Potwór czy ofiara?

Aileen Wuornos, najsłynniejsza amerykańska seryjna morderczyni, to przypadek niezwykły. Jest potworem, który… budzi współczucie.

„W biografii Aileen Carol Wuornos nie ma jaśniejszych momentów” – napisała Shelley Klein w książce „Największe zbrodniarki w historii”: „Od początku do końca jest to mroczna i beznadziejnie smutna opowieść o ciąży nastolatki, molestowanym dziecku, skrajnej biedzie, gwałcie, włóczęgostwie i prostytucji. Jeśli pochodzenie i przeszłość przestępcy miałyby kiedykolwiek zostać wykorzystane jako okoliczność łagodząca, to z pewnością właśnie w tym przypadku”.

bez matki, bez ojca

 

Aileen Carol Wuornos, zwana przez bliskich „Lee”, urodziła się 29 lutego 1956 r. w Rochester, w stanie Michigan. Jej matka, Diane, miała zaledwie 14 lat, gdy wyszła za mąż za 16-letniego Leo. Rok później przyszedł na świat się ich pierworodny syn Keith, a w kolejnym roku Aileen. Dziewczynka nigdy nie spotkała swojego ojca – Leo okazał się schizofrenikiem i pedofilem, który popełnił samobójstwo w więzieniu. Matką również nie zdążyła się nacieszyć. Nastoletniej Diane błyskawicznie znudziła się rola matki, więc oddała dzieci na wychowanie rodzicom, a ci je zaadoptowali.

Niestety, nowy dom okazał się dla rodzeństwa piekłem. Dziadek, Lauri, był alkoholikiem, który bił i te rodzone, i te adoptowane dzieci. A babka, Britta, beznamiętnie to tolerowała. Lee miała niewiele ponad 10 lat, gdy zaczęła uprawiać seks za papierosy i alkohol, wdała się w kazirodczy związek ze swoim bratem i miewała wybuchy gwałtownej, niekontrolowanej wściekłości. W wieku 14 lat zaszła w ciążę. Twierdziła później, że została zgwałcona przez sąsiada w wieku dziadka, ale jak było naprawdę – nie wiadomo. Britta i Lauri z miejsca oddali ją do domu samotnej matki, a gdy 15-letnia Lee urodziła chłopca, przekazali noworodka do adopcji.

To do reszty przetrąciło Aileen. Po porodzie wróciła do domu, ale od razu z niego uciekła. Potem był poprawczak. A gdy niedługo później babka Britta zmarła na niewydolność wątroby, Lauri doszedł do wniosku, że ma dosyć nastolatki z problemami i po prostu wyrzucił ją z domu. Piętnastoletnia Aileen nie ukończyła żadnej szkoły, nie miała zawodu ani rodziny. Właśnie wylądowała na ulicy, a jedyną metodą na zdobycie pieniędzy, jaką znała, była prostytucja.

zakochana w kobiecie

 

Trudno powiedzieć, czy dla dziewczyny był wówczas jeszcze jakiś ratunek. Wiele wskazuje, że nie. Marzyła o własnym domu. Ale gdy nadarzyła się okazja, by go wreszcie założyć, Lee okazała się zupełnie niezdolna do „normalnego” życia. W 1976 r., podczas podróży autostopem na Florydę, poznała szefa klubu jachtowego, Lewisa Gratza Fella. Choć był niemal pół wieku od niej starszy, błyskawicznie się z nią ożenił i spełniał wszystkie zachcianki. Małżeństwo przetrwało… niecałe dwa miesiące. Aileen wdała się w bójkę w lokalnym barze, a świeżo poślubionego męża zaatakowała jego własną laską. I tak było właściwie zawsze. Lee regularnie wchodziła w konflikty z prawem – początkowo było to „zakłócanie ciszy i spokoju”, z czasem, coraz częściej, ataki z bronią w ręku czy pobicia. Jej wybuchy furii stawały się coraz bardziej niekontrolowane. Upadek na dno przyspieszyła prostytucja. Tym bardziej że uprawiała jej najbardziej niebezpieczny rodzaj – prostytucję przydrożną. Miewała pięciu klientów dziennie, a pracować musiała coraz więcej, bo wyglądała coraz gorzej. W 1986 r. była już zniszczoną 30-letnią kobietą ze znaczną nadwagą. I wtedy stał się cud. Aileen Carol Wuornos spotkała miłość swojego życia.

Tyria Moore była sprzątaczką hotelową, o grubych rysach i masywnej sylwetce. Nie grzeszyła ani inteligencją, ani urokiem osobistym. Ale Aileen, którą ze strony mężczyzn spotykało wyłącznie zło, zadurzyła się w niej bez pamięci. Była w stanie zrobić wszystko, by zatrzymać ukochaną przy sobie. A to oznaczało zdobywanie coraz większych pieniędzy na wspólne życie. Z drugiej strony, tłumione przez lata gniew i wściekłość buzowały w niej coraz mocniej. W końcu nastąpił wybuch.

mężczyznom śmierć!

 

30 listopada 1989 roku Aileen wsiadła do samochodu swojego kolejnego klienta. Niestety, nie miała pojęcia, że Richard Charles Mallory miał już na koncie wyrok za gwałt. Jak później zeznała, najpierw wywiózł ją w odludne miejsce, potem przywiązał do kierownicy i zgwałcił analnie. Cały czas groził jej śmiercią. Gdy w końcu ją rozwiązał i próbował ponownie zgwałcić, Aileen sięgnęła po pistolet i strzeliła. Kolejnego mężczyznę zabiła pięć miesięcy później. Ale trzeciego – zaledwie pięć dni po drugim. Do 19 listopada 1990 r. zabiła łącznie siedmiu klientów. Zawsze w takich samych okolicznościach: strzelała do nich z bliskiej odległości, zwłoki okradała, a z miejsca zbrodni uciekała samochodami ofiar. „Sądzę, że Aileen naprawdę wierzyła, że zabija w samoobronie” – twierdził dokumentalista Nick Broomfield, który nakręcił o niej aż dwa filmy – „Ktoś tak głęboko zaburzony nie potrafi określić różnicy między sytuacją autentycznie zagrażającą życiu a nieporozumieniem, które inna osoba mogłaby potraktować jako błahostkę. A ona naprawdę potrafiła wtedy wpaść w szał”.

Późniejsze badania potwierdziły intuicję reżysera. U Aileen zdiagnozowano BPD, czyli osobowość typu borderline – zaburzenie charakteryzujące się m.in. gwałtownymi wahaniami nastroju i napadami silnego gniewu. Sytuację komplikował fakt, że Aileen od początku wtajemniczyła Tyrię Moore w swoje zbrodnie. Kochanka stała się więc jej wspólniczką. Wpadły, jak to zazwyczaj bywa, przez drobiazg. Aileen prowadziła samochód swojej czwartej ofiary, Petera Abrahama Siemsa, gdy przytrafił się jej wypadek. Ani jej, ani Tyrii nic się nie stało, ale pojawienie się policji mogło sprowadzić na nie kłopoty, więc obie w popłochu uciekły. Ich portrety pamięciowe trafiły do mediów. I to był koniec miłości. Tyria Moore wyjechała do swojej rodziny w Pensylwanii. Aileen została sama na Florydzie. Kolejny raz porzucona i opuszczona. Petera Abrahama Siemsa, gdy przytrafił się jej wypadek. Ani jej, ani Tyrii nic się nie stało, ale pojawienie się policji mogło sprowadzić na nie kłopoty, więc obie w popłochu uciekły. Ich portrety pamięciowe trafiły do mediów. I to był koniec miłości. Tyria Moore wyjechała do swojej rodziny w Pensylwanii. Aileen została sama na Florydzie. Kolejny raz porzucona i opuszczona.

zdradzona przez miłość

 

Policja namierzyła ją bardzo szybko. Śledczy przyjęli strategię, by to Tyria za pomocą błagań i szantażu emocjonalnego nakłoniła Aileen do zeznań. Ale ona szybko się zorientowała, że rozmowy telefoniczne z byłą kochanką mogą zostać użyte przeciwko niej. Jednak miłość była dla niej ważniejsza. Całą winę wzięła na siebie. Taśmy z jej przesłuchań nawet dziś, po trzech dekadach, łamią serce. Wyraźnie widać, że postanowiła być w stu procentach lojalna: ciągle zapewniała, że działała sama i że jej ukochana jest niewinna.

A Tyria? Odpłaciła jej w okrutny sposób – podczas procesu stała się głównym świadkiem oskarżenia. Wtedy już trudno było mówić o normalnej sprawie sądowej, bo wokół Aileen rozpętało się medialne piekło. Prasa oszalała na punkcie „pierwszej amerykańskiej seryjnej morderczyni”, ochrzczono ją „Panną Śmierć” (Damsel of Death), sypały się kolejne artykuły, książki, filmy dokumentalne, a nawet piosenki.

Próby złagodzenia wyroku ze względu na upiorne dzieciństwo i wstrząsające życie bez perspektyw na nic się zdały. W 1992 r. Aileen Carol Wuornos została skazana na sześciokrotną karę śmierci (prawo amerykańskie zezwala na sumowanie wyroków) i umieszczona w celi śmierci. Tu musiała się zmierzyć z najgorszym ze swoich koszmarów – samotnością. W Stanach Zjednoczonych na egzekucję można czekać nawet kilkadziesiąt lat, więc perspektywa spędzenia reszty życia w maleńkiej celi i niemal zupełnym odosobnieniu okazały się ostatecznym ciosem. Wuornos się poddała. W 2001 r., w petycji do Sądu Najwyższego stanu Floryda, wycofała swoje wszystkie apelacje i poprosiła o wykonanie wyroku. Nie miała siły dalej żyć.

Zastrzyk z trucizną podano jej rok później, 9 października 2002 r. Aileen miała już wówczas halucynacje – oskarżała personel więzienny o zatruwanie jedzenia i torturowanie falami dźwiękowymi. Z drugiej jednak strony doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaką „rolę” przypisało jej społeczeństwo: „Oto zgwałconą kobietę wykorzystano w książkach, filmach i innym gów…, a teraz zostanie stracona!” – wykrzyczała do Nika Broomfielda, który właśnie nagrywał materiały do dokumentów, dzięki którym zyskał potem sławę. Medialne szaleństwo nie skończyło się wraz ze śmiercią Aileen. Dokładnie w 48. rocznicę jej urodzin, 29 lutego 2004 r., Charlize Theron odebrała Oscara za rolę w filmie „Monster”, w którym wcieliła się w „Pannę Śmierć”. Kreacja zachwyciła widzów. Jeszcze większy podziw budziła charakteryzacja, która piękną Theron zmieniła w brzydką, ociężałą kobietę o krzywych zębach.

Robert K. Ressler, słynny profiler FBI i twórca określenia „seryjny morderca”, w pracach o głośnych zbrodniach nie rozpisuje się o Aileen Wuornos. Pozostała dla niego zagadką. Kobiety-morderczynie z reguły znają swoje ofiary i najczęściej zabijają w duecie z mężczyzną. Poza tym raczej bliższa jest im „mordercza jazda” w stylu Bonnie i Clyde’a (tzw. killing spree) niż zabójstwa, jedno po drugim, z dłuższymi przerwami między nimi, podczas których zabójca wydaje się zupełnie normalny. Wuornos przeczyła wszystkim tym zasadom – działała samotnie, mordowała w dłuższych odstępach czasu, nie znała swoich ofiar. Być może dlatego jej historia od niemal 30 lat fascynuje światową popkulturę. I zmusza do rozważań, na ile seryjny morderca jest owocem genów, a na ile bezdusznego społeczeństwa.

tekst: Olga Michalska 

foto: pixabay

reklama
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020