Stać mnie na więcej!

DPA61809Słowa w telefonie zaczęły płynąć strumieniem: – Boję się iść do pracy. Boję się właściwie wszystkiego. Że nie dam rady. Że szefowa mnie skrytykuje. Że mój projekt będzie słaby. Bo jaki ma być?

 

Dzwonek świdrował i świdrował. Nieprzytomna, jeszcze zawieszona między jawą i snem czułam, jak gaśnie we mnie mgliste wspomnienie wyrazistego snu. Znowu byłam w rodzinnym domu, pod stare biurko mojego taty schowała się moja ukochana kotka, której już dawno z nami nie ma. Mama była obok, czułam wyraźnie jej obecność i coś do mnie mówiła, ale wiedziałam, że już sobie nie przypomnę co, bo raptownie się obudziłam.

Po chwili przyszła świadomość: jest ciemno, czyli środek nocy, i dzwoni telefon. Muszę go odebrać. Sięgnęłam ręką po aparat, który zawsze dyżuruje na szafce nocnej w razie nagłego wypadku. I jeszcze w półśnie zrozumiałam, że ten wypadek właśnie nadszedł.

Telefon grał na alarm na całego.
– Tak? – wyszeptałam, żeby nie budzić domowników.
– Nareszcie! – w kobiecym głosie słychać było wyraźny cień histerii. – Myślałam, że już nie odbierzesz!
– Która godzina?! – nie dawałam za wygraną. Z telefonem wklejonym w ucho niechętnie podniosłam się z łóżka i na bosaka szłam w kierunku kuchni.
– Wpół do trzeciej. A ja nie śpię i zaraz zwariuję. Błagam, pomóż, wybacz, że dzwonię, ale tylko ty mnie zrozumiesz. Wiesz, że jestem w rozpaczy!
– Co się stało?! – próbowałam ustalić wektory tej tragedii. – Kto mówi? – wreszcie dotarłam do portu mojej świadomości.
– To ja, Monika!!! Oprzytomnij, błagam! To ja! Umieram ze strachu...

Nagle pojęłam, że nie znam żadnej Moniki. A głośna zjawa z mojego telefonu też to chyba zrozumiała, bo po drugiej stronie zapadła na chwilę głucha cisza.
– Ula? – wyszeptała Monika.
– Nie, Zosia – byłam zdeterminowana. – To chyba pomyłka. Odpowiedział mi jęk, który nieuchronnie zapowiadał szloch. I po chwili Monika już naprawdę płakała: – Przepraszam, bardzo przepraszam. Dzwonię do przyjaciółki, do mojej Uli, proszę wybaczyć, ale... pomyliłam numery. To przez te nerwy. Już się rozłączam.
– Już nie śpię – powiedziałam najłagodniej, jak potrafiłam – proszę mówić. Niech już pani nie budzi swojej przyjaciółki.
– Boję się – westchnął głos w telefonie. – Umieram ze strachu. Rozumie pani?

Rozumiałam. Znałam to uczucie, kiedy w środku nocy cały świat wisi na skraju przepaści i wszystkie myśli są tylko o tym i o tym czymś dręczącym kłębią się jak oszalałe. Coś było znajomego w głosie nieznajomej. I to coś sprawiło, że chciałam jej słuchać.
– Tak. Rozumiem. Proszę mówić.
– Boję się iść do pracy. Przeraża mnie myśl, że muszę rano tam pojechać – słowa w telefonie zaczęły płynąć strumieniem.
– Boję się właściwie wszystkiego. Że nie dam rady. Że szefowa mnie skrytykuje. Że mój projekt będzie słaby. Bo jaki ma być? Pracuję nad nim od pół roku, a dziś będziemy na kolegium wspólnie go oceniali. Oni będą mnie oceniali! I wszyscy zobaczą, jaka jestem beznadziejna.

reklama


Zawsze tak było... Po prostu zawsze. Chciałam, starałam się. Zaciskałam zęby i nieustannie poprawiałam. Chciałam, żeby rodzice byli ze mnie dumni. Żeby przestali się kłócić i żeby zrozumieli, że mają cudowną córeczkę. Najlepszą. Najładniejszą. Najdoskonalszą. A oni trwali ciągle w pełzającej, cichej, zimnej wojnie. Mama myślała, że nie słyszę, jak płacze. Ojciec codziennie wychodził wieczorem z domu, ale nie manifestacyjnie, głośno. Robił to elegancko, z klasą. Perfekcyjnie.

Najpierw przychodził do mojego pokoju. Mówił „dobranoc", całował mnie w czoło. Czasem o coś zapytał: jak w szkole, jak koleżanki, lecz czułam, że myślami jest już gdzie indziej. Później cicho zamykał moje drzwi i jeszcze ciszej drzwi wejściowe do mieszkania. Mama w kuchni płakała i zmywała. Potem sprzątała. Bezustannie. Moje dzieciństwo było sterylnie czyste, wymuskane, nienaganne. Wyprasowane, wyprane, zadbane. Mama ciągle coś w domu poprawiała. Udoskonalała. Im ciszej było między rodzicami, tym bardziej była perfekcyjną panią domu. Zawsze był obiad – i to dwudaniowy.

Ale ojciec nie doceniał tych starań. To były czasy, kiedy kobieta nie musiała pracować, więc u nas zarabiał tata. Był w tym doskonały. Wtedy myślałam, że jak we wszystkim. Zarabiał dużo, był dyrektorem wielkiej fabryki. Najpierw wyróżniał się w niej jako najlepszy inżynier, potem awansował. Piął się w górę, a mama tylko mi mówiła: „Patrz, jaki tata jest zdolny, wszyscy go doceniają". Tata to, tata tamto. Jego kult trwał, aż mama wreszcie przejrzała na oczy. Ale wtedy taty już w domu prawie nie było.

On pracował i coraz lepiej zarabiał, ona szorowała i gotowała, też coraz lepiej. I wszystko – to słyszałam od obojga – dla mnie. Dla córeczki, oczka w głowie, dumy i chwały. No więc też starałam się dla nich. Nie mogłam przynieść im wstydu. Lekcje pisałam najpierw na brudno, potem na czysto. A potem przepisywałam wszystko jeszcze raz, żeby było IDEALNIE. Żebym była jak oni, moi idealni rodzice. Uczyłam się wszystkiego, czy mnie to interesowało, czy nie. Zresztą nie wiedziałam, co mnie interesuje naprawdę, bo musiałam być najlepsza ze wszystkiego.

Źródło: Wróżka, nr 10/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube