa dni. Na spotkanie wybraliśmy poniedziałek rano. Wystroiłam się w czerwoną suknię. Czy to będzie naprawdę to? – denerwowałam się. „Nasze spotkanie to tylko formalność” – skwitował moje obawy. Niestety, okazało się, że nie ma między nami chemii. Obcość od pierwszego wejrzenia. Bez żenady obejmował mnie, przyklejał się. Co z tego, że przystojny, skoro miał zaniedbane zęby palacza. „To jedyna wada, ale rzucę” – zapewniał. Po pięciu minutach płakałam. „Mam nadzieję, że to łzy szczęścia?” – dopytywał. Nie zrobiłam mu przykrości na spotkaniu. Zanim się z niego wymiksowałam, zdążył mnie jeszcze przenieść na rękach przez wodę w parku. „To były łzy rozczarowania. Przepraszam, moja wina, to ja nic nie poczułam” – napisałam mu po powrocie do domu.

Na każdą następną randkę szłam w koszulce i spodniach. Bez szaleństw i przeko- nania, że zaraz spotkam księcia z bajki. Najdłużej gadałam z szarmanckim wykładowcą, z którym umówiłam się na spotkanie zapoznawcze, też rano, przed pracą. Już po kwadransie wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. Podzieliła nas polityka i skrajnie różny światopogląd. „Różnice są ciekawe, ale budować mimo wszystko można głównie na podobieństwach” – pożegnał mnie uprzejmie.

Panowie w różny sposób próbują robić wrażenie na kobiecie. Jeden pokazuje w telefonie swój jacht i fotki dzieci, które zdobywają medale na mistrzostwach Polski. Jest z nich dumny, ale... 40 minut tylko o treningach? Drugi gra na gitarze własne, skądinąd piękne kompozycje, ale – niestety!!! – śpiewa do nich głosem, który nie powinien opuścić kabiny prysznica. Trzeci zakłada białe trampki do czarnych spodni i granatowej koszuli, licząc, że będzie wyglądał młodziej. A kiedy wspominam, że mam akwarium, obiecuje, że następnym razem przyniesie mi piękne koralowce. I „zabawia mnie” historią, jak to przemycał je na lotnisku, dając Egipcjaninowi sowitą łapówkę.

Człowieku! Tu nawet nie chodzi o twoje przestępstwo, ale o to, że przy powszechnej trosce o przetrwanie naszej planety nie masz wstydu opowiadać, że coś takiego robisz! Kolejny już na drugim spotkaniu oznajmił, że zbadał się dla mnie i nie ma żadnych chorób wenerycznych. Tak, to ważne, ale... o takich sprawach mówi się chyba na dalszych etapach związku? Każdy w jakiś sposób zaleca się do mnie przez nawiązanie relacji z moim psem. Presto, mój niezastąpiony doradca matrymonialny, doskonale ustala, kto jest samcem alfa, a kto betą, którą można ciągać po chodniku od krawężnika do krawężnika.

Teraz z dwoma szczupłymi, zadbanymi, szanującymi swoje zdrowie chłopakami, umawiam się na rower. Obaj są rozwiedzionymi ojcami, każdy ma dwójkę dzieci i serce dla zwierząt. Już wiem, że w poznawaniu drugiego człowieka nie jest ważna analiza jego zajęć zawodowych ani koligacji towarzyskich. Nie pomoże gadanie mi, że „A wiesz, znam Kubę Sienkiewicza!” (tak, tak, zdarzył się pan, który w kwestii muzyki miał właśnie tyle do powiedzenia). Najfajniejsze jest poznawanie procesów myślowych faceta, to jak prowadzi rozmowy i – bardzo ważne – podejście do nieuniknionych chwil ciszy.

Daję sobie czas na decyzję, który z nich jest potencjalnym partnerem. Może żaden. A może ten blondyn? Jest nieco tylko ode mnie wyższy, jego oczy to czysty błękit, nie przeklina, chodzi spać o dziesiątej, bo rano trzeba wstać do pracy. Pachnie nadzieją i przyciąga mnie lekko opaloną skórą. Tylko dlaczego jest taki cholernie grzeczny?

Więc może to ten drugi? Dużo brzydszy, wysoki brunet, który jednym ruchem potrafi zdyscyplinować mojego psa, lubi znienawidzony przeze mnie futbol, przebąkuje coś o wódce z kumplami i w rozmowę wplata błyskotliwe żarty? I chce mu się późnym wieczorem przyjechać do mnie z drugiego końca miasta, by iść ze mną i psem na spacer, a jego ramię jest jak parasol, pod którym czuję się bezpieczna? Nie wiem. Ale spróbujcie tej drogi. Przeznaczenie potrzebuje wyjścia na świat, który dziś jest w dużej mierze wirtualny. Owszem, boję się, że nic nie wyniknie z moich poszukiwań – ale trudno. „Odwaga to nie jest brak lęku, tylko konfrontacja z nim” – jak pisze coach i psycholog Mateusz Grzesiak. Im więcej działasz, tym pewniej się czujesz.

7 typów sieciowych podrywaczy

● kieszonkowiec – nigdy nie przedstawił cię rodzicom ani znajomym. Jakby się ciebie wstydził albo chciał trzymać tylko dla siebie w kieszonce;

● słoik – randkuje z kilkoma osobami naraz, żeby w razie, gdyby z jedną nie wyszło, mieć kolejne w odwodzie (zawekowane w słoiku);

● orbiter – już z nim skończyłaś, już powiedzieliście sobie „żegnaj”. A mimo to wciąż komentuje cię na Facebooku i lajkuje na Instagramie;

● łowca foczek – jest jak myśliwy, który nie ma oporów przed stosowaniem każdej przynęty – zamieszcza w profilu swoje zdjęcia sprzed 10 lat, zaniża swój wiek i liczbę kilogramów;

● duch – wszystko jest między wami dobrze, wydaje się tobą oczarowany i… nagle znika;

● zombie – nagle wycina ci mocny numer – nie odzywa się przez tydzień lub na imprezie jawnie adoruje twoją przyjaciółkę. Po czym objawia się znów i prawi czułe słówka, jakby w ogóle nic się nie stało;

● narcyzik – bawi się tobą i twoimi uczuciami, a gdy się znudzi – odchodzi i jeszcze obarcza cię za to winą.

 

tekst:

Wiktoria Poraj

fot.:  SHUTTERSTOCK

reklama
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020