Serce jest obok żołądka

W zawiłym labiryncie stosunków męsko-damskich, w centralnym miejscu znajduje się... karmienie!!


Niby wiemy, że przez żołądek do serca, ale mało kto rozumie, że poligon kulinarny jest miejscem wiecznej bitwy płci, pełnej kantów i mataczenia.

Wiem coś o tym, zwłaszcza że moi synowie zaczęli pichcić (nieźle!) swoim dziewczynom dopiero po wyprowadzce z domu rodzinnego. Kiedy byli ze mną – i im, i seniorowi rodu wypadały naczynia i garnki z rąk... Byli tacy bezradni.

Mój pierwszy mąż, ich protoplasta, jak na złość zaczął doskonale gotować dopiero po naszym rozwodzie. Kolejny zaś, już ten ostateczny, czyli drugi, jest zdobywcą dożywotniego tytułu prezesa w Klubie Bułki z Serem. Bo tylko to potrafi sam sobie zrobić, kiedy jest głodny, a obok kobiety brak. Poza tym – nie umie ugotować nic. 

Nie mam ja szczęścia do seksownego kucharza we własnej kuchni i jestem typową domową karmicielką, jakich dookoła siebie widzę tysiące. My, kobiety, siostry, matki i żony naszych facetów, karmimy ich przez całe lata, przyzwyczajamy do tego i zatruwamy sobie tym obowiązkiem życie.

Bo bywa to przyjemne, ale do czasu. Do czasu braku czasu. Tym bardziej, że pracujemy, wychowujemy, dbamy, sprzątamy... mam wymieniać dalej? Skoro jednak jest, jak jest, poznajmy praktyczne sposoby ułatwiania sobie życia na kulinarnym poligonie. W końcu znajomość słabości wroga może oznaczać wygraną bitwę.

Moja mama była w tym mistrzynią. Ojciec w kuchni nie bywał, ale oczekiwania pysznej wyżerki miał. Kiedy założyłam własne gniazdo i tylko czasem wpadałam do rodziców, niemiałam przy rodzinnym stole, kiedy mama, bez zmrużenia oka, wmawiała tacie, że jedzony przez niego makaron świderki (kupiony w sklepie za rogiem) jest jej własnej produkcji i dodatkowo misternie wykręcony został w domowej maszynce.

reklama


– Ech, jaki pyszny – zachwycała się nasza głowa rodziny. – Taki domowy jest najlepszy. – Oczywiście – odpowiadała na to mama z kamienną twarzą. – Jutro upiekę ci na urodziny kajzerki, będzie ś­wiątecznie. Kajzerki były z piekarni, w domu panował pokój, wszyscy byli zadowoleni.

Że to kant, jeden z dziesiątków kulinarnych, których dopuszczała się zapracowana mama? Nic podobnego! Taki pozytywny PR uszczęśliwia męża, czuje się wyróżniony, specjalnie potraktowany, kochany. Gdyby miał pojęcie o gotowaniu, nie łykałby tego kitu jak gęś. 

Zasada naszych mam brzmi: Choćby cię łamali kołem, nie przyznawaj się, że elegancko podana mrożonka z „Biedry" nie jest produktem twoich pięknych dłoni. Pierogi z garmażu lekko przypalone w pośpiechu? Oczywiście – domowe. Mielone zmielone w „Leniwej gospodyni"? Skoro trafiły na domowy stół, to znaczy, że domowe, prawda?

Nie można dać się zwariować i ciągle więzić w kuchni, chwytaj się każdego fortelu, żeby wyjść na wolność. A od czasu do czasu zrób coś sama (wiadomo, że sama robisz najlepiej to, co umiesz i lubisz robić). A poza tym – nigdzie nie jest przecież powiedziane, że każdy człowiek musi być mistrzem patelni. A kobieta też człowiek, nieprawdaż?

Panowie nie pozostają w tych krętackich potyczkach dłużni. „Małżeks" (od małżonka, który jest już szczęśliwie „eks") mojej przyjaciółki skrzętnie notował kulinarne upodobania wszystkich pań, które mu się podobały albo od których zależał jego los (na przykład szefowej).

Miał w komputerze wiedzę tajemną, czy pani X lubi kawę z mlekiem, czy bez; czy żona słodzi, a jeśli tak, to co i ile łyżeczek. Czy adorowana przez niego trenerka fitnessu jest bezglutenowa, a jej czarująca koleżanka, którą też chętnie by się napoczęło, jest weganką czy może tylko wegetarianką?

Zawsze był gotowy do czarowania: – Ty, kochanie, jak zwykle jedna łyżeczka cukru? – wołał z kuchni, budząc zachwyt małżonki. Do blond trenerki zagadywał: – Idę po kanapki, kupić ci bez glutenu? A kiedy jej nie było, proponował smaczny lanczyk koleżance i jako prymus zapewniał: – Zarezerwowałem stolik w pysznej wegetariańskiej knajpce, lecimy? Z tym swoim prymusowskim stylem był uwielbiany przez damskie otoczenie i głównie dlatego po kilku trudnych latach stał się byłym mężem mojej przyjaciółki.

Oczywiście jest to metoda, którą może stosować także płeć piękna. Z tym jednak zastrzeżeniem, że dziewczyny z reguły zapamiętają preferencje żywieniowe swojego otoczenia i ściągawka w komputerze jest im zbędna. Bo czy kiedykolwiek zapomniałaś o tym, że twój mąż nie cierpi kaszy gryczanej, a kawę pije tylko po turecku i bez cukru?

Twoja Zofia
fot. shutterstock

Czy wasi faceci też mają specjalne oczekiwania co do jedzonka? Czy im kulinarnie dogadzacie, czy kombinujecie, jakby się nie narobić, a ich zadowolić? A może zapędzacie ich do garów i czekacie, co z tego wyniknie? Napiszcie, czekamy!
Nasz adres: 02-612 Warszawa, ul. Malczewskiego 19 albo Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Źródło: Wróżka nr 6/2016
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020