Mózg na wakacjach

Skąd biorą się urojenia? No jak to skąd? Z mózgu. Jeśli postanowi on uciec na chwilę od realu, możesz zobaczyć przed oczami naprawdę wszystko!

 

Któż nie zna opowieści „Alicja w Krainie Czarów” – o dziewczynce, która wpadła do króliczej nory i znalazła się w zaczarowanym świecie, gdzie spotkały ją przedziwne przygody? Łącznie z tą najsłynniejszą, kiedy Alicja zmienia swoje rozmiary. Gdy wypija płyn z buteleczki z napisem „Wypij mnie” – robi się maleńka. Gdy zjada ciastko z napisem „Zjedz mnie” – rośnie tak bardzo, że nie może dostrzec bucików na swych stopach. Tyle tylko, że to nie do końca bajka… Są ludzie, którzy takich stanów doznają naprawdę. Oczywiście w rzeczywistości nie rosną i nie maleją, ale tak się czują – i tak widzą swoje ciało. Takie zaburzenia, które polegają na zniekształconym postrzeganiu części swojego ciała, a często również przedmiotów i otoczenia, noszą nazwę zespołu Alicji w Krainie Czarów. To jedno z najbardziej tajemniczych schorzeń neurologicznych, którego przyczyn nauka wciąż nie umie wyjaśnić.

duże czy małe?

 

Amerykański neurolog Caro Lippman jako pierwszy opisał w 1952 roku halucynacje swojej pacjentki, która twierdziła, że jej ciało stało się nagle bardzo niskie i szerokie. I że to przeszkadza jej w chodzeniu, bo ma wrażenie, że zajmuje całą szerokość chodnika i nie mieści się w korytarzach budynków. W ciągu następnych dwóch lat Lippman opisał jeszcze siedem podobnych przypadków. Jeden z pacjentów twierdził, że jego lewe ucho urosło do ogromnych rozmiarów. Inny, że zrobił się tak wysoki, że idąc ulicą, patrzy z góry na czubki głów przechodniów. Pozostałe osoby opisywały nierealne rozmiary własnej głowy, wydłużające się lub kurczące palce u rąk albo ciągnące się w nieskończoność schody i korytarze. Objawy te skojarzyły się Lippmanowi z przygodami bohaterki książki, którą czytała jego córka, więc nazwał tę chorobę zespołem Alicji w Krainie Czarów. Czasem nazywa się ją też syndromem Todda – od nazwiska angielskiego psychiatry Johna Todda. To on po raz pierwszy opisał te zaburzenia od strony naukowej, w 1955 roku. Wizje pacjentów porównał do obrazów, jakie można zobaczyć w gabinetach krzywych luster.

Choć nazwa schorzenia brzmi bajkowo, objawy nie są przyjemne. Na przykład ręce nagle wydają się choremu tak długie, że nie dostrzega już palców. Lub odwrotnie – „kurczą się” i wydaje się mu, że nie ma ramion, a dłonie wyrastają wprost z tułowia. A głowa jest tak ogromna i tak ciąży, że choremu trudno utrzymać ją na szyi. Rozmiary zmienia dowolna część, a także całe ciało. Również obiekty wokół mogą wydawać się mniejsze, niż są (to mikropsje), np. ktoś z rodziny widziany jest jako krasnal. Albo odwrotnie, kiedy rzeczy są odbierane jako dużo większe, niż są naprawdę; (makropsje), np. kot jest większy od budynku. Czasem zaburzone jest poczucie odległości; chory jest pewien, że osoby lub przedmioty znajdują się bliżej lub dalej, niż w rzeczywistości. Przy niektórych halucynacjach nie zejdzie po schodach, bo zdają się nie mieć końca, lub ziemia zaczyna być zbyt „miękka” i nie można zrobić kroku. A czasem że kończyny poruszają mu się bez jego woli. Bywa, że pacjent inaczej odbiera dźwięki. Przypomina to nadwrażliwość słuchową, kiedy kapanie wody z kranu wydaje się ogłuszającym hałasem. Inny syndrom to poczucie, że coś dziwnego dzieje się z czasem (z tym książkowa Alicja również ma problem). Że płynie zdecydowanie szybciej lub wolniej albo w ogóle stanął w miejscu. Jednym słowem – świat, jak w prawdziwej Krainie Czarów, zostaje zniekształcony, a zdezorientowany człowiek się w nim gubi. W istocie ze światem jest wszystko w porządku; chory gubi się tylko we własnej głowie.

Carroll pisał o sobie?

 

Naukowcy od lat kombinują, skąd biorą się te halucynacje. Że mogą być efektem epilepsji, migren, ucisków spowodowanych guzami mózgu, zatrucia lekami, ostrej infekcji wirusowej czy zażycia substancji psychoaktywnych. Najbardziej jednak podejrzane są migreny. Już doktor Todd odnotował, że wszyscy jego pacjenci cierpieli na migrenę lub padaczkę, a syndrom ujawniał się u nich w postaci aury, tuż przed właściwym atakiem. Dlatego niektórzy uczeni przekonują, że wszystkie te dziwne objawy są tak naprawdę aurą migrenową. A wiadomo przecież, że autor „Alicji”, Lewis Carroll, cierpiał na straszliwe bóle głowy…

Ale co tak naprawdę dzieje się w mózgu osoby cierpiącej, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że gdy pojawiają się takie halucynacje, zwykle towarzyszy im nietypowa aktywność w części kory mózgowej, która przetwarza informacje wizualne dotyczące rozmiaru i kształtu. Inni specjaliści przekonują, że omamy może powodować nieprawidłowa czynność elektryczna komórek nerwowych i związane z nią zaburzenia ukrwienia ośrodkowego układu nerwowego. Ale pewne jest na razie, że zespół Alicji wpływa na „widzenie” w obrębie mózgu. Co ciekawe, często dotyka dzieci, zwykle pomiędzy piątym a dziesiątym rokiem życia. I nie tylko te cierpiące na padaczkę czy bóle głowy, lecz również zdrowe, rozwijające się normalnie. Objawy mijają z wiekiem.

U dorosłych objawy są czasem wyjątkowe, jak u pewnego 54-letniego Amerykanina, którego przypadek opisano w styczniu ubiegłego roku. Pracował przy komputerze, kiedy nagle z ekranu zaczęły „zeskakiwać” ikony, zawisając w powietrzu, pomiędzy nim a monitorem. Przez dziesięć minut unosiły się w powietrzu, po czym powoli przepłynęły w prawo i zniknęły. To go tak przeraziło, że pobiegł na ostry dyżur. Jego halucynacje zakwalifikowano jako nietypowy epizod zespołu Alicji w Krainie Czarów. Po serii badań odkryto też przyczynę; nowotwór uciskający na struktury mózgu. Skaczące ikony uratowały mężczyźnie życie, bo wcześnie wykryty nowotwór udało się usunąć. to nie mój mąż! Medycyna zna więcej równie zagadkowych zaburzeń, które pokazują, co potrafi wyprawiać z człowiekiem jego mózg. Do szczególnie nieprzyjemnych należą dwa, które dotyczą nie tylko chorego, lecz również otaczających go ludzi: zespół Capgrasa oraz jego przeciwieństwo – zespół Fregoliego.

Cierpiący na ten pierwszy wierzy, że bliskie mu osoby, np. partner, członek rodziny czy przyjaciel zostali zamienieni na identyczne kopie. Nadal prawidłowo rozpoznaje ich twarze, ale znikają wszelkie więzi emocjonalne. Zwykle urojenie takie dotyczy jednej lub kilku osób, pozostałe chory rozpoznaje bez trudu. Tak było w przypadku pacjentki opisanej w 1991 r. w USA, która po powrocie do domu ze szpitala psychiatrycznego nie rozpoznała własnego męża, twierdząc, że zastąpił go inny, tak samo wyglądający mężczyzna. Zmusiła go do wyprowadzenia się z ich sypialni i zamykała się na noc na klucz. Poprosiła też syna o pistolet, do obrony przed obcym facetem. Jej urojenie dotyczyło tylko męża; pozostałych członków rodziny rozpoznawała bez zarzutu.

Znacznie bardziej złożony był pierwszy zanotowany przypadek zespołu Capgrasa, opisany przez francuskiego psychiatrę Josepha Capgrasa w 1923 roku. Jego pacjentka twierdziła, że „sobowtóry” zastąpiły wszystkich ludzi, których znała. Co ciekawe, osoby cierpiące na to schorzenie nie próbują szukać osób podmienionych, ani nawet nie są ciekawe, co się z nimi stało. Jedyne, na czym się skupiają, to zdemaskowanie „oszusta”. Bywają agresywne wobec „sobowtóra”, dlatego przy osobie z zespołem Capgrasa trzeba wykazać czujność. Z kolei w zespole Fregoliego chory jest przekonany, że różne osoby, które spotyka, to w rzeczywistości ten sam człowiek, nieustannie zmieniający swój wizerunek. Po raz pierwszy opisano to w 1927 r. Pacjentką była niespełna 30-letnia kobieta, przekonana, że wszystkie osoby, które spotyka, to w istocie dwóch mężczyzn, którzy ją prześladują, przybierając różną postać. Nazwa schorzenia wywodzi się od nazwiska włoskiego aktora Leopolda Fregoliego, słynącego z nadzwyczajnych umiejętności zmieniania wizerunku.

jestem trupem!

 

Chyba najbardziej upiorne zaburzenie, na szczęście bardzo rzadkie, to zespół Cotarda, zwany syndromem chodzącego trupa. Osoba cierpiąca na nie uważa, że… nie żyje. Że jest nieboszczykiem, którego ciało stopniowo się rozpada, gubiąc organy wewnętrzne. Po raz pierwszy opisał je francuski neurolog Jules Cotard w 1880 r. na przykładzie swojej pacjentki. Początkowo kobieta twierdziła, że nie posiada niektórych części ciała, a później, że jest już martwa. Wierzyła, że nie ma jelit, więc nie musi jeść. W efekcie zmarła z głodu. Lekarze nie byli w stanie jej przekonać, że jej ciało żyje i potrzebuje pokarmu. Głód i wycieńczenie to zresztą częsta przyczyna śmierci osób cierpiących na to zaburzenie. Pacjent nie je, nie pije, twierdząc, że nie ma sensu, skoro i tak nie żyje. Często również się nie myje – z tego samego powodu. Ostatni opisany w literaturze medycznej przypadek zespołu Cotarda pochodzi z 2014 r. z Anglii. Objawy wystąpiły u zdrowej wcześniej 73-letniej kobiety, która zgłosiła się na ostry dyżur do szpitala, twierdząc, że umarła i boi się, że pójdzie do piekła. Podczas badania okazało się, że właśnie przeszła udar i cierpi na krwotok do mózgu. Po tygodniowym leczeniu halucynacje ustąpiły. Zespół Cotarda bywa zwykle diagnozowany u ludzi, którzy cierpią już na inne dolegliwości psychiatryczne lub neurologiczne, np. schizofrenię, stwardnienie rozsiane czy uszkodzenia mózgu.

ja, wilk

 

W 1852 r. do szpitala dla umysłowo chorych we francuskim mieście Nancy trafił mężczyzna, który twierdził, że stał się wilkiem. Aby to udowodnić, rozchylał palcami usta i pokazywał wielkie, w swoim mniemaniu, kły. Narzekał też na pokryte sierścią ciało. Twierdził, że chce jeść wyłącznie surowe mięso, ale gdy mu je podano, odmówił, bo jest za mało zepsute. To pierwszy opisany przypadek schorzenia psychicznego zwanego naukowo likantropią kliniczną, a bardziej potocznie wilkołactwem. Chory wierzy, że zamienił się w zwierzę, najczęściej właśnie w wilka. Że jego ciało pokrywa futro i rosną mu ostre zęby. Jeden z pacjentów upierał się, że gdy spogląda w lustro, widzi w nim wilczy łeb. Inny czuł wyrastające ze stóp pazury. Oprócz wilka, od którego pochodzi nazwa tego schorzenia (z greckiego lýkos – wilk i ánthropos – człowiek), najczęściej wymieniane przez chorych zwierzęta, którymi w swoim przekonaniu się stają, to pies, świnia, żaba i wąż. Od 1852 r. opisano tylko 56 takich przypadków, a 13 z nich spełniało kryteria klinicznej likantropii, to jest przemiany w wilka.

mózg, który widzi

 

I na koniec jeszcze jeden przykład, jak mózg potrafi zwodzić oczy – syndrom Charles’a Bonneta. Polega na omamach wzrokowych. Chorzy widzą rozmaite przedmioty, twarze i sylwetki, zwierzęta lub krajobrazy, a w realu tak naprawdę ich nie ma. Doświadczają tego głównie osoby starsze, które borykają się np. z zaawansowaną zaćmą, jaskrą, ciężkim niedowidzeniem lub ślepotą. Skąd się biorą takie halucynacje, nie wiadomo. Jako pierwszy opisał to szwajcarski przyrodnik Charles Bonnet w 1760 r. na przykładzie swego 87-letniego dziadka, który cierpiał z powodu obuocznej zaćmy i nagle zaczął widzieć wokół siebie ludzi, zwierzęta, powozy, budynki, a nawet fantastyczne sceny. Wiedział, że to ułuda, ale nie bał się, uważał to nawet za zabawne. Również sam Charles Bonnet, gdy dobiegł siedemdziesiątki, zaczął mieć tego typu halucynacje.

 

Ewa Dereń

reklama
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020