Tajemnica podziemnych labiryntów

Już kilka tysięcy lat czeka na wyjaśnienie tajemnica podziemnych labiryntów, odkrywanych w niemal całej Europie. Kto je zbudował i po co? A może są siedliskiem dusz?

Isambard Kingdom Brunel to postać w Polsce mało znana, ale w rankingu telewizji BBC na najbardziej zasłużonego Brytyjczyka w historii zajął drugie miejsce, po premierze Winstonie Churchillu. Skonstruował najdłuższy i najwyższy w XIX-wiecznej Europie most wiszący, pierwszy pasażerski statek ze stali i największy przed „Titanikiem” transatlantyk. Szczególny podziw budzą jednak zaprojektowane przez niego tunele.

Miał 19 lat, gdy ojciec – również znakomity inżynier i wynalazca, powierzył mu nadzór nad niezwykłym przedsięwzięciem – wydrążenia w Londynie tunelu pod Tamizą. Był rok 1825 i nikt nawet nie wyobrażał sobie olbrzymich maszyn z tarczami o 10-metrowej średnicy. Pomysłowi Anglicy zaczęli od wykopania 25-metrowej studni. Na jej dnie zmontowali kilkupiętrową konstrukcję złożoną z 36 metalowych klatek. W każdej pracował jeden robotnik, który otwierał przed sobą klapę i wybierał tyle ziemi, ile mógł dosięgnąć. Gdy kopacze wykonali zadanie, opuszczali klatki i całą konstrukcję przesuwano o kilkanaście centymetrów. Mozolna praca trwała niemal 20 lat. Ale w roku 1843 pierwsi londyńczycy spacerowali pod płynącą przez ich miasto rzeką.

Podobną metodę Isambard Brunel zastosował przy budowie drążonego w tym samym czasie tunelu kolejowego, w pobliżu miejscowości Bath. Zadanie wydawało się niewykonalne, gdyż jego długość miała wynosić 2950 metrów. Nie znano jeszcze wówczas żarówek elektrycznych i systemów wentylacyjnych. Do oświetlenia zużywano codziennie 150 kg świec. A żeby robotnicy się nie udusili, wykopano kilkanaście szybów doprowadzających powietrze. Mimo tak trudnych warunków Brunel nie tylko zbudował tunel, ale zrobił to tak, żeby raz w roku słońce rozświetlało go na całej długości. Wymagało to skomplikowanych obliczeń i precyzyjnego wykonania podziemnych robót. Przekop musiał być idealnie prosty i płaski. Gdyby na 3-kilometrowym odcinku pojawił się nawet niewielki spadek lub skręt, promienie słoneczne nie dotarłyby od wlotu do wylotu tunelu. Genialny inżynier nie tylko osiągnął cel, ale dokonał też czegoś jeszcze bardziej niezwykłego. Nigdy o tym publicznie nie powiedział. Jednak kilka lat po zakończeniu budowy w lokalnych gazetach pojawiła się informacja, że słońce prześwituje przez tunel 9 kwietnia. Nie była to data przypadkowa, lecz… dzień urodzin Brunela. Wykopanie najdłuższego w tym czasie tunelu na świecie z taką precyzją stanowiło prawdziwy majstersztyk. Niestety, w 2010 roku czar prysł. Mocno zużyte torowisko wymagało remontu. Tunel na kilkanaście miesięcy zamknięto, a dociekliwi naukowcy sprawdzili, czy rzeczywiście promienie słoneczne uświetniają rocznicę urodzin Brunela. Okazało się, że nie. Owszem, przebijały się przez cały tunel, ale 6 kwietnia! Dla fanów Brunela było to rozczarowanie. Jednak nie wszyscy załamali ręce. „To cudowne doznanie. Przez lata starałem się rozgryźć tajemnicę tunelu. Mierzyłem, liczyłem, ślęczałem nad dokumentami w archiwach. I nagle znalazłem rozwiązanie” – opowiadał w kwietniu 2020 r. reporterowi dziennika „The Guardian” emerytowany inżynier Peter Maggs.

Miał powód do satysfakcji. W starych księgach parafialnych trafił na akt chrztu Emmy, młodszej siostry inżyniera. A że wcześnie wyszła za mąż, zmieniła nazwisko, nawet biografowie Brunela o niej zapomnieli. Peter Maggs odkrył, że Emma urodziła się… 6 kwietnia. Podniosło to jeszcze bardziej reputację inżyniera. Okazało się, że w tak niesamowity sposób uhonorował ukochaną siostrę.

Znikąd donikąd

Rozwikłanie tajemnicy Isambarda Brunela to jedynie ciekawostka. Dużo trudniejsze zadanie stoi przed archeologami, którzy badają tunele odkryte już w kilkunastu krajach Europy, od Wielkiej Brytanii przez Francję, Niemcy, Austrię po Bałkany i Turcję. To jedna z największych zagadek naszego kontynentu.

Niezwykła historia zaczęła się pod koniec XX wieku w Austrii. Młody archeolog i badacz jaskiń, doktor Heinrich Kusch, zainteresował się wówczas pracami budowlanymi w pobliżu klasztoru Augustianów w miasteczku Vorau. Ekipa przygotowująca teren pod nowe osiedle rozbierała stare chłopskie chaty. W piwnicy murowanego domostwa Kusch znalazł armatnią kulę. Była wydrążona i coś kryło się w jej wnętrzu. Archeolog wydobył rulon pożółkłego papieru. Gdy go rozwinął, zobaczył plan podziemnych tuneli pod i wokół klasztoru. Początkowo nie dostrzegł w nim nic nadzwyczajnego. Wiedział, że gdy w XV wieku pojawiła się groźba najazdu Turków, opat Leonhard von Horn przekształcił klasztor w twierdzę. Wzniósł solidne mury, wykopał fosę, przerzucił nad nią zwodzony most, w podziemiach ukrył zbrojownię i skład amunicji. Prawdopodobnie kazał również wydrążyć tunele, którymi mogli się niepostrzeżenie przemieszczać obrońcy. Kusch postanowił sprawdzić, co z tych podziemi przetrwało do naszych czasów. W ciągu dziesięciu lat odkopał kilkanaście tuneli i popadał w coraz większe zdumienie. Odnajdywał takie, których nic nie łączyło z klasztorem. Zaczynały się w zupełnie przypadkowych miejscach, miały tylko jedno wejście i kończyły się ścianą. Jakby prowadziły „znikąd donikąd”.

Żadnych śladów

 

Gdy wieść o wykopaliskach rozeszła się po okolicy, do Kuscha zaczęli przychodzić chłopi z coraz bardziej odległych wsi. Informowali, że u nich też znajdują się tunele. Wspominali o opowieściach dziadków, którzy ostrzegali ich w dzieciństwie, by nie zbliżali się do podziemi, bo żyją tam złośliwe skrzaty i koboldy. Kusch nie wierzył w nie, ale wraz z żoną Ingrid, również archeologiem, sprawdzał wskazywane przez chłopów miejsca i odkrył ponad sto tuneli. Były całkiem puste, budowniczowie nie pozostawili po sobie żadnych narzędzi, naczyń, nawet śmieci. Kusch nie był więc w stanie ustalić, kiedy i kto je wykopał.

Podejrzewał, że mogły powstać już w epoce kamiennej i oszacował ich wiek na 12 tysięcy lat. Podzielił się tym przypuszczeniem z czytelnikami w napisanej wspólnie z żoną książce „Bramy do tajemnic podziemnego świata”.Wydana w 1996 r., pobudziła wyobraźnię tropicieli tajemnic. Najpierw amatorzy, potem również naukowcy wyruszyli na poszukiwania. Czasem nie musieli się zbytnio trudzić. Kilka lat temu pod Monachium ziemia sama się zapadła pod krowami na łące i ukazało się wejście do kilkudziesięciometrowego tunelu. Do dziś w Austrii odnaleziono ponad 500 podziemnych korytarzy, w Niemczech około 800, drugie tyle w innych krajach. Zrodziło to przypuszczenia, że przed tysiącami lat pod całą Europą znajdowała się sieć połączonych ze sobą podziemnych dróg. Mogła je zbudować tylko jakaś wysoko rozwinięta, nieznana cywilizacja. Heinrich Kusch po latach badań odrzucił tę hipotezę. Stwierdził, że tunele łączyły się jedynie na krótkich odcinkach. I nie można było nimi wędrować niepostrzeżenie z miasta do miasta, a tym bardziej pod całym kontynentem. Wciąż jednak nie wiadomo, kto, kiedy i po co je wydrążył.

Bramy do świata zmarłych

 

Badaczy szczególnie intryguje brak w dawnych dokumentach jakichkolwiek wzmianek o tunelach. Jeśli o ich istnieniu wiedzieli chłopi, nie mogły przecież ujść uwadze kronikarzy, zakonników i władz kościelnych. Z nieznanych powodów duchowni woleli jednak o nich nie wspominać. Czyżby widzieli w nich zagrożenie dla Kościoła?

Kusch w swojej książce pisze, że to bardzo prawdopodobne. Bo tunele wydrążono jeszcze przed powstaniem chrześcijaństwa i służyły do odprawiania nieznanych nam rytuałów religijnych. Nad ukrytymi wejściami do podziemi układano bowiem duże kamienie o charakterystycznym kształcie, często przewiercone na wylot. Przesądni chłopi nazywali je kamiennymi wrotami i nie pozwalali ruszyć. Wierzyli, że ich usunięcie otworzy bramy do podziemnego świata i sprowadzi nieszczęście. Kusch dostrzegł w nich podobieństwo do megalitów, czyli wielkich kamieni, które w czasach prehistorycznych stawiano nad grobami lub miejscami kultu. Ponieważ w podziemiach nie znaleziono kości, nie mogły być cmentarzami. A jeśli odbywały się w nich pogańskie obrzędy, to nic dziwnego, że nie wspominają o nich dokumenty kościelne.

Domy dusz

 

Dopiero w XII wieku chrześcijańscy teologowie odpowiedzieli na niepokojące pytanie, co dzieje się z duszami w okresie między śmiercią człowieka a sądem ostatecznym. Orzekli, że przebywają w czyśćcu, by pokutować i po oczyszczeniu w ogniu mogą zostać zbawione. Wcześniej nikt nie umiał udzielić tak jednoznacznej odpowiedzi, a wierni bali się dusz, które błąkały się po świecie i straszyły żywych.

Sposób na uniknięcie tych nieprzyjemnych spotkań podsuwali druidzi. Według ich wierzeń dusze zmarłych zamieszkiwały podziemny świat, do którego prowadziły bramy zamykane megalitami. Jedna z najbardziej frapujących teorii mówi więc, że tajemnicze tunele były chrześcijańskimi „domami dusz”. Drążono je, by znalazły w nich schronienie i cierpliwie czekały na dzień sądu, nie zakłócając spokoju żywym. Gdy wypracowano doktrynę czyśćca, „domy dusz” stały się zbędne. I jak wykazują najnowsze badania, właśnie wtedy zaczęto usuwać kamienie stojące nad tunelami. Co może być dowodem, że przez tysiąc lat podziemne korytarze traktowano jak namiastkę czyśćca. Potem Kościół uznał je za relikt pogaństwa i skazał na zapomnienie.

Nie wszyscy podzielają ten pogląd. Badacze o bardziej materialistycznych przekonaniach uważają, że tunele nie miały związku z religią. Austriacki archeolog Josef Weichenberger w artykule „Na czym stoimy” twierdzi, że kopano je dla ochrony przed najazdami obcych ludów i miejscowych rozbójników. Można było się w nich ukryć, a jeśli łączyły się z innymi korytarzami, uciec w bezpieczne miejsce.

Brzmiałoby to logicznie, gdyby nie pewien szczegół. Otóż podziemne korytarze są niskie, a przede wszystkim bardzo wąskie. Mają przeciętnie metr wysokości i pół metra szerokości. Osoby bardziej rosłe i „puszyste” nie zdołałyby się przez nie przecisnąć. Zwłaszcza że tunele nie biegły prosto, lecz zygzakami.

Nic nie wiadomo

 

Dziwny kształt nie wynikał, jak początkowo sądzono, z nakazów religijnych. Tuneli nie zabezpieczała drewniana obudowa, więc mogły się łatwo zapaść pod naciskiem ziemi nad nimi. By zmniejszyć siłę tego obciążenia, budowniczowie co kilka metrów zmieniali kierunek kopania. Świadczy to o ich dużej wiedzy inżynieryjnej. Kto ją im przekazał? To kolejne pytanie bez odpowiedzi. Odkryte do tej pory tunele mają przeciętnie 50 metrów długości. Niektóre łączą się ze sobą, co zdaniem Weichenbergera dowodzi, że nadawały się do ucieczki. Przejścia między nimi są jednak jeszcze węższe i można je pokonać, tylko czołgając się. Starcy, kobiety w ciąży, chorzy, nie mieliby na to żadnych szans. Tym bardziej że w podziemiach brakowało powietrza; nie znaleziono żadnych śladów po szybach wentylacyjnych. Tunele nie mogły więc służyć jako schrony, gdyż po kilkunastu minutach wszyscy by się udusili. Trudno też sobie wyobrazić, że uciekający w panice ludzie nie gubili czegoś po drodze. Tymczasem nie znaleziono nawet najdrobniejszych przedmiotów codziennego użytku. Dokąd zresztą mieliby uciec, jeśli tunele kończyły się ścianą?

Naukowcom nie udało się rozwiązać żadnej zagadki z nimi związanej. Jedni uważają, że wydrążono je w epoce kamiennej, inni stawiają na starożytność, jeszcze inni na średniowiecze. Nie wiadomo, czy są dziełem nieznanej cywilizacji, druidów czy chrześcijan. Ani w jakim celu ludzie dysponujący tylko najprostszymi narzędziami je wykopali. Zgoda panuje w jednej kwestii. Do tej pory odkryto najwyżej 10 procent podziemnych korytarzy. Ostatnio natrafiono na nie w Hiszpanii, Szkocji i Bośni. Zapewne znajdują się też w Polsce. Lepiej jednak nie poszukiwać ich na własną rękę. Ściany i stropy nie są oszalowane, więc tunele mogą się zapaść. A jeśli były schronieniem dla dusz, trudno przewidzieć, co może w nich czyhać na nieproszonych gości…

tekst: Kazimierz Pytko

foto: shutterstock

reklama
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl