Neapol grzeszny i święty

To miasto chrześcijańskich cudów i kolebka Camorry, najgroźniejszej mafii świata. Wspaniałe zabytki sąsiadują tu z hałdami śmieci. A na ulicach można tańczyć, śpiewać, zjeść najlepszą pizzę świata albo… stracić portfel.

Neapol grzeszny i świętyZobaczyć Neapol i umrzeć – to powiedzenie znane od stuleci. Ale co ono właściwie znaczy? Pierwsza interpretacja jest najprostsza. Kiedy zobaczysz Neapol, śmiało możesz żegnać się ze światem, bo żaden piękniejszy widok raczej ci się już nie trafi. Nawet rodowici Włosi mają jednak kłopot z docenieniem jego uroków.

Gdzie Włochy, gdzie Neapol

Francesco z Piemontu (północ „buta”), namawiany przez żonę Polkę na wyjazd do Neapolu, niezmiennie od lat odpowiada tak samo: „Po co? To nie mój kraj, nie moja Europa. Chcesz jechać? Jedź sama”. Gdy ja z kolei po raz pierwszy wybierałam się do stolicy Kampanii, inny znajomy, profesor uniwersytetu we Florencji, inteligent starej daty, wpadł w przerażenie: „Po co wy tam jedziecie? Okradną was, napadną”. Świat obu tych panów, a wraz z nimi milionów Włochów z Północy, kończy się na Rzymie.

Dalej rozciąga się kraj inny, obcy. Czują się oni u siebie we Florencji, w Paryżu, nawet w Londynie, ale nie w Neapolu.Tymczasem Południe, choć rzeczywiście inne od uprzemysłowionej Północy, pełne jest niezwykłego uroku, kolorytu i urody. A Neapol to typowe miasto południa. Tu ludzie są uśmiechnięci niezależnie od aktualnych notowań kursu euro, tu na ulicach gra muzyka, śpiewa się, a nawet tańczy, tu dzień nie kończy się wraz z zapadnięciem zmroku. Może dlatego na sprzątanie już czasu i zapału nie starcza.

Są więc i tacy, którzy uważają, że śmierć grozi nam nawet nie po obejrzeniu Neapolu, ale już w trakcie zwiedzania. A to z powodu… smrodu wydobywającego się z gigantycznych gór śmieci. Te piętrzą się w całym mieście, często w najbardziej reprezentacyjnych jego punktach. Sama przeżyłam szok, kiedy pierwszego dnia wyszłam rano z hotelu, żeby pozwiedzać miasto. Wąskie uliczki starówki zagradzały barykady plastikowych toreb ze śmieciami, które rozszarpywały wychudzone psy. Widok bardziej afrykański niż europejski.

reklama

Mafia i młodzieńcy z dobrych rodzinMafia i młodzieńcy z dobrych rodzin

Neapol zawsze też był miastem niebezpiecznym. W każdym zaułku, w każdej wąskiej uliczce (a z takich właśnie uliczek to miasto się składa) mogła spotkać przybysza jakaś niemiła przygoda. „Neapol (…) cierpi na przykrą (…) przypadłość: nocna przechadzka jest tu ryzykowna (…). Ulice okupują uzbrojeni młodzieńcy z dobrych rodzin, których zuchwałości nie zdołała okiełznać (…). władza i majestat królów”. Te słowa napisał po wizycie w Neapolu włoski poeta Petrarka w XIV wieku.

Tłumaczą one dosłownie wspomniane powiedzenie o tym mieście. A jak mówią Włosi z Północy, nic się od tamtych czasów nie zmieniło. Dziś co prawda nie grożą nam „młodzieńcy z dobrych rodzin”, ale i na to można różnie patrzeć – dla niektórych mafia to najlepsza rodzina… Anna spędziła w Neapolu pół roku na stypendium naukowym. Razem z kilkoma koleżankami przez dwa pierwsze miesiące chodziły po całym mieście, nie zastanawiając się, czy to bezpieczne.

Nie bały się, choć zdarzało im się wracać do domu nad ranem. Sytuacja zmieniła się, gdy Anna poznała Paola, swojego przyszłego męża. On, rodowity neapolitańczyk, zaszczepił w niej strach. Kiedy szli ulicą i słyszeli hałas, Anna czuła, jak ręka Paola kurczowo ściska jej dłoń. Zresztą szybko się okazało, że miał rację. Kiedyś na środku ulicy zobaczyli rozprutą i wybebeszoną damską torebkę, a obok rzeźnicki nóż imponujących rozmiarów…

Mało jest – nawet w Italii – widoków równie malowniczych. Dlatego już w starożytności Zatoka Neapolitańska stała się celem wypraw turystycznych. Bogaci Rzymianie tu właśnie spędzali wakacje.Pół roku i jest miłość

Jak się żyje w Neapolu? Anna twierdzi, że po tygodniu masz dosyć, po miesiącu zaczynasz się przyzwyczajać, po pół roku kochasz to miasto. Ale wcześniej trzeba opanować pewne umiejętności.

– Na przykład robienie zakupów to swego rodzaju sztuka – mówi Anna.
– Jeśli ustawisz się grzecznie w kolejce, będziesz w niej stać cały dzień. Tu musisz się pchać. Co innego, jak sprzedawca zacznie cię już rozpoznawać. Nie tylko sam wyłowi cię z tłumu, ale jeszcze sprzeda świeże warzywa po cenie niższej niż ta dla anonimowych klientów. Drobna sprawa – przebukowanie biletu kolejowego – może ci tu zająć cały dzień. Zupełnie jak u nas.

Różnica jest taka, że w Neapolu spędzisz ten dzień w miłej atmosferze. Nikt do nikogo nie ma pretensji, nikt się nie złości – ot, po prostu sprawa wymaga czasu. Podejście neapolitańczyków do życia jest z jednej strony dość elastyczne – nie ma takich reguł, których oni z pogodnym uśmiechem nie byliby gotowi złamać, z drugiej – pełne fatalizmu. Nie ma się co szarpać, męczyć, zabijać – co będzie, to będzie, a nasz los jest już przecież i tak zapisany w górze.

Kiedy profesor chwyta się za rozporekKiedy profesor chwyta się za rozporek

Jednocześnie są to ludzie niezwykle przesądni. Magia towarzyszy im na co dzień. To wiara w moc liczb. Każde ważne, dziwne czy nietypowe wydarzenie otrzymuje swój numer. Po co? Po to, by można było zagrać na loterii. Marię, siostrę Paola, obsikał na stacji metra pies. Rozsądna i racjonalna na co dzień kobieta natychmiast udała się do dzielnicy hiszpańskiej (quartieri spagnoli).

Urzędują tam panie posiadające „wiedzę tajemną”, nazywaną smorfia napoletana. Żyją z tego, że określonym wydarzeniom, snom, osobom czy przedmiotom potrafią przyporządkować liczby. Maria została dokładnie odpytana, która to była stacja metra i jakiej rasy pies, dostała odpowiednie liczby, poszła do najbliższej kolektury lotto, najpopularniejszej neapolitańskiej loterii, obstawiła i… wygrała. To normalna neapolitańska praktyka.

Nikt się z tego nie śmieje – każdy ma przecież w rodzinie kogoś, kto w taki sposób wygrał mniejsze czy większe pieniądze. Zresztą obstawiać można nie tylko wydarzenia prywatne. Na przykład w 1981 roku zamachowi na papieża natychmiast przypisano wartość liczbową – w Neapolu padł wtedy rekord wygranych! My łapiemy się za guzik na widok kominiarza, neapolitańczycy, by odegnać zły urok, łapią się… hm, za jaja. Kobiety mają gorzej, bo muszą wtedy biec na poszukiwanie przedmiotu z żelaza. Przesądni są wszyscy: biedni i bogaci, wykształceni i prości. Nie jest niczym dziwnym widok dostojnego profesora uniwersytetu, który mijając na ulicy kondukt pogrzebowy, chwyta za… rozporek.

Pasja do muzykiCud w ampułce

Wiara w magię zdarzeń i liczb nie kłóci się z wiarą w Boga. Neapol, pobożny jak całe Południe, jest świadkiem jednego z najsławniejszych cudów Kościoła katolickiego. Skrzepnięta krew świętego Januarego, patrona miasta, przechowywana od chwili jego śmierci w tutejszej katedrze w dwóch ampułkach, przechodzi sama z siebie w stan płynny. Dzieje się to zawsze 19 września, w rocznicę ścięcia świętego męża, a także czasem w pierwszą niedzielę maja i w grudniu. Podczas mszy księża wyjmują z kaplicy ampułki – i najczęściej w tym właśnie momencie krew zaczyna płynąć.

Kapłani w uroczystej procesji idą przez kościół, demonstrując tysiącom wiernych widomy znak cudu. Świętemu zaledwie parę razy w historii zdarzyło się sprawić zawód neapolitańczykom. Kiedy przemiana krwi nie następuje, uważa się, że to zła wróżba. Tak było na przykład w 1944 roku, kiedy wybuchł Wezuwiusz. Górujący na miastem wulkan – który kiedyś pogrzebał pobliskie Pompeje i Herkulanum – może sprawić, że wszystko skończy się nagle i niespodziewanie. Zanim to się stanie, naprawdę warto… zobaczyć Neapol.

Pasja do muzyki

Nie ma Neapolu bez muzyki, nie ma europejskiej muzyki bez Neapolu. W tym mieście słyszy się ją niemal na każdym kroku. I nie zdziw się, jeśli pizzaiolo podczas przygotowywania tego miejscowego przysmaku zacznie nagle śpiewać głosem, którego nie powstydziłby się solista niejednej opery. A za chwilę przyłączy się do niego kilku przypadkowych przechodniów. Uważacie, że takie historie zdarzają się tylko w amerykańskich musicalach? Obejrzyjcie dokument fabularyzowany „Passione” (jego patronem prasowym jest „Wróżka”) Johna Turturro, amerykańskiego aktora z włoskim rodowodem, o muzyce Neapolu.

Jak wspomina, podczas kręcenia filmu do śpiewaków spontanicznie przyłączali się okoliczni mieszkańcy i sklepikarze. Już w XVIII wieku Neapol nazywany był konserwatorium Europy. Tu uczyli się i tworzyli Scarlatti, Pergolesi, Cimarosa, Rossini, Bellini i Donizetti. Ale najważniejsze są piosenki neapolitańskiej ulicy, takie jak: „O sole mio” czy „Santa Lucia”, w których świat rozkochał się dzięki najsłynniejszemu śpiewakowi, rodowitemu neapolitańczykowi Enrico Caruso, a później występom trzech tenorów: Plácido Domingo, José Carrerasa oraz Luciano Pavarottiego.


Królewska margheritaKrólewska margherita

Czy jest coś bardziej włoskiego niż pizza? Tu mieszkańcy Neapolu z pewnością zaprotestują: pizza jest neapolitańska! Rzeczywiście, uważa się, że ten cienki placek stąd właśnie pochodzi. Mówi się tutaj, że prawdziwa pizza charakteryzuje się trzema cechami: ma idealnie okrągły spód, zawiera najlepsze składniki (pomidory, mozzarella) i… pochodzi z Neapolu. W każdym razie na pewno z Neapolu pochodzi margherita.

Wymyślił ją w 1889 roku Raffaele Esposito dla królowej Małgorzaty Sabaudzkiej. Przygotował pizzę patriotyczną, w kolorach włoskiej flagi. Czerwone pomidory, biała mozzarella i zielona bazylia. Królowa była zachwycona. Dziś margherity nie może zabraknąć w menu żadnej pizzerii – nie tylko w Neapolu, ale i na całym świecie. Rodem z Neapolu jest też mozzarella.

Wszyscy ją znamy, ale… czy na pewno? Giovanna, znajoma Włoszka, twierdzi, że mozzarella nadaje się do jedzenie wyłącznie, gdy jest świeża. To znaczy ma nie więcej niż 24 godziny. Według niej mozzarelle z dwumiesięczną (czy dłuższą) datą ważności to jedynie wyrób mozzarellopodobny. Spróbowałam kiedyś tej świeżej. Niestety, Giovanna ma rację…


Wezuwiusz, który zasypał w 79 roku n.e. Pompeje i HerkulanumWezuwiusz, który zasypał w 79 roku n.e. Pompeje i Herkulanum, sąsiadujące z Neapolem miasta, jednocześnie ocalił ich zabytki. Wulkaniczny popiół zakonserwował mozaiki i malowidła. Większość z nich można obejrzeć w Muzeum Narodowym w Neapolu. Po lewej: fresk z Herkulanum.


Śladem relikwii i sztuki erotycznej


Przy zwiedzaniu miasta nie można pominąć katedry (Il Duomo). Ampułek z cudowną krwią nie zobaczymy, są bowiem zamknięte na trzy spusty w kasie pancernej w kaplicy, ale sama kaplica, wzniesiona w XVI wieku jako wotum podczas epidemii dżumy, warta jest obejrzenia. Podobnie jak gotycka kaplica Minutolo i baptysterium z V wieku. Koniecznie wejdźcie też do opactwa kartuzów – Certosa di San Martino – to perła architektury barokowej (jeśli lubicie barok). Kolejny punkt programu to Muzeum Narodowe.

Starożytne i późniejsze freski, rzeźby, malarstwo, ceramika… spokojnie można na wizytę tu zaplanować całe przed- albo popołudnie. Nie pomińcie znajdującej się tam perełki, czyli Sekretnego Gabinetu (Cabinetto Segreto). Kiedy w 1784 roku zaczęto wykopaliska w zniszczonych wybuchem Wezuwiusza Pompejach, dostojni badacze przeżyli szok. Erotyzm starożytnych malowideł przekraczał, w ich mniemaniu, dopuszczalne granice. Król Neapolu Franciszek I nakazał, by najbardziej gorszące zabytki zamknąć pod kluczem.

Śladem relikwii i sztuki erotycznej W neapolitańskim muzeum stworzono więc Gabinet, do którego dostęp mieli wyłącznie wybrani (w praktyce ci, którzy słono za to zapłacili). Za rządów Garibaldiego drzwi otworzono nieco szerzej, ale i tak wpuszczani byli wyłącznie mężczyźni.

Dopiero od 2000 roku mogą tam wchodzić wszyscy (choć nieletni pod opieką dorosłych). A jeśli macie dosyć szacownych zabytków, idźcie na spacer po mieście. Każda dzielnica jest inna. Głośne, rozgadane Spaccanapoli i dostojne, „europejskie” Vomero czy dzielnica portowa z knajpkami, w których można zjeść świeże frutti di mare…

Francuska czy neapolitańska?

Słyszeliście o chorobie francuskiej? Niektórzy nazywają ją neapolitańską. I mają rację, bo kiła rozprzestrzeniła się po Europie właśnie z Neapolu. Przywlec ją tu mieli w końcu XV wieku żołnierze Karola VIII. Jego armii, która wyprawiła się na Neapol, towarzyszyła druga armia – nierządnic. A że ani po stronie oblegających, ani obleganych nie panowała atmosfera ascezy, i żołnierze, i cywile zaczęli masowo chorować. Francuzi nazwali kiłę chorobą neapolitańską, Niemcy – francuską. I ta nazwa zrobiła największą karierę.



Klara Dudek
fot. Shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 9/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020