Ktoś w mojej głowie

Znasz to uczucie? W ekstremalnie trudnej sytuacji ktoś cały czas jest obok ciebie. I pomaga ci przeżyć... Choć tak naprawdę nikogo nie ma.


Najwyraźniej ktoś za nią szedł. Przyspieszyła kroku, ale dziwne uczucie obecności kogoś obcego wciąż ją prześladowało. Przystanęła. Spojrzała za siebie. Nikogo nie było. Wyciągnęła ręce, bo przecież w ciemnościach osoba ubrana na czarno jest niemal niewidoczna. Ale nikogo nie wyczuła. A mimo to wciąż miała wrażenie, że nie jest sama. Czyżby nawiedził ją duch? Tak rozmyślając, dotarła do domu.

W tej opowieści nie ma jednak nic nadprzyrodzonego, przekonuje John Geiger z uniwersytetu w Toronto w książce „The third man factor". Wrażenia bliskiej obecności kogoś, kto pomaga i wspiera, doświadczyły tysiące ludzi, którzy znaleźli się w ekstremalnie trudnej sytuacji. Są to przede wszystkim zdobywcy wysokich szczytów, żeglarze odbywający samotne długie rejsy czy maratończycy. Ale także ludzie, którzy przypadkiem znaleźli się w ciemnym zaułku i drżeli o własne życie. Jednym słowem, wszyscy, którzy musieli się zmagać z monotonią, ciemnością, odosobnieniem, ogromnym zmęczeniem, brakiem snu, zimnem, głodem czy strachem. Naukowcy nazywają to zjawisko syndromem trzeciego człowieka.

Anioł to czy kosmita

Obecności drugiej osoby doświadczyli choćby Charles Lindbergh, kiedy w 1927 roku odbywał pierwszy w historii ludzkości lot przez Atlantyk, czy Frank Smythe, który w 1933 roku skrajnie wyczerpany i głodny wracał z Mount Everestu. W pewnej chwili himalaista sięgnął do plecaka po kawałek ciastka. Odruchowo przełamał go na pół i podał osobie, która jak mu się zdawało, szła za nim, ale której tak naprawdę nie było.

„Przez cały czas, kiedy wspinałem się sam, miałem silne przekonanie, że ktoś mi towarzyszy. Było na tyle intensywne, że przezwyciężało poczucie osamotnienia. Zdawało mi się nawet, że do tej nieistniejącej osoby jestem przywiązany liną i gdybym się poślizgnął, mój towarzysz na pewno by mnie złapał. Pamiętam też, że wciąż zerkałem w jego kierunku, odwracając głowę" – pisał Smythe.

reklama


O podobnym doświadczeniu pisał w książce „Naga góra" Reinhold Messner, pierwszy zdobywca wszystkich ośmiotysięczników. Wskazówki i słowa otuchy od niewidocznego kompana słyszał podczas trudnej wyprawy na Nanga Parbat. Wybrał się na nią wraz z bratem, który jednak bardzo źle znosił trudy wspinaczki. „Nagle zauważyłem, że idzie koło mnie trzeci wspinacz. Szedł, utrzymując dystans koło mnie, zaraz po prawej [...]. Nie przyglądałem się jego postaci, ale byłem pewien, że ktoś tam idzie. Wyczuwałem jego obecność". I to właśnie niewidzialny towarzysz pomógł mu wrócić.

Głos słyszany z boku pozwolił też przeżyć alpiniście Jim Sevigny, którego w 1983 roku w kanadyjskich Górach Skalistych porwała lawina. Był w tak ciężkim stanie, że marzył tylko o tym, by zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Wtedy jakaś osoba zaczęła do niego szeptać. „Nie możesz się poddać. Trzeba próbować". Wykonywał więc jej instrukcje. „Zrozumiałem, o co jej chodzi. Chciała, żebym żył".

Najczęściej ludzie, którzy znaleźli się w ekstremalnych sytuacjach, mają wrażenie obecności innego człowieka. Ale są też tacy, którzy twierdzą, że odwiedził ich przybysz z kosmosu. A jeszcze inni czują towarzystwo anioła czy jakiegoś bóstwa, jak Ron Di Francesco, który przekonywał, że w jego ucieczce z walącego się wieżowca WTC 11 września 2001 r. pomogły mu istoty nadprzyrodzone. Ale zdaniem naukowców nie ma w tym nic nadprzyrodzonego.

Dr Michael Shermer, historyk nauki, w wydanej 10 lat temu książce „How we believe", uważa, że za tego typu doznania odpowiada mózg. Z powodu niedoboru tlenu czy wyczerpania przestaje prawidłowo pracować i interpretuje rzeczywistość w inny niż dotąd sposób. Najważniejszą rolę odgrywa tu płat skroniowy lewej półkuli, który w normalnych warunkach tworzy obraz własnego ciała. „Jeśli jednak z jakichś powodów w mózgu dochodzi do złudnego powielenia tego obrazu, próbuje on to zinterpretować w najbardziej przekonujący sposób – że ma do czynienia z inną, znajdującą się obok osobą, której obecność wyczuwa" – tłumaczył dr Shermer na łamach popularnonaukowego „Scientific American".

Gmeranie w mózgu budzi ducha

Potwierdzają to badania przeprowadzone niedawno przez dr. Olafa Blanke, neurologa z École Polytechnique Fédérale w Lozannie. Zainteresował się on tym zjawiskiem przypadkowo. W 2006 roku trafiła do niego kobieta chora na padaczkę. Lekarze z jego zespołu mieli usunąć fragment mózgu, który odpowiadał za nieustanne ataki. Zanim jednak przystąpili do operacji, poddali mózg chorej elektrostymulacji. Chcieli bowiem dokładnie ustalić, które jego obszary mogą usunąć, a które pełnią ważną rolę i bezwarunkowo należy je zostawić. W pewnym momencie dotknęli fragmentu kory skroniowo-ciemieniowej. Pacjentka poruszyła się i zerknęła do tyłu. Zrobiła to dlatego, bo – jak opowiadała lekarzom – miała nieodparte wrażenie, że ktoś za nią stoi.

Uczeni postanowili powtórzyć zabieg i ponownie dotknęli rejon kory skroniowo-ciemieniowej. Sytuacja powtórzyła się. Pacjentka znowu czuła, że ktoś się skrył za jej plecami. „To było tak rzeczywiste wrażenie, że nie mogliśmy chorej przekonać, iż żadnej zjawy nie ma" – opowiada dr Blanke. Jego zdaniem mózg kobiety zaburzał poczucie jej własnego „ja". Musiał tylko tego dowieść.

Do nietypowego eksperymentu zaprosił dwunastu chorych dotkniętych m.in. schizofrenią, padaczką, z guzami mózgu i migrenami, którzy doświadczyli dziwnego uczucia obecności kogoś za plecami. Potem poddał ich mózg badaniu rezonansem magnetycznym i ustalił, że podczas odczuwania towarzystwa trzeciej osoby inaczej niż zwykle pracują u nich trzy rejony mózgu: wyspa, kora skroniowa i płat ciemieniowy. Odpowiadają one za samoświadomość, ruch i ułożenie ciała w przestrzeni. Zaburzenie ich pracy powoduje, że zamiast osobno interpretować wrażenia docierające ze świata zewnętrznego, informacje te mieszają się ze sobą. W efekcie mózg tworzy obraz danej osoby, ale w taki sposób, jakby była ona obok ciała. Stąd wrażenie czyjejś obecności.

Robot miesza w głowie

Aby potwierdzić tę hipotezę, dr Blanke skontaktował się z zaprzyjaźnionymi inżynierami. Skonstruowali oni robota, który potrafił mieszać te sygnały. Jego działanie neurolog przetestował na grupie zdrowych ochotników. Badanym zakrył oczy i poprosił, by wyciągnęli przed siebie rękę i naciskali dźwignię umieszczoną przed nimi. To powodowało, że robot znajdujący się za plecami osób badanych naśladował ten ruch i delikatnie dotykał ich pleców. Ruchy maszyny i człowieka były tak skoordynowane, że badani byli przekonani, że wyciągają przed siebie rękę i palcem dotykają własnych pleców.

Potem uczeni zmodyfikowali nieco eksperyment. Badani nadal mieli naciskać stojącą przed nimi dźwignię, ale uczucie dźgnięcia w plecy odczuwali z pewnym opóźnieniem. Wrażenie było tak dziwne i niepokojące, że część uczestników testów zrezygnowała z dalszego w nich udziału. Naukowcy dowiedli tym samym, że mózg miesza zdobytą dotychczas wiedzę na temat naszego ciała z prawdziwymi ruchami. Wobec tego, że się one nie zgadzają, powstaje uczucie obecności innej osoby.

Dlaczego jednak zjawiska trzeciej osoby tworzą się samoistnie u ludzi zdrowych? Zdaniem Reinholda Messnera, któremu niewidzialny człowiek pomógł wrócić z gór, w ludzki mózg wbudowana jest strategia przetrwania, która uaktywnia się w ekstremalnych sytuacjach. Odzywa się wewnętrzny głos, który zmusza człowieka do walki o przeżycie.

Jego opinię podziela dr Geiger, który twierdzi, że taka aktywność mózgu może być rodzajem ewolucyjnego przystosowania. „Gdy na przykład podczas polowania nasz przodek został oddzielony od grupy, zapewne czuł, że sam nie ma szansy przeżyć. Był zrozpaczony. Natomiast towarzystwo drugiej osoby dawało mu siły i wiarę w powrót do domu" – wyjaśniał w jednym z wywiadów.

Fantomowy towarzysz

Czy badania te pozwalają uznać zagadkę niewidzialnych towarzyszy za rozwiązaną? Nie do końca. Jak bowiem wytłumaczyć historie opowiadane przez kilka osób, które uległy takiemu samemu niecodziennemu wrażeniu? Którzy „widzieli" dokładnie to samo?

Najsłynniejszą opisał polarnik Ernest Shackleton, który w 1915 roku z dwoma ochotnikami wyruszył na pomoc swojej załodze statku Endurance. Mężczyźni wielokrotnie otarli się o śmierć, pokonując podczas długiego marszu oblodzone szczyty i przejmujące zimnem lodowce. Gdy dotarli na miejsce, okazało się, że każdy z nich miał wrażenie, że na wyprawę udali się nie w trójkę, lecz czwórkę. Każdy opisywał fantomowego towarzysza w bardzo podobny sposób. Zupełnie jakby polarnicy ulegli zbiorowej halucynacji. Wszyscy też zgodnie przyznali, że ich towarzysz milczał, ale sama jego obecność wystarczyła, by uwierzyli we własne siły. I przeżyli.

Dorota Reinisch
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka, nr 7/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019