Kuchnia Afrodyty

Trudno myśleć o miłości, gdy kiszki grają marsza, ale po obfitej porcji golonki i trzech kuflach piwa seks to ostatnia rzecz na liście ważnych spraw. Jaki jest złoty środek? Nie za dużo, smakowicie i... no właśnie, są specyfiki, które niezawodnie wprowadzą kochanków w stan namiętnej gotowości.

Kuchnia AfrodytyTiramisu – wytworny, elegancki deser. Historii jego narodzin jest wiele, jako że to włoski towar eksportowy pierwszej klasy. Jedna głosi, że narodził się w... bordello. Kurtyzany podawały go wypranym z sił elegantom, którzy jeszcze by zaszaleli, ale już nie mają mocy. Miksowały więc jaja, słodki serek, dodawały szczyptę kakao i odrobinę alkoholu. Proste? Nazwa tiramisu, czyli podnieś mnie, dowodzi, że w tej opowieści jest ziarenko prawdy.

U nas jednak jakoś tak się utarło, że to mężczyzna zaprasza kobietę na kolację, licząc na całkiem konkretny deser. Najlepiej serwowany porcjami przez całą noc. Może to nie do końca uświadomiona tęsknota za dawnymi rozpasanymi czasami, gdy niejedna uczta kończyła się orgią? Co ma jedzenie do seksu? To proste – można jeść, zamiast się kochać albo jeść i potem się kochać, lub wreszcie tak jeść, by kochać się chętniej, z fantazją i wytrwale! Bo są smaki i potrawy, które prowadzą prosto do słodkiego celu.

Afrodyzjaki, nazywane kiedyś środkami do płodzenia, mają długą historię – ludzie zawsze szukali sposobu na osiągnięcie większej przyjemności. Wymyślali zatem niezwykłe eliksiry, testowali działanie rozmaitych roślin i potraw. Potem z większym lub czasem mniejszym powodzeniem przystępowali do akcji. Nie trzeba wcale utartym na miałko anyżkiem zmieszanym z miodem smarować wiadomych części ciała na chwilę przed wiadomą czynnością, co ponoć pobudza spazm miłosny u kobiety (choć już polewanie cienką strużką miodu, a raczej „sprzątanie” z ciała słodyczy może być nader smakowite – wie o tym każdy, kto widział „9 i pół tygodnia”).

A już na pewno nie zawracajcie sobie głowy średniowiecznymi magicznymi miksturami z kału nietoperza, łap ropuchy, sproszkowanego pazura czarnej pantery, spermy krokodyla i jąder byka. Poza dość wątpliwą i trudną do udowodnienia skutecznością, skąd to wszystko, do diabła, wziąć? My proponujemy coś prostego i swojskiego. Wystarczy sięgnąć do spiżarni po najprostsze, wydawać by się mogło niepozorne produkty, skoczyć na grządkę czy do osiedlowego warzywniaka. I do dzieła!

reklama

Przyprawiaj, nie oszczędzaj!
Budząca silne emocje i równie silne nadzieje mucha hiszpańska – główny produkt pierwszych, nieśmiałych rodzimych sex-shopów – uważana za niezbędne wyposażenie podręcznej apteczki prawdziwego boga seksu, była… trucizną (w większym stężeniu). To, co uważano za pobudzenie erotyczne (silne pieczenie, zaczerwienienie i nabrzmienie organów), było po prostu obronną reakcją organizmu na kantadrynę, substancję z odwłoka chrząszcza, który z muchą niewiele miał wspólnego, a Hiszpanię widział jedynie na pocztówce, o ile udało mu się kiedyś na niej przysiąść.

Ale to, co w przypadku hiszpańskiej muchy było szkodliwe, w wykonaniu naturalnych przypraw i ziół jest jak najbardziej do wykorzystania. Zwłaszcza wszystko, co rozszerza naczynia krwionośne: gorczyca, goździki, szafran, curry, kardamon, pieprz cayenne, chilli, anyż, wanilia, cynamon, imbir, no i gałka muszkatołowa. Jedna ze średniowiecznych receptur zalecała trzymanie kawałka tej przyprawy pod językiem przez 100 uderzeń serca. Potem trzeba ją było zetrzeć na proszek i użyć do pieczenia ciasta dla ukochanego. Nawet jeśli nie zadziała magia – gałka na pewno rozgrzeje ciało, a może i serce.

Szczodrze dodawajcie do potraw ziarna jałowca, lubczyk (to jedna z najbardziej miłosnych roślin), rozmaryn, majeranek, kminek. Pobudzająca zmysł węchu i smaku mieszanka z pewnością rozbudzi też pozostałe zmysły… Ale uwaga! Ostre przyprawy mogą, oprócz ochoty na seks, powodować nieprzyjemny zapach z ust. Czasem neutralizuje go odrobina wina. Ale naprawdę odrobina! Bo nadmiar – podany dla odwagi i animuszu – może spowodować klęskę i kompromitację w sypialni albo, w najlepszym razie, osłabić doznania erotyczne!

Owoce morza i miłości
Jak urodziła się Afrodyta? Podobno powstała z piany morskiej, ale artyści często przedstawiają ją w olbrzymiej muszli. I być może dlatego owoce morza przyjęło się uważać za afrodyzjaki. Casanova codziennie zjadał kilkadziesiąt ostryg, żeby utrzymać swoje libido na niezmiennie wysokim poziomie. Bierzcie z niego przykład, ale jedzcie tylko świeże krewetki, homary i kraby, ostrygi i małże (te z puszki, może i smaczne, nie są pewną przepustką do sypialni) albo jeśli nie przepadacie za frutti di mare, ryby (morskie, bo słodkowodne niespecjalnie pobudzają do igraszek).

Zmysłowe kształty
Niektórzy próbują wyjaśniać popularność i działanie afrodyzjaków zawartością minerałów, składników odżywczych, witamin albo innych jeszcze substancji. Owszem, to, co lekkie i zdrowe, na pewno zwiększa witalność, ale chyba nie w tym tkwi moc afrodyzjaków. I nie tylko w myśleniu życzeniowym ani w budzących erotyczne skojarzenia kształtach owoców i warzyw. Takie na przykład szparagi już ze względu na ich prowokacyjny wygląd należałoby zaliczyć do grona afrodyzjaków. Jedzone przy wspólnej kolacji, wzorem Nigelli Lawson palcami, to czysta perwersja. Następny w kolejce za nimi jest czosnek. Bo choć swoim zapachem do pocałunków nie zachęca, jest świetnym remedium na kłopoty z erekcją. Owidiusz w „Sztuce kochania” pisał o jego potęgującym ochotę na seks działaniu. Oczywiście pod warunkiem, że kochankowie spożywają go wspólnie.

W spiżarni miłosnej nie może też zabraknąć pomidorów, nazywanych przez Francuzów pomme d’amour, czyli jabłko miłości. Już sama ich barwa działa pobudzająco, ale o wiele ważniejsze są witaminy i substancje odżywcze, które nasz organizm przekształca w serotoninę (tzw. hormon szczęścia) – a tej nigdy dość kochankom! Warto też polubić seler, o którym w średniowieczu mawiano, że „czyni mężczyznę”.

A owoce? Przepołowiona brzoskwinia od zawsze pobudza wyobraźnię mężczyzn, ale utarta z miodem i lukrecją ma wielką siłę miłosnego rażenia. Inne erotyczne owoce to banany (z powodu „złych” skojarzeń XIX-wieczny savoir-vivre zabraniał dziewczętom jedzenia ich w towarzystwie chłopców…) i winogrona. W starożytnym Rzymie były one obowiązkową pozycją każdego menu weselnego. Po imprezie panna młoda wyciskała z nich sok i smarowała nim ciało, co miało zapewnić jej siły witalne na noc poślubną.

Bez względu na faktyczne wartości odżywcze owoców i warzyw zawsze można odrobinkę poświntuszyć we dwoje, nacieszyć oczy figami, bananami, szparagami i brzoskwiniami, poopowiadać, z czym się wam kojarzą i zaraz potem schrupać – je i siebie nawzajem. Opowieści są równie silnym afrodyzjakiem (tyle że zamiast żołądka karmią mózg).

Źródło: Wróżka nr 6/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020